Strony

sobota, 31 marca 2012

Podsumowanie marca 2012

Pierwszy miesiąc w pracy za mną, obawiałam się jak to będzie sie godziło z moim nałogiem czytelniczym i faktycznie obawy były słuszne. Niestety tylko 14 (jedna książka tematycznie miesiącowa jest w trakcie czytania, ale recenzja już na bank w kwietniu) przeczytanych książek. Najgorszy tydzień jaki miałam to jedna przeczytana książka... ale to było wtedy gdy w nocy jechałam do Lublina, później zajmowałam się Siostrzenicą i miałam sajgon w pracy.

Mam nadzieję, że w przyszłym miesiącu będzie lepiej. Zwłaszcza, że jeśli chodzi o akcję planowania ilościowo się wywiązałam, bo 14 książek sobie zaplanowałam, ale nie przeczytałam pięciu z listy... na to miejsce wkroczyły nadprogramy. Bardzo zacne oczywiście... Ale nad dyscypliną muszę popracować...

Książek przybyło do mnie według stosików 18, czyli troszkę więcej niż przeczytałam, ale nie ma jakiegoś dramatycznego uskoku. Nie jest najgorzej. chociaż może być lepiej :)

marzec był miesiącem w którym zaczęłam słuchać audiobooków i realizować wyzwanie polegające na czytaniu kryminałów Agathy Christie. Wynik naprawdę zacny bo średnia jeden na tydzień została osiągnięta. Audiobooków odsłuchałam dwa, bo pogoda spartoliła się i porzuciłam chwilowo nordicowanie.

Patrząc na listę książek przeczytanych w marcu mam dylemat, bo nie potrafię wybrać książki najlepszej. największym rozczarowanie, bezsprzecznie był "Bollywood dla początkujących", ale gdybym chciała wybrać najlepszą - musiałabym przepisać resztę książek czytanych, lub słuchanych.

Jakie plany na kwiecień? Co chcę przeczytać ujawnię jutro... Nie mogę zejść poniżej 14 książek w miesiacu(a wszystko wskazuje na to, że kwiecień będzie miesiącem w którym wykonam zadanie przeczytania 52 książek w rok(na obecną chwilę jest ich 45 przeczytanych). Wciąż planuję kontynuować poznawanie Agathy Christie - na obecną chwilę tylko kryminały z Herkulesem.

Kwiecień przyniesie mi święta, ale także konieczność przygotowania się do seminarium. Więc coś za coś.

piątek, 30 marca 2012

"Złocista Dolina" - Iwona J. Walczak


Kasię, Dorotę i Majkę łączą wspomnienia lat spędzonych na uniwersytecie, dzieli – dorosłość.


Los rzucił je w różne miejsca. Kasia osiadła w Poznaniu, gdzie w wolnych chwilach fotografuje. Dorota opiekuje się starszymi ludźmi we Frankfurcie, Majka została nauczycielką, choć wolałaby na poważnie zająć się swoją największą pasją – malarstwem.




Wspólny pomysł otwarcia ośrodka wypoczynkowego staje się zarzewiem konfliktów oraz rywalizacji między kobietami – na wielu polach. Ujawniając prawdziwy charakter każdej z nich. A przecież urocze zacisze położone z dala od zgiełku wielkich miast, pełne wspomnień dzieciństwa, miało być miejscem, które na nowo zbliży do siebie przyjaciółki i przywróci więź sprzed lat...




Ostatnio zaroiło się na polskim rynku wydawniczym od książek, których motywem przewodnim jest porzucenie wielkiego miasta na rzecz wsi. Im bardziej zabitej dechami tym lepiej. Oczywiście jest to zrozumiałe – po latach masowych migracji ze wsi do miasta, gdzie była praca i cywilizacja, trzeba odwrócić klepsydrę. Jak mawia się w moich okolicach: co się martwisz co się smucisz, ze wsi jesteś – na wieś wrócisz. Nie irytował mnie sam fakt powrotu na wieś, ale sposób w jaki autorki(bo o ile pamięć mnie nie myli czytałam książki o tej tematyce, które kobiecego autorstwa były) opisywały wieś i całą ta magię w sposób pozbawiony realizmu, słodki aż do bólu i moim zdaniem uwłaczający mieszkańcom wsi.




Zaciekawiła mnie kolejna pozycja, która zapowiadała odwrót z dużych miast „pod ruską granicę”. Autorkę miałam przyjemność poznać i polubić za „Nagie myśli”, ciekawa więc byłam o czym przeczytam tym razem. Jeszcze miesiąc przed premierą ujęła mnie okładka, przypominająca kadr z serialu BBC „Rozważna i romantyczna” tam też podobny domek stał wśród powodzi zieleni, między pagórkami, ale znajdował się nad brzegiem huczącego można, ten domek z okładki wydaje się być zanurzony w ciszy. Tak jak do tego serialowego domku, tak i tutaj przybywają kobiety po przejściach wyleczyć rany, ukoić ból, zacząć nowe życie, lub pielęgnować marzenia. A gdy za oknem jest tak ponuro, czarne chmury zakrywają niebo to co chwilę wraca się do okładki by chociaż oczy ucieszyć tym ciepłem.



Tylko, że nie samą okładką żyje człowiek. Rozpoczynając lekturę nie zdawałam sobie sprawy jak wpadnę. Gdy się pracuje od świtu, to chciałoby się pospać, ale nie można spokojnie spać gdy obok leży książka która kusi. Bo ta mnie kusiła! Czym?
Historią. Poznajemy trzy przyjaciółki. Apogeum ich przyjaźni przypadało na lata studenckie, później życie je dopadło i charakter każdej dał o sobie znać, kontakty się rozluźniły, ale w ciąż trwały, odwiedzały się, rozmawiały. Wydaje się, że tylko Majka ma w życiu lekko, owszem praca nie daje jej spełnienia, ale ma hobby, męża który na hobby i całą resztę zarabia, udaną śliczną córkę. Żyć nie umierać. Dorota mieszka w Niemczech i opiekuje się starszymi osobami, źle zainwestowała uczucia, ma córkę która służy jej do ochrzaniania, zresztą cały świat jest zły, Dorota zna lekarstwo, ale nikt nie chce jej słuchać. No i Kasia praca również nie daje jej radości, ale żyje fotografując, ma syna, po mężu ślad zaginął.



Od słowa do słowa, efektem zbiegów okoliczności postanawiają razem otworzyć ośrodek wypoczynkowy na rodowych włościach, czują że czas coś zrobić z tym życiem, zacząć zarabiać a nie tylko wegetować. Wokół tego wydarzenia będzie się toczyła fabuła, oczami Kasi(w większości) zobaczymy rozkręcanie wspólnego przyjacielskiego biznesu. Będziemy towarzyszyły dziewczynom w stawianiu pierwszych kroków na zawodowej ścieżce. Przyjaciółki będą musiały odgrzać swoją przyjaźń, którą czas wyziębił, w trakcie dowiemy się jakie były przyczyny tych napięć, poznamy lepiej charaktery, marzenia, plany oraz sposoby osiągania celów. Nie obędzie się też bez Kupidyna, który chyba upoił się widokami, bo jakoś kiepsko mu wszystko wychodzi.



Co mnie pociągnęło w tej książce? Realizm i obyczajowość. To naturalna książka, nie ma w niej ideałów, tak jak nie ma ideałów w życiu. Autorka nie daje nam recepty na szczęście, nie każe nam rzucić wszystkiego, sprzedać pralki i wyjechać, bo jak już Seneka setki lat temu stwierdził, jeżeli problem jest w nas nie załatwimy go zmianą miejsca, jeżeli wciąż będziemy tacy sami. Problemem nie są miejsca, problemem często jesteśmy my. I w tej książce to widać. Nie wiem czy jest ktoś kto polubi Dorotę, nie jest złym człowiekiem, ma zalety, ale jest tak okropnie irytująca, że najprawdopodobniej nie wytrzymałabym z nią w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół godziny. Dorota jest po prostu wkurzająca, autorytarna i przekonana o własnej nieomylności i doskonałości, jej wjazd nic nie dał, bo nie dostrzegła potrzeby przemiany, zmiany sposobu myślenia. Obwinia świat, wszystkich dookoła, ale nie widzi cienia wady w sobie samej.



Majka i Kasia prędzej czy później zmieniają swoje priorytety, dostrzegają błędy uczą się odwagi, stawiają na siebie, nie w bezwzględnie egoistyczny sposób, bo nie są na świecie same, ale biorą się z tym życiem za bary.



Jak wspomniałam książka ujęła mnie obyczajowością również. Książka o życiu, nie skupiająca się tylko na odnalezieniu nowego partnera po rozwodzie, ale przede wszystkim na szukaniu własnego ja, bo każdy ma jakieś swoje pasje, które dorosłe, pełne obowiązków życie spycha na boczny tor. W nawale czytadeł o tym jak on ją kocha, a ona wzdycha, taka pozycja jest tym cenniejsza.



Książkę oceniam bardzo pozytywnie, porwała mnie na dwa dni i zapełniła myśli i wyobraźnię. Kolejny raz autorka udowodniła, że potrafi stworzyć wyrazistych bohaterów, którzy wzbudzają żywe emocje, ich literackie życie żywo nas obchodzi, nie są to bezbarwne marionetki, tylko ludzie z krwi i kości – niemalże. A że książka jest dobrze napisana, czyta się ją bardzo przyjemnie, tylko za krótka… Dlaczego beznadziejne książki ciągną się setkami stron a dobre i wartościowe umykają jak oszalałe?



Polecam gorąco na wiosenne wieczory, w oczekiwaniu na soczystą zieleń lata

środa, 28 marca 2012

"Pasja według Einara' - Elżbieta Cherezińska


Einar z Vikny. Ochrzczony wiking. Gończy pies Chrystusa.
Kim był? Rozmodlonym zdrajcą? Tym, który wierzy, wątpiąc, i który modli się przez seks?
Nie znał kobiet, choć podobno miał dziewięć matek. Znał tylko ojca, pogańskiego kapłana, który kochał życie, a nienawidził świata. Gdy jego ojciec zginął, sam został synem Chrysta. Zamknięty w klasztorze przechodził kolejne szczeble mniszych wtajemniczeń. Sądził, że żyje według Reguły świętego Benedykta z Nursji, choć ktoś ukryty w mroku wciąż pociągał za sznurki. Nie mógł uwolnić się od polityki, w którą wplątano go w dzieciństwie. Mógł jej ulec albo ją tworzyć. Ukrzyżowany przez dwie siły. Rozdarty przez miłość do Niego i do Niej. Wydany na pokuszenie. W jego życie cielesność i duchowość wczepiły się, jak cierń w koronę.
Akcja „Pasji według Einara” dzieje się tysiąc lat temu i dotyczy świata, który musi zmienić wiarę, ale nie potrafi zmienić siebie. Czytelnik, sięgając po Pasję, przemierzy Europę od norweskiej Północy do arabskiego Południa. Z długim postojem w mroku średniowiecznego klasztoru.
Trzecia odsłona „Północnej Drogi” potwierdza, iż w tej opowieści historia jest tylko kanwą dla na wskroś współczesnych bohaterów. Autorka zaś dowodzi, że potrafi wciągać Czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Przekonuje, że można opowiedzieć tę historię po raz kolejny, wciąż zwiększając tempo akcji, zmieniając scenerie i zaskakując zakończeniem. Oczekiwanie na ciąg dalszy wzrasta!



Niestety – stało się. W tym momencie muszę zakończyć przygodę z „Północną drogą” z prostej przyczyny, właśnie skończyłam „Pasję według Einara”. Pozostaje czekać na kolejną – ostatnią część, oj gorzki to będzie czas… nigdy nie byłam cierpliwa. A jeśli chodzi o cierpliwość w poznawaniu prozy Elżbiety Cherezińskiej, to grzeszę jej całkowitym brakiem. Mogłabym łyżkami jeść te książki, że tak poetę sparafrazuję.

A nie zapowiadało się różowo w przypadku Einara – na początku uprzedzę. Po pierwsze facet mnie denerwował, moja irytacja w II części Północnej Drogi czasami niemalże już kipiała. Wydawał się błąkającym, niezdecydowanym egoistą. No i początek książki jakoś nie mógł mnie do siebie przekonać. Raz książkę porzuciłam, a wróciwszy do niej po przerwie połykałam ją w każdej wolnej nanosekundzie. Kto czytał ten wie – nie da się inaczej.

Podczas gdy dwie poprzednie książki opowiadały o kobietach żyjących w surowym klimacie wśród mężczyzn bezwzględnych, twardych jak granit, zabijających bez mrugnięcia okiem. I z perspektywy dwóch niewiast o skrajnie różnych charakterach poznajemy ten świat. Sigrun jest młodą świeżą dzieweczką zakochaną w swym mężu, który jest jej Słońcem, Halderd ma ciężkie życie, ale jest twarda i niezłomna jak fiordy. Obie wychodziły z tego samego punktu, ich drogi zaś okazały się skrajnie różne w pierwszych dwóch częściach to one opowiadają nam swoją historię, kobiecą wersję zdarzeń. Teraz czas na mężczyznę, do głosu dochodzi Einar, i dzięki „Pasji według Einara” możemy lepiej poznać tego, bez wątpienia niezwykłego człowieka, którego życie było pełne burz, niepokojów. Nie dane było mu wpłynąć do bezpiecznego portu, zakosztować spokojnych wód. Każda stabilizacja, uspokojenie okazywała się ostatecznie fatamorganą.

Einar jest jedynym i ukochanym synem wielkiego godnego, czyli po naszemu pośrednika między ludźmi a bogami. Bo Norwegia jest pogańska, rządzi Odyn, Thor i wielu innych bogów. Ojciec Einara rozmawia z nimi i przekazuje ich wolę. A wiadomo, że wola boska nie zawsze jest po myśli ludziom i to właśnie ma zaważyć na życiu Einara. Gdy jego ojciec pyta bogów co myślą o nowym bogu o którym jest coraz głośniej i przekazuje ludowi, boską akceptację, niektórym się to bardzo nie podoba, do tego stopnia, że zabijają godnego. Bo religia jest nieodłącznie związana z polityką, kto rządzi duszami – rządzi ludem. Einar musi uciekać z kraju, przez króla zostaje wysłany do klasztoru do Yorku. Ale Einar wie kto zabił jego ojca, bo na jego prośbę podglądał ceremonię. A pragnienie zemsty bywa obezwładniające. Jednak Einar musi o tym zapomnieć ma stać się mnichem, wyrzec się dziedzictwa swego narodu, przyoblec habit, kłębiące się, burzowe myśli musi ukryć pod kapturem. Podejmuje naukę i o dziwo wybija się In plus, z woli samego opata staje się członkiem tajnego bractwa, dla którego będzie musiał się wyrzec siebie, własnych pragnień aby realizować wyższe cele.
A krew nie woda, Einar pozna nie tylko przyjaciół, ale los postawi na jego drodze kobiety do których poczuje coś więcej niż czystą agape. Zgrzeszy – nie tylko myślą. A to co zobaczy, przeżyje, gdzie zawędruje wprawi Was w osłupienie!

Napisałam, że ta książka pomoże zrozumieć postępowanie Einara z poprzedniego tomu. Zdecydowanie tak! Dzięki tej książce można zobaczyć szerszą perspektywę, motywy które przyświecały Einarowi przez większość jego życia. Bezwzględnie nie można go potępić. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Dostrzegłam wielki tragizm życia Einara, nie jestem na niego zła, raczej głęboko mu współczuję. Bo jest czego. Przez całe życie się trudził, po to by raz za razem tracić to co cenił. Wprawdzie ostatni rozdział, jest może pewnym otarciem łez, ale nie wiem czy osobiście nie wołałabym innego zakończenia, życia tak barwnego. To jest ukoronowanie życia Einara-kapłana, a co z tłamszonym przez większość życia Einarem-człowiekiem?


Jak widać książka wzbudziła we mnie dużo emocji. To normalne u Cherezinskiej, częstuje czytelnika całą gamą emocji. Ta książka skupia się mniej na miłości, uczuciu, zdecydowanie jest tu mnie erotyki, a jeśli się pojawia to widziana oczyma mężczyzny, wiec nie jest to już taka poezja jak w poprzednich częściach. Zresztą nie o erotykę chodzi. Świetnie mi się czytało o związkach polityki z religią, o walce o wpływy w średniowiecznej Europie. Nie idę za modą, a teraz na fali jest wylewanie na Kościół wszelkich możliwych pomyj. Jednak odnoszę wrażenie, że nie jest to głównym celem książki, że taki motyw wcale nie przyświecał autorce, która po prostu chciała pokazać początki Norwegii, ludzi którzy żyli w tych czasach i myśleli, czuli i kochali a w pewnym momencie stawali się bezwolnymi figurkami na szachownicy politycznej.
Zobaczymy rodzącą się katolicką Norwegię, która przywiązana wciąż jest do swoich starych bogów, ale wielka polityka wymusza zmiany. Poznamy bezwzględnych księży którzy walcząc o umocnienie własnej pozycji nie cofną się przed niczym. Ale autorka nie generalizuje, bo pokazuje również ludzi oddanych swojej wierze, pragnących nieść ją wśród pogan, bo przekonanych o tym iż niosą im przesłanie dobra, nadziei i miłości.

Nie sposób opowiedzieć wszystkich wątków jakie porusza ta książka, podsumowując chciałabym powiedzieć, że bardzo mi się podobała, trzyma świetny poziom całej serii i cóż! Podsyca tylko ciekawość. I rozpala niecierpliwe oczekiwanie na ostatnią – czwartą część.

wtorek, 27 marca 2012

Wymarzony wieczór. I gratisowy przepisik


Tak, moi drodzy książka i fijołkowo-różana herbatka. kupiłam po promocji i dołącza do herbat właśnie testowanych.
Niestety wciąż zapominam, żeby pić regularnie meliskę z pomarańczą. Ale karmelową i za sprawą forumowej koleżanki poziomkowo-waniliową testuję regularnie :)


Zanim odżegluję aby oddać się lekturze chciałam się z Wami podzielić niedzielnym wypiekiem(po którym wspomnienie zostało mgliste :( )

Bułeczki z serem.
Przepis na zwykłe pszenne bułeczki z blogu mojewypieki

Składniki na 10 bułek:


1 małe jajko
200 ml zimnego mleka


oczywiście maszynowałam, bo nie miałam siły zagniatać. (4 łyżki + 140 ml)
7 g suchych drozdży lub 14 g świeżych drożdży
2 łyżeczki cukru
50 g zimnego, pokrojonego w kostkę masła
340 g mąki pszennej
7 g soli morskiej (użyłam zwykłej soli)
do posypania: mak lub sezam



Mąkę, sól i masło utrzeć ręką. W małej miseczce rozkruszyć drożdże, wsypać do nich cukier i 4 łyżki zimnego (!) mleka. Dokładnie wymieszać i wlać do mąki. Powoli wlewać pozostałe mleko (140 ml), a na końcu lekko rozbełtane jajko. Wyrobić rękoma.
Jeśli jest zbyt luźne, dosypać trochę mąki (dosypałam około pół szklanki). Odstawić na 1,5 - 2 godziny (lub nawet dłużej) przykryte ściereczką, aż podwoi swoją objętość.
Piekarnik nagrzać do temperatury 230°C. Z ciasta formować małe bułeczki, układać je na dużej, wysmarowanej oliwą blaszce, zostawiając 5 cm odstępu między bułeczkami. Bułeczki posmarować mlekiem lub jajkiem, posypać makiem lub sezamem i wstawić do piekarnika na 5 minut. Po tym czasie zmniejszyć temperaturę do 200°C i piec kolejne 5 - 10 min.
Ja bułeczki posypałam przed włożeniem do piekarnika posypałam żółtym serem, który w połączeniu z ciastem zrobił się prze-wyborny.
sera należy dać na oko dużo.


Polecam.

częstujcie się

poniedziałek, 26 marca 2012

"Biedny Tom już wystygł' - Maureen Jennings


Listopadowe śledztwo detektywa Murdocha

William Murdoch dowiaduje się, że podczas nocnego obchodu zaginął konstabl Wicken, młody mężczyzna, którego cenił i lubił. Natychmiast wyrusza na jego poszukiwanie. Podąża rutynową drogą konstabla patrolującego swój rewir, sprawdza zakamarki, szuka śladów, zagląda do opuszczonych domów. W jednym z nich znajduje martwego Wickena z raną postrzałową głowy. Obok niego zaś leży karteczka z napisem: „Życie bez twojej miłości jest nie do zniesienia. Wybacz mi”. Tak zaczyna się historia zawiłego dochodzenia.

Biedny Tom już wystygł to trzecia z serii siedmiu książek o kanadyjskim detektywie, ukazujących wiernie realia Toronto z końca XIX wieku. Obdarzony dużą wiedzą i intuicją detektyw Murdoch jest niezwykle oddany swej pracy i wykorzystuje w niej najnowsze zdobycze kryminalistyki. Ten nieśmiały, samotny i doświadczony przez los miłośnik jazdy na rowerze musi się wykazywać stanowczością i odwagą, kiedy śledztwa prowadzą go w najmroczniejsze zakamarki ludzkich dusz, skrytych pod pozorem konwenansów.




Ostatnio wsiąkłam na poważnie w kryminały. Wprawdzie króluje niepodzielnie Agata Ch. Ale ten gatunek zaczął mnie pociągać. Nie chcę wiązać tego z pracą, bo po 8 godzinach kryminałów mam dosyć. Więc powinno mnie odrzucać, ale jednak nic tak nie wciągnie jak dobra zagadka.
W detektywie Murdochu zakochałam się jakiś rok temu. Pamiętam, że na urodziny Mamie kupiłam pierwszy tom. Pewnie Mama jeszcze nie przeczytała, mogę się założyć, ale ja wsiąkłam skutecznie w pracę Policji z Toronto, oglądałam serial. Wyczekiwałam kolejnych tomów. Na trzecią część musieliśmy długo czytać, pewnie sporo z Was zastanawia się czy było warto?! Otóż było!
Wprawdzie serial i książka nie mają ze sobą wiele wspólnego, bo odnajdziemy owszem pewne punkty wspólne, ale bohaterowie różnią się od książkowych oryginałów. Nie uważam jednak aby książce to szkodziło. Postacie z książek są wyraziste, bardziej niejednoznaczne, więcej jest szarości, bo jednak serialowy William jest spiżowym człowiekiem, szlachetny, bogobojny, prawy aż do bólu, ten książkowy pozostając wciąż dobrym człowiekiem jest bardziej ludzki, bliższy nam. Nie tak idealny.

Ale przejdźmy do powieści. W tej części autorka daje nam niezłą zagwozdkę, intryguje czytelnika. Bo oto jeden z policjantów nie wraca z nocnego patrolu, zapadł się pod ziemię. Cierpiący na ból zęba Murdoch ofiaruje się aby po cichu pójść go poszukać. Nie spodziewa się tego co znajdzie. A co znajduje? Zwłoki, ciało policjanta, który – wszystko na to wskazuje – popełnił samobójstwo. Oczywiście, mamy zasianą wątpliwość, kilka wątpliwości i tą podstawową, przecież gdyby to było tak oczywiste, gdyby Tom zabił się sam nie byłoby zagadki, chociaż oczywiście wokół samobójstwa można prowadzić ciekawe śledztwo również. Istotnymi są motywy, ewentualni nakłaniacze czyli formy zjawiskowe, które na pewno współcześnie są objęte penalizacją, przyznam szczerze, że nie wiem jak było za czasów Królowej Wiktorii i jest to niewątpliwie ciekawy temat, który pod wpływem tej lektury zgłębię. Biorąc pod uwagę ewolucję prawa oraz uznanie samobójstwa za zjawisko naganne, przecież wiemy o tym, że były czasy gdy karano samobójców, którzy automatycznie okrywali się infamią, nieudolne usiłowanie również było karane, ale to już wchodzę w kwestie form stadialnych i zagłębiam się za bardzo w prawo karne. Zmierzam do tego iż nawet wokół samobójstwa można skonstruować świetny kryminał, który będzie czytało się z przyjemnością.

Co stało się w zimną, ponurą noc w Toronto w pewnym opuszczonym domu, co z tym wspólnego ma kobieta lekkich obyczajów, oraz bezdyskusyjnie patologiczna rodzina z sąsiedztwa, która umieszcza swoją krewną w domu wariatów – przekonacie się sami i to dosłownie na ostatnich stronach powieści.
Przyznam się, ze mi nie udało się rozwikłać tej zagadki. Ciekawa jestem jak będzie z Wami.
Ta książka nie będzie skupiała się li i wyłącznie na sprawie śmierci. Poznamy ciąg dalszy rozterek Murdocha, który po stracie narzeczonej, wciąż próbuje zalepić plastrem jątrzącą się ranę. Czy mu się uda? Czy znajdzie swój port?
Dodatkowo na kartach książki przewinie się wiele ciekawych postaci, poruszone zostaną sprawy o różnych stopniach ważkości, na pewno dających do myślenia. A że książka jest napisana świetnym językiem to czytanie jest przyjemnością.
Jedyny mój zarzut dotyczy najprawdopodobniej tłumaczenia. Wyprowadźcie mnie z błędu – jeśli ktoś może, bo dopuszczam również opcję, że taki był zamysł autorki. Opisując dolegliwości zębowe zamiennie – czyli błędnie używa się żuchwy i szczęki, nie wiem czy ktoś sądzi że są to synonimy, ale to na litość boską są dwie różne kości, to tak jakby ktoś – w moim mniemaniu mylił żebro z kością udową. Sądzę, że tłumacz, nie chciał się powtarzać i tak sobie żonglował nazwami. Co mnie ciutkę irytowało.

Żeby było jasne uważam, że nie odbiera to przyjemności czytania i nawet wiedząc o tym jak lekko została potraktowana anatomia, nie wahałabym się i chwyciłabym równie chętnie po tą książkę. Wszak to nie podręcznik anatomii, a ze mnie prosty iurysta a nie dentysta sadysta


Skoro skrytykowałam już stronę techniczną to muszę się rozpłynąć nad szatą graficzną tej serii, jest tak pięknie dopracowana, bez barokowego przepychu, prosto, skromnie a z ogromnym klimatem. te zdjęcia w sepii, prosta czarna obwoluta. naprawdę cieszę się że nie bije złotem po oczach, że okładka jest uzupełnieniem, a nie gra pierwszoplanową rolę i w taki nastrój wprowadza... odpowiedni

niedziela, 25 marca 2012

Top 10: ulubieni bohaterowie filmów i seriali




Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu na blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.

Dziś przyszła pora na... Dziesięciu ulubionych bohaterów filmów i seriali!


Jako że jesteeem nałogowym oglądaczem seriali i filmów wszelakich, wybór topki spędzał mi sen z powiek. Postanowiłam ograniczyć się do seriali bardziej współczesnych i filmów które nie są ekranizacjami.

Po pierwsze

Will Gardner – przystojny adwokat z serialu Good Wife. Można powiedzieć mój kolega po fachu, którego po prostu uwielbiam. Jest przebiegły, cholernie inteligentny. Widzę pasję z jaką wykonuje swój zawód. Kibicowałam jego miłości… Niestety… Zdaję sobie sprawę, że nie jest aniołem i często jego motywy są niskie, ale samymi ideami niestety nie wyżyje….












Chandler Bing – od jakiegoś czasu śmieję się, że ten człowiek jest moim mistrzem i wszelkie zażalenia jeśli chodzi o moje głupie poczucie humoru, sarkazm i ironie należy kierować właśnie do Chandlera, który mnie nauczył takiego stylu bycia. Wprawdzie on przy Monice się nieco wyrobił i wyporządniał. Ja nie zamierzam :P








Vincent Nigel-Murray – kochałam go i szczerze opłakałam. Uwielbiałam tego genialnego chłopaka, który na stres reagował tak jak ja, recytowaniem nieistotnych ciekawostek historycznych, próbując wiedzą przykryć zakłopotanie. To że go zabito uważam za skandal, grandę i ehhh. Nawet Zacka tak nie lubiłam chociaż dobre dwa sezony za nim tęskniłam…









Jack Hodgins. – po pierwsze – pasja. Uwielbiam ludzi z pasją, a pan od robaków jest ucieleśnieniem moich marzeń, kocham jego poczucie humoru, szalone eksperymenty, bycie królem laboratorium. Angela ma farta. To pewne!















Preston Burke – Według mnie mężczyzna idealny serialu Chirurdzy. Uważałam, że Cristina jest głupia. Akceptował wszystkie jej dziwactwa, wspierał. Był przyjacielem, mentorem, ale też partnerem. Ale my baby potrafimy być głupie i nie doceniamy.



Dereck Shepherd – McBoskiego nie da się nie kochać. Wiem, że są niewiasty, które nie podzielają tego silnego uczucia, co z jednej strony rozumiem, ale Serek tak potrafi popatrzeć, że kolana miękną. No i genialny jest a to zawsze mnie kręci :D







Nielegalnie wbiję w jedną kategorię. Chłopcy z Czasu Honoru. Najmniej lubię Bronka, wiec rozpisywać się nie będę. Ale Janka, Władka i Michała po prostu uwielbiam, teraz za sprawą książki mego Syna robię powtórkę serialu i normalnie każdorazowo krew mi się ścina w żyłach, adrenalina skacze a ja przeżywam, jak głupek.






Lars Rainer. – Geniusz zła. Dla odmiany czarny charakter serialu. Stara się zniszczyć polskie podziemie, jest przebiegły jak lis, też zdolny i inteligentny i naprawdę świetnie mu to niszczenie idzie… tylko że historia napisała inny scenariusz…








Walter Fane – wiem, że miałam pominąć ekranizację, ale „Malowany welon” jest specyficznym filmem, niby na motywach książki, jednak wiele wątków zmieniono. I bardzo zmieniono również postać Waltera, ten filmowy jest mężczyzną idealnym. Nieśmiały i zakochany do szaleństwa w kobiecie która widzi w nim tylko ciamajdę. Jednak on robi wszystko by ją uszczęśliwić. DO czasu, gdy dowiaduje się że przyprawiała mu rogi zabiera ją na prowincje do ogarniętych epidemią cholery Piździchowic, wydaje się że na pewną śmierć. Bardzo prawdopodobnym się wydaje, że nie przeżyje ani on, ani ona. I wten sposób Walter ukarze i siebie i Kitty. Jeśli nie widzieliście tego filmu polecam z całego serca. Nic nie poradzę, sama jestem życiową ciamajda i dlatego tak lubię takich właśnie mężczyzn. Mówią, że ciągnie swój do swego :P Film obfituje w piękne zdjęcia i niesamowicie rozczulające sceny. Z Walterem w roli głównej : )








Merlin i Artur. Merlin to moja świeża – stosunkowo – serialowa miłość i uwielbiam tych bohaterów. Wzruszam się i zaśmiewam do łez – na przemian : )








źrodła obrazków
[1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10]

piątek, 23 marca 2012

Stos końcowo-marcowy



Jestem uzależniona od kupowania książek. zdecydowanie
Dodatkowym symptomem jest uzależnienie od Christie. Ostatnio na inne regały zerkam z przelotnym zainteresowaniem. Kupuję Christie.








I tak od dołu będą dwa egzemplarze recenzenckie. Przyda mi się odprężającej lektury po tych kryminalnych sprawach otaczających mnie całodobowo.
Później nabyte w Taniej Książce "obrączki" na które czaiłam się długo. na marginesie prawie je i jeszcze kryminał jeden zostawiłam na bankomacie... co mogę zwalić tylko na karb tego, ze tamtego dnia wstałam o 2 w nocy a o 3.15 miałam autobus.

A później Christie. li i wyłącznie.

Chociaż w sobotę miałam OGROMNĄ ochotę na pamiętniki Żelaznej Damy. I chyba po wypłacie wezmę i nabędę...


Myślicie, że powinnam się leczyć?

A i musiałam niestety obfotografować Melę, bo właziła w kadr uparcie. Nie może się marcować, bo niewiastą jest tylko z nazwy. Może chciała pomachać Wam ze szklanego ekranu :)


Ale czas zacząć się cieszyć weekendem :))

środa, 21 marca 2012

"Ocal mnie" - Lisa Scottoline


Opowieść o ludzkich wyborach i niebezpieczeństwach, jakie niesie ze sobą matczyna miłość.

Nikt nie mógł przewidzieć, co wydarzy się tego dnia, kiedy Rose zgłosiła się do pomocy w szkolnej stołówce, by dyskretnie poobserwować swoją córkę. Urocza, choć nieśmiała trzecioklasistka Melly urodziła się ze znamieniem na twarzy, stanowiącym powód docinków innych dzieci. Od jakiegoś czasu stała się obiektem złośliwych ataków nowej koleżanki, co stawia Rose przed tragicznym wyborem, którego co dnia muszą dokonywać miliony rodziców na całym świecie: czy należy reagować, jeśli nasze dziecko potrzebuje pomocy, czy też lepiej nie interweniować, bo tylko pogorszy się w ten sposób sytuację?




No to powoli wychodzimy na prostą.



Książkę, którą skończyłam czytać, zaledwie dwie godziny temu, porównywano do twórczości genialnej Picoult. Zresztą jej nazwisko, niejako promuje książkową okładkę. Jednak styl książki nie jest podobny do sposobu w jaki swoje książki konstruuje Jodi Picoult, warto więc nastawić się na dobrą lekturę, ale nie oczekiwać drugiego wcielenia Jodi. No bo, posłuchajcie : )

Główną bohaterką jest Rose, matka z powołania, nie widzi świata poza swoimi dziećmi. Prowadzi dom, wychowuje dwójkę dzieci, jej aktualny mąż jest biologicznym ojcem synka, ale córka Melly, to „pamiątka” po pierwszym mężu, który dodatkowo zginął wiele lat temu. Jednak Leo – obecny mąż Rosy, dobry prawnik, jest również wymarzonym ojcem i mężem. Nie robi różnic pomiędzy dziećmi, a przecież jedno mógłby kochać bardziej. Wszystko wydaje się sielanką. Jest jednak ale. Melly ma na policzku spore znamię, które sprawia iż w szkole dzieci naśmiewają się z niej. A dzieci jak wiadomo potrafią być okrutne. Dlatego już raz całą rodzina zmieniają miejsce zamieszkania… znajdują wymarzony dom i snują wizję pięknego życia, usłanego różami. Jednak dzieci wszędzie jednakie, problem naśmiewania się z Melly nawraca, dodatkowo, dziewczynka jest zagorzałą fanką Harrego Pottera, co też nie przysparza jej popularności, bo młody czarodziej nie jest aż tak popularne jak inni idole. Ma tylko jedną pokrewną duszę – nauczycielkę, która jada z nią lancze, żeby dziewczynka nie spożywała w łazience dla niepełnosprawnych. Melly jest uznawana za dziwka, co martwi Rosę, dlatego postanawia pomóc w stołówce i poobserwować co się dzieje z córką… Dostrzega niepokojące sygnały, gdyż faktycznie inne dziewczynki dokuczają Melly ze względu na znamię chociażby. Dziewczynka ucieka do toalety, gdy Rosa daje naśmiewającym się dziewczynkom reprymendę, ciszę przerywa eksplozja, wybuch, powodujący pożar który jest śmiertelnym zagrożeniem dla dzieci. Rosa ma wybór, czy ratować dziewczynki które się nabijały z jej dziecka, a są obok, czy córkę uwięzioną w łazience. Musi wybrać mniejsze zło. Tak przynajmniej jej się wydaje. Postanawia wybrać wyjście, dzięki któremu i wilk będzie syty i owca cała. Niestety nie sięga wzrokiem w przyszłość i nie wie że w jednej chwili z bohaterskiej matki, zmienni się w potwora – w oczach opinii publicznej. Że dociekliwe media odkryją najbardziej bolesną tajemnicę jej przeszłości – którą nie podzieliła się, ani z mężem, ani z przyjaciółką. Stare rany zostaną otworzone. Jej małżeństwo zawiśnie na włosku. Ba! Jej wolność stanie pod znakiem zapytanie. Rosa w obronie swoich dzieci, zacznie drążyć, ale w najgorszych obawach nie śni jej się do jak mrocznej tajemnicy się dokopie.

Jak widzicie nie jest to książka w stylu Picoult, chociaż szczerze mówiąc byłam przekonana, że autorka powtórzy jej schemat. Bo było wszystko, nadwrażliwe dziecko, tajemnica, kryzys oraz perspektywa poważnej sprawy, która zaważy o wszystkim. Ku mojemu zaskoczeniu autorka poszła zupełnie w inną stronę… zresztą zobaczycie : )

Uprzedzę, że książka jest diablo wciągająca, ciężko się oderwać. Język poprawny, dobry w odbiorze. Natomiast co do akcji, zdaję sobie sprawę, że niektórzy mogą zarzucać książce zbyt wiele zbiegów okoliczności. Być może momentami akcja jest prowadzona nierówna, czasami przez kilka stron akcja się wlecze, po to aby później diametralnie przyspieszyć i lecieć na łeb na szyję.
Lojalnie jednak uprzedzam, że nie przeszkadza to w czerpaniu przyjemności z lektury, jestem przekonana, że książka Was porwie, a kto wie może spłynie łezka wzruszenia, na koniec.

niedziela, 18 marca 2012

"Czas Honoru" - Jarosław Sokół


Wiosną 1941 r. grupa przeszkolonych w Wielkiej Brytanii polskich żołnierzy Związku Walki Zbrojnej Armii Krajowej została zrzucona na teren okupowanej Polski. Nazywano ich Cichociemnymi. Mieli przeprowadzić w rodzinnym kraju szereg akcji dywersyjnych wymierzonych przeciwko okupantowi i prowadzić walkę o niepodległość ojczyzny. Byli młodzi, odważni i wolni. Wolni mimo wojny toczącej się wokół nich. Pięknie żyli i pięknie ginęli. Z godnością. Bronek, Janek, Michał, Władek. Żyli w czasach, kiedy życie ludzkie było niemal bezwartościowe, a najcenniejszy był honor. To właśnie o ich losach i losach ich najbliższych opowiada Czas honoru. Książka autorstwa Jarosława Sokoła – scenarzysty popularnego serialu Czas honoru. Serial emitowany od 2008 r. na antenie TVP zyskał ogromną popularność wśród widzów. Obecnie emitowana jest jego IV seria.



Czas Honroru to jeden z nielicznych polskich seriali, który mnie porwał bezgranicznie. Pisałam nawet jakiś czas temu na blogu o tym jak bardzo lubię oglądać zmagania Polski Podziemnej z Okupantem. Oczywiście nie jestem ślepa na niedociągnięcia tego serialu, jako historyk amator, pewne rzeczy mniej, lub bardziej kują mnie w oczy. Ale nie można zawsze być drobiazgowym. Toteż oglądam i się wzruszam i przeżywam. Książka chodziła za mną intensywnie od grudnia, kiedy niemalże wpadła mi w ramiona w lubelskim Matrasie. Ale byłam silna. Moja Mama jest mniej silna i dała się namowić na sprezentowanie mi papierowej historii Chochociemnych. Już kupując książkę jedna z klientek ostrzegła mnie, że raczej się zawiodę, że książka jest niezła, ale tylko gdy nie widziało się serialu. A ja przecież serial uwielbiałam.

Mając ostatnio mniej czasu na lekturę wybrałam „Czas Honoru” na lekturę podróżną. Było to strzałem w dziesiątkę. Od książki wręcz nie mogłam się oderwać. I na szczęście nie musiałam. Nie wierzcie, w to że to kiepska książka, że zła i be! Moim zdaniem jest wręcz niezbędnym dodatkiem do książki. Poznacie wiele faktów, które w serialu są pominięte, lub wspomniane półsłówkami.

Ale tradycyjnie… zacznijmy od początku. Książka zaczyna się prawie tak jak serial… jedynie jeśli chodzi o lata, książka rozpoczyna się później. Podczas gdy atak Hitlera na ZSRR ma miejsce w drugim sezonie, bodajże , tak główna akcja powieści toczy się już w czasie wojny Wschodu z Zachodem. Pierwszą sceną książki jest egzekucja z której udaje się wydostać Karolowi Ryżkowskiemu, którego przedwojenne losy poznajemy lepiej niż w serialu. W serialu daje się poznać jako kanalia, ale raczej z konieczności. Książka nie tylko szkicuje powierzchownie jego postać, ale wręcz odmalowuje wyraźniejszy obraz człowieka pozbawionego sumienia. Zresztą każdego bohatera poznamy lepiej niż w serialu
Dowiemy się jak rodziła się miłość Janka i Leny. Zmieniono również historię Wandy i Bronka, nieznacznie, ale w sposób czyniący z Bronka prawego człowieka, a nie bawidamka uwodzącego mężatkę. Na pewno jego historia jest bardziej wzruszająca i pełna pewnego tragizmu. Poznamy nieco lepiej rodzinę Konarskich, bo tutaj też dokonano pewnych modyfikacji. Bohaterowie staną się nam bliżsi nim dostaną się na prestiżowe szkolenie w Anglii, długo przed zrzuceniem do okupowanej Ojczyny.

Na pewno książka jest o wiele mniej cukierkowa niż serial, któremu zarzuca się nieprawdopodobne zbiegi okoliczności, wręcz cudowność, do którego sceny krwawych przesłuchań są doczepiane niemalże na siłę. Tymczasem książka oddaje lepiej wojenną rzeczywistość, może przez to, że kamera nie podstawia nam gotowego obrazu, tylko za to odpowiada wyobraźnia, cała groza, silniej oddziałuje na czytelnika. Ten chłód, strach, krew i zapach prochu, są niemalże realne, jakby dochodziły zza ściany.
Przyznam się szczerze, że najmniej lubianym przeze mnie był w serialu wątek Bronka i Wandy, po zmianie aktorki, znielubiłam go już po całości, tymczasem książkowa Wanda(wciąż z twarzą genialnej pani Ostaszewskiej) nie jest melancholijną pustą i naiwną panienką jak ta serialowa. To kobieta przeżywająca głębszy dramat. Godna współczucia, która nie targa się na życie tylko dlatego, że jej kochanek nie daje znaku życia.
To tylko przykład, ale każdy wątek zostaje ciekawiej rozbudowany dzięki słowu pisanemu, nabiera barw, wyraźnych linii.

Zachwyciłam się tą książką i nie żałuję wydanych na nią pieniędzy i czasu spędzonego na lekturze, zresztą czyta się ją bardzo dobrze i szybko. Jedyne zastrzeżenia jakie mam to język jest dosyć współczesny. Autor używa wyrazów typowo warszawskich, ba! Warszawskiej gwary wręcz. Wplata sprawnie słownictwo rodem z okupowanej Warszawy, ale! Moim zdaniem wypowiedzi bohaterów brzmią niekiedy zbyt współcześnie.

Polecam tą książkę nie tylko miłośnikom serialu, ale także wszystkim którzy lubią książki tego typu. Moim zdaniem książka warta jest swojej ceny i powiedziałabym, że raczej nikt nie pożałuje lektury, ale wiem, że trafiły się takie jednostki, toteż głowy dawać nie będę, tak łatwo.

czwartek, 15 marca 2012

"Wiadomość z nieba" - Brooke Desserich, Keith Desserich


„Wiadomość z nieba” to niezwykły pamiętnik napisany przez rodziców sześcioletniej dziewczynki, którzy dowiadują się, że ich córka ma rzadką odmianę guza mózgu. To wzruszająca historia o tym, jaką lekcję życia i miłości może przekazać swoim rodzicom kilkuletnia dziewczynka, odchodząc z tego świata.

„Wiadomość z nieba” to prawdziwa i niezapomniana opowieść, którą napisało życie.

*

Elena Desserich pragnęła zostać nauczycielką. Chociaż jej życie było zbyt krótkie, by zdołała spełnić to marzenie, Elena nim odeszła, zdążyła przekazać nam niezwykłą lekcję. Nigdy nie przestała uczyć tych, którzy ją otaczali, jak doceniać cud codziennego życia, nawet będąc sześciolatką z rzadką odmianą guza mózgu.

W tym osobistym i szczerym dzienniku, jej rodzice, Brooke i Keith Desserich dzielą swoją emocjonalną podróż i zmagają się z targającymi nimi sprzecznymi impulsami, by za wszelką cenę pokonać chorobę Eleny, a jednocześnie przygotować się na nieunikniony koniec. Strona po stronie, ten dziennik jest przypomnieniem dla rodziców na całym świecie, by doceniali i cieszyli się każdym momentem spędzonym wspólnie ze swoimi dziećmi.

„Wiadomość z nieba” to niezwykła opowieść o pokorze i inspiracji. Od momentu postawienia diagnozy, Elena stworzyła imponującą listę życzeń, tych dużych i tych małych, poczynając od jazdy powozem, a kończąc na namalowaniu obrazu, który wisiałby na ścianie muzeum sztuki. Jej życie było motywacją do stworzenia fundacji, która dzisiaj pomaga wielu dzieciom w walce z rakiem.



Rene z Allo Allo zwykle zaczynał odcinek, uroczym monologiem, rozpoczynającym się od „zastanawiacie się pewnie”. Tak może i Wy drodzy blogozaglądacze zastanawiacie się dlaczego cisza na tym blogu jak po pogrzebie organisty. Wbrew pozorom żyję, żyję intensywnie, aczkolwiek rodzina, seminarium Liga Mistrzów(tak mój ukochany Real wygrał, wprawiając mnie w stan eudajmonii, ale po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie miałam z kim się poprzekomarzać i pocieszyć, bo tu gdzie pracuję, kibiców jest deficyt, albo się konspirują) . Wbrew pozorom jednak moje seminaryjne przygotowanie leży, postanowiłam jutro zarwać wieczór, a dziś dotrzymać słowa(wszak pacta sunt servanta) i dać Wam recenzję… Bo jak czytam wieczorem, to padam szybko jak kawka i zasypiam… A na tej książce nie godzi się zasypiać…

Czytając opis z okładki czułam, że będzie to dobra, aczkolwiek trudna książka. Czytałam wiele książek o ciężkej chorobie, ale gdy taki los dotyka dziecka, nie można mówić o „oklepaniu” tematu, zawsze jest bunt, retoryczne, puste pytania. Na początku nie spodziewałam się, że będzie tak i w tym przypadku. Poznajemy historię Eleny, opowiedzianą przez jej ojca(w 90%) i matkę(w dopiskach). Elena choruje na glejaka pnia mózgu, rzadki i praktycznie nieuleczalny nowotwór, ma przed sobą według lekarzy, najwyżej siedem miesięcy życia. Sześcioletnia dziewczynka, która nie rozumie dlaczego jest nieskończoną ilość razy kluta, badana, dlaczego szpital powoli staje się jej domem. Jej rodzice podejmują walkę, wtedy jeszcze o życie Eleny, ale chociaż wola walki nie słabnie, zmienią się priorytety, chociaż nadzieja, tak jak wiara i miłość będą trwały, i tak jak u św. Pawła, największa będzie miłość, miłość która będzie constansem, miłość, która nigdy nie ustanie. To naprawdę niezwykła historia walki całej rodziny, przyspieszony kurs dojrzewania. Szkoła życia,, najpiękniejsze ucieleśnienie, chociaż wymuszone owego carpe diem. Bo co pozostało tym rodzicom? Chwytać każdą chwilę, każdy dzień, każdy uśmiech dziecka, którego życie wyobrażali sobie zupełnie inaczej, marzyli o jakiejś karierze, weselu, wnukach. Nie udało się i drogo zapłacili za tą lekcję życia. Osobiście, nie wyobrażam sobie tak wysokiej ceny.

Zapytacie co takiego wyjątkowego jest w tej książce? Nie wiem, przez dużą część książki, dałabym sobie głowę uciąć i oko wykłuć, że nie uronię łezki, że będzie mi smutno, ale nie ma szans na porządne katharsis. Bo to nie jest literatura wyższych lotów, nie będzie tu metafor, homeryckich zdań i porównań, barokowego bogactwa. Nie pisał tego zawodowy pisarz, tylko w większości Ojciec, który ma do przekazania miłość, chce opowiedzieć o ostatnich dniach, tygodniach, miesiącach swojej córeczki. Córeczki, którą tulił jako niemowlę w ramionach, marzył o tańcu z nią na jej weselu, ale nie przewidział, że po sześciu latach będzie tulił urnę, nie mógł jej ochronić, nie mógł zapobiec, więc chce uświadomić Nam, jak ważny jest każdy dzień, jak cenne jest każde słowo, które wypowiada w naszą stronę osoba, którą kochamy, jak bezcennym widokiem jest klatka piersiowa unosząca się w rytm wdechu. Coś co zwykle jest oczywiste, dwa dni później może być widokiem na miarę złota.

Książka to nie tylko sam tekst, jest on ilustrowany zdjęciami Eleny i jej rodziny, z fotografii spogląda na nas piękna, naprawdę śliczna dziewczynka, która ze zdjęcia na zdjęcie gaśnie, jarzmo choroby jest coraz cięższe. Serce się kraja. Osobiście nie chcę mieć dzieci, ale ta książka zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, wzbudziła taką masę uczuć, że jest to wręcz nie do wypowiedzenia.
Według mnie mimo, swego ładunku emocjonalnego, a może właśnie dlatego, książka koniecznie do przeczytania, jestem pewna, że bez względu na płeć czytacza zrobi wrażenie!!

Według mnie żadna skala, dobrze nie odda tych emocji jakie przeżyłam czytając. Dowód na to, że o sprawach ważnych nie trzeba pisać bełkotliwym, fachowym językiem.

wtorek, 13 marca 2012

idealna symbioza


Symbioza idealna. Ja zarabiam na emeryturę mych P.T Rodzicieli. a Rodzicielka zostawiła mi na lożku takie cudo, które MUSI zaklnie wiosnę już. Czekało sobie i ucieszylo me oczy po powrocie z pracy...

Musiałam się pochwalić. Za Mamusią obrazek chodził długo, i chodzą następne.
Wiecie... tak sobie myślę, że wyrastając w domu pełnym pasji, człowiek się tym zaraża, ja od małego miałam przykład Rodziców, którzy nie gnuśnieli przed TV, tylko realizowali się, na ile czas i okoliczności pozwalały. Nie byłam kłopotliwym dzieckiem(Mama dwała mi pieprzniczkę i solniczkę i sadzała na kożuchu w kuchni, ja sobie uderzałam jedno o drugim i byłam szczęśliwa i to procentuje umiłowaniem kuchni. Tata dla odmiany dawał mi gwoździe, deseczkę i młotek z tymi widełkami do wyciągania i przemiennie - to wbijałam, to wyciągałam, do dziś uważam, ze powinnam być facetem :P a później jeździłam do niego na stadion...) Gdy dziecko tak zacnie zajmowało się sobą, to już więcej można zrobić, mogli czytać, łowić, majsterkować....


Teraz mam swoje pasje, częściowo zbieżne, ale czasami zupełnie różne. I tak egzystujemy sobie w pełnej symbiozie. Taka refleksja mnie naszła. A tak naprawdę, to uwielbiam w każde zdanie wplatać "ktoś musi zarabiać na Wasze emerytury, a wypocznę to pewnie w trumnie, a i tak pewnie będą hieny przychodziły narzekać i mieć wąty" :P


Mama Haftuje, ja zaś pilnie pracuję i staram się ogarnąć materiał na seminarium, więc widzicie jaka bida z recenzjami. Ale jutro najpóźniej ukaże się recenzja "Wiadomości z nieba", książkę przeżywam i nie mogę czytać za szybko... więc jednak czwartek to deadline...


Zaklinajcie wiosnę moliki. I proszę o ciepłe myśli w sobotę(Lublin) i w środę(również). Potem odpocznę i może wrócę do zakładki, przy której dlubię...



niedziela, 11 marca 2012

"Sprawa Rembrandta" - Daniel Silva


Gabriel Allon, mistrz renowacji dzieł sztuki i zabójca, wraca w nowej, fascynującej powieści bestsellerowego autora.

Dwie rodziny, groźna tajemnica i obraz warty śmierci.

Po decyzji o zerwaniu kontaktów z Biurem, Gabriel Allon i jego piękna żona Chiara osiadają wśród smaganych wiatrami wzgórz Korwalii. Samotnością jednak nie cieszą się długo, gdyż wkrótce odwiedza ich gość ze skomplikowanej przeszłości Allona - ekscentryczny, londyński marchand sztuki Julian Isherwood. Już tradycyjnie, Isherwood ma kłopoty. I znów tylko Allon może mu pomóc.

Na historyczne angielskie miasto Glastonbury padł cień morderstwa renowatora obrazów i kradzieży niedawno odnalezionego portretu Rembrandta. Allon, aczkolwiek niechętnie, podejmuje się zadania wytropienia zabójcy i odzyskania obrazu. Łańcuch poszlak, początkowo wiodący z Amsterdamu do Buenos Aires, kończy się u bram willi na spokojnym brzegu Jeziora Genewskiego, zaś w trakcie swoim misji Allon odkrywa, że za obrazem Rembrandta stoi mroczna, śmiertelnie niebezpieczna tajemnica.

Kolejny raz Allon wraca do świata, o którym już chciał zapomnieć, spotykając w nim wiele niezwykłych postaci: londyńską dziennikarkę, próbującą naprawić największy błąd swojej kariery zawodowej, nieuchwytnego złodzieja dzieł sztuki, prześladowanego przez wyrzuty sumienia, czy potężnego szwajcarskiego miliardera i znanego filantropa, mogącego być sprawcą jednego z największych zagrożeń dla ludzkości...
Pełna zaskakujacych zwrotów akcji, opowiedziana wciągającą prozą Sprawa Rembrandta dostarcza nie tylko świetnej rozrywki, lecz również przypomina o istnieniu ludzi, którzy dla pieniędzy zrobią wszystko.




Wprawdzie Rembrandt nie jest moim najukochańszym malarzem, ale nazwisko autora – David Silva, skojarzyło mi się z hiszpanskojęzyczną literaturą, więc rzuciłam się jak sęp na padlinę. Myliłam się oczywiście co do narodowości autora, ale intuicja mnie nie zawiodła. Dwa minusy – dają plus. Ziębiący mnie malarz i autor, który zawiódł mnie – bo nie jest Hiszpanem, zsumowani dali mi świetną przygodą literacką. Napisałabym dodatkowo, że po książkę sięgnęłam, gdyż obiecałam sobie, że w pracy będę czytała, tylko kryminały – żeby było tematycznie. A to jest powieść, sensacyjna! Ale wszystkie te zawodziki skończyły się niespodzianką. Bardzo pozytywną! I chociaż ostatnio zaczytywałam się książkami ocierającymi się o wirtuozerię literacka, ta książka w żaden sposób mnie nie rozczarowała!

Zaczyna się od kradzieży obrazu Rembrandta, na którym mistrz uwiecznił swoją konkubinę, z którą miał dziecko, a która skończyła w hańbie, bo artysta, artystą, ale Rembrandt facetem był i nie był wolny od przywar swojej płci. Obraz wydaje się być przeklętym. Jego losy są znaczone krwią i dramatem. Także na karty powieści wchodzi przebojem i wlecze się za nim smuga krwi, ale okazuje się, że to szczyt góry lodowej. Okazuje się, że losy tego obrazu giną w morkach II wojny światowej, Holocaustu i wyzysku Żydów. Że w cieniu obrazu pozostaje tragedia małej dziewczynki, która przeżyła bo miała jasne włosy i nie wyglądała na Żydówkę, przeżyła, aby każdy dzień męczył ją wyrzutami sumienia. Ograbiona z majątku, wydarta rodzinie, jej los jest tragedią wielu żydowskich rodzin, ale czy po tylu latach można jeszcze szukać sprawiedliwości? Okazuje się, że nadziei nie traci Gabriel Allon, znający się nie tylko na renowacji dzieł sztuki, tajny agent, który postanowił przejść na emeryturę i wieść spokojne życie w Kornwalii, ale tym raz postanawia zawiesić, odpoczynek, bo sprawiedliwość i bezpieczeństwo Izraela, są wartościami bezcennymi. Postanawia rozwiązać zagadkę fortun żydowskich, które rozpłynęły się w dymach krematorium i zawierusze Zagłady.

Uprzedzam lojalnie, to mój pierwszy kontakt z prozą Silvy, nie czytałam poprzednich części, ale już wiem że to nadrobię bo widziałam jego książki w miejscu, w którym będę w sobotę. To nie jakaś tania sensacyjka, tak jak w marnym filmie, troszkę strzelaniny, bicia po twarzach i żadnej głębi. Wplecenie w akcję powieści tragedii II wojny światowej, mimo wszystko tak świeżej, wciąż pełnej dramatycznych tajemnic, dodaje tej książce głębi. Na pewno mi czytało się lepiej, przeżywałam tą książkę mocniej.

Nie wiem czy poprzednie książki autora były podobne, odnoszę wrażenie(ze wspomnień w tej najnowszej) że tak, jeśli przez tyle książek udaje się autorowi trzymać poziom, czyli napięcie, emocje i dobrą sensację, to jestem pełna podziwu i tym chętniej z innymi książkami się zapoznam(dlatego będę wdzięczna za wszelkie opinie, i wskazówki, czy chronologia jest konieczna?) .

Ze swej strony serdecznie polecam, przyznam również szczerze, że przez pierwsze dwadzieścia stron miałam problem z wciągnięciem się w akcję, ale gdy już przegryzłam te pierwsze rozdziały, później poleciało piorunem : )