Strony

sobota, 30 kwietnia 2011

"Czarne dziury historii Rosji" - Lew Szylnik


W książce Czarne dziury historii Rosji autor stara się odpowiedzieć na trapiące historyków pytania: czy istniał Iwan Susanin, kto przeprowadził reformy Piotra, kto przegrał wojnę rosyjsko-japońską, itp., czyli co się tak naprawdę wydarzyło? Czarnych dziur w historii Rosji, przez które prawda nie może ujrzeć światła dziennego jest mnóstwo. Szylnik z rozmachem, barwnie i z przekonaniem burzy dotychczasowy ład historyków klasycznych. Książkę autorstwa historyka młodego pokolenia czyta się niemal jak kryminał, tyle się działo i to bardzo okrutnych rzeczy! Teraz, gdy Rosja się zmienia, historycy będą mieli co robić. Sam Szylnik stwierdził, że zawarł w swej książce niewielką część tego, co jest jeszcze do opisania.

Zaraz musze się brać do pracy, to korzystając z faktu że burzowo jest wyłączyłam Internet i pisze sobie na laptoku, popijając kawkę i patrząc jak leje.
A książka o której chcę Wam dziś powiedzieć traktuje o tajemnicach Rosji, które nikną w mroku i dziś są praktycznie nierozwikłane. Gratka dla fanów tematyki. Książka to subiektywny wybór tematów, które spędzają sen z powiek historykom i wciąż są źródłem gorących dyskusji. Miła odmiana w dyskusjach o Rosji, poczytać o wydarzeniach, raczej nie związanych z Polską(wyjątki są mimo wszystko). Zaczęłam czytać przed snem, nawinie wierząc, że jedna historia i lulu. To było szczytem naiwności i nie spoczęłam póki nie skończyła.
Wyśmienita lektura, jak zwykle powtarzam to przy książkach zahaczających o miano specjalistycznych, do nie jest lektura dla każdego, jeśli temat Rosji nie kręci Cię wcale, jeśli Twoim Mistrzem nie jest Ludwik Bazylow, nie wróżę wspaniałych przeżyć przy lekturze. Jeśli jednak muza historii była obecna przy Twych narodzinach i sypnęła na powieki trochę pasji - zachęcam!

Miałam zastrzeżenia do treści, drobne nie wiem czy to autor piszac w pędzie pasji rzucał skrótami myślowymi, czy po prostu tłumacz ułatwił sobie pracę. Mimo, że kilka razy mi coś tam zgrzytnęło(ale ja naprawdę jestem strasznie wyczulona jeśli chodzi o tematy, którymi się interesuję tak bardzo, bardzo), ale mimo wszystko książka spędziła mi sen z powiek i byłam zachwycona.

Pragnę więc podziękować Wydawnictwu Bellona, że mogłam ją przeczytać.

piątek, 29 kwietnia 2011

Stosik! Na maj!


Nałog ma się doskonale w dalszym ciągu. Na dodatek aby zintegrowac rodzinę nabyłam scrabble na majówke pod słońcem i na trawce taka inteligentna rozrywka będzie idealna :)

A książkowo. Ostatnio miałam manię wydawania, kupiłam machine do chleba i kilka książek(część lozie pocztą)
(od dołu)
Susan Wiggs - "Obudzić szczęście" - od Wydawnictwa Harlequin, ma letnią pogodną okładkę i dziękuję za Nią bardzo, bardzo :)
Jan Sobczak "Mikołaj II" i Lew Szylnik "Czarne dziury historii Rosji" - obie od wydawnictwa Bellona dzięki któremu mogę oddawac się historycznej pasji. Z Mikołaja miałam pisać referat na konferencję, ale jednak temat zmieniłam.
Tanya Valko "Arabska córka", Natalia Rogińska "Maciejka"(już recenzowana), Aldona Urbankiewicz "Z Miśkiem w Norwegii" - od wydawnictwa Prószyński, straszną niespodzianką były mi i radością.
Krystyna Falińska"Bylam białą różą", Franciszek Szczęsny "Kamienista droga" - od wydawnictwa Novae Res, opisy mnie zaintrygowały poza wszelką miarę.
I moje prywatne zakupy
Elżbieta Cherezińska "Gra w kości" słyszałam tyle pochwał, że sama siebie hamuję, żeby sie nie rozczarować.
Tomasz Orłowski "Protokół Dyplomatyczny" - kiedyś dawno mejla dostałam z prawniczej księgarni z nowościami, książka mnie zainteresowała, później Szymuś Holownia o niej pisał, póxniej była niedostępna w księgarniach, ale zamówiłam na allegro
Henning Mankell "Mężczyzna który się uśmiechał" bo Wallander film mnie wciagnął. A w księgarni dostałam małpiego rozumu i z rozpędu zamiast pierwszego tomu wzięłam czwarty. To ma znaczenie? Swoją drogą dlaczego tego nie numerują?


Zblizenie

"Dziewięć wcieleń kota Deweya" - Vicki Myron, Bret Witter


Poznaj dalsze losy niezwykłego kota Deweya!

Magiczna historia kota Deweya, którego w mroźną noc w metalowej skrzyni na książki odnalazła i przygarnęła Vicki Myron, oczarowała tysiące czytelników na całym świecie. Dzięki tej opowieści wielu ludzi zrozumiało, że choć ich życie często jest ciężkie i dramatyczne, to nigdy nie powinni tracić optymizmu i nadziei na lepsze jutro. Wystarczy uważnie wsłuchać się w kocie mruczenie, zanurzyć rękę w mięciutkiej sierści i zrozumieć, że obok nas znajduje się prawdziwy koci skarb. Dziewięć wcieleń kota Deweya to nowe, nieznane jeszcze opowieści o niezwykłym kocie oraz jego kocich przyjaciołach, którzy odmienili życie swoich właścicieli.
Dzięki tej książce odkryjecie Deweya w każdym kocie, którego obdarzycie choćby odrobiną ciepła!

Nigdy w życiu zapewnie nie zmądrzeję. Nie ma takiej opcji.
Co mnie skłoniło do takiej refleksji? Ano lektura książki „Dziewięć wcieleń kota Deweya”. Okazało się że jestem istotą której opisy trudnego zwierzęcego życia wzruszają do łez nawet w miejscach publicznych. Dlatego przestrzegam Was! Nie czytajcie w autobusach, parkach, na przystankach! Chyba, że chcecie żeby Was za dziwaków wzięli.
Ta książka niesamowicie do mnie trafiła! Mimo, że osobiście uważam, że za dużo było prywaty, autorka owszem kochała Deweya, ale za dużo pisze o sobie. Za którymś razem zaczęło to drażnić, bo nie wzięłam książki do czytania o ludziu, miało być o kocie. O kotach. Książka napisana nie jakimś super wyrafinowanym językiem opowiada historie kotów które dla kogoś były wszystkim. Opowiada o kociej miłości opatulonej w futerko gotowej bronić ukochanego ludzika ostrymi pazurkami. Kochającej człowieka całym swym – często – poharatanym przez życie serduszkiem. To zbiorek ludzkich historii, opowieści ludzi, którzy w którymś etapie swojego życia zdecydowali przygarnąć kociaka do domu. Poczytajcie i zobaczcie jaka nagroda ich spotkała. Wiem o czym Ci ludzie piszą bo moja Mela też jest przygarnięta i gdy szlochałam nad którąś z historii, potworek wskoczył na łóżko(uprzednio wołając o tradycyjny kocyk) zaczął się Mizia a później zaglądnął mi w oczy jakby z pytaniem dlaczego płaczę jednocześnie każąc mi przestać.
Książka nie jest dla ludzi którzy nie wierzą w tak bliski kontakt zwierzęcia i człowieka, bo cała książka będzie ich denerwować, może oburzać. Dla mnie było to potwierdzeniem tego co przeżywam. Piękne i wzruszające historie. Nie ukrywam, że nie raz płakałam jak bóbr.
Polecam całym sercem wszystkim wielbicielom kotów, fanom zwierząt dla których zwierzaki to ktoś więcej niż tylko stojący niżej w drabinie ewolucji stwór.

Nie czytałam pierwszej części, ale to mi zupełnie nie przeszkadzało, pokochałam Bożonarodzeniowego Kota, Duszka i Ciasteczko, te historie szczerze wycisnęły mi łzy z oczu, dobre łzy i napełniły masą dobrej energii, dobrych uczuć i mnóstwem nadziei

Za możliwość przeczytania ksiązki dziękuję wydawnictwu Znak

czwartek, 28 kwietnia 2011

"Światła portu" - Sherryl Woods


Kiedy Mick O’Brien zaprojektował i zbudował nadmorskie miasteczko Chesapeake Shores, myślał, że tworzy raj na ziemi. Jednak dla niektórych członków jego rodziny to malownicze miejsce okazało się przedsionkiem piekła. Uciekło stąd aż troje dorosłych dzieci Micka. Teraz Abby, Bree i Kevin wracają po latach do domu, by uporać się z przeszłością i odbudować rodzinne więzi…

Kevin O’Brien, były sanitariusz wojskowy, stracił w Iraku żonę. Przewidując, że niezmiernie trudno będzie mu samotnie wychowywać małego synka, decyduje się szukać wsparcia u rodziny. Wraca do Chesapeake Shores, by znaleźć tu bezpieczną przystań, zapomnieć o okropnościach wojny i osobistej tragedii. Kiedy poznaje Shannę, właścicielkę miejscowej księgarni, zaczyna sobie uświadamiać, jak złudne były jego marzenia o spokoju. Shanna od razu rozpoznaje w nim bratnią duszę - jej także trudno jest uporać się z bolesną przeszłością. Stopniowo stają się sobie coraz bliżsi, ale nieoczekiwanie nad ich kruchym związkiem gromadzą się ciemne chmury…



W cyklu Kroniki Portowe w sprzedaży ukazały się już książki „Smak marzeń” i „ Zapach żółtych róż”.

Obawiałam się tej ksiązki. Obawiałam bo nie czytałam poprzednich części, wiec nie wiedziałam czy się połapię. Moje obawy okazaly się śmieszne, bo bez znajomosci poprzednich tomów treść mimo wszystko jest zrozumiała.
Co mogę napisać bez rozpisywania się o treści.
Książka wciąga, chcesz wiedzieć jaki będzie koniecm, mimo że coś tam przeczuwasz, to mimo wszystko chcesz wiedzieć.
Po moich ostatnich zawodach ksiażkowych podchodziłam do niej jak pies do jeża i cieszę się, że mogłam się tak zawieść, że spędziłam miłe chwile na lekturze.
Pewnie czytelników wczesniejszych części nie trzeba namawiać, ale nowicjuszy namawiam i sama za wczesniejszymi tomami się rozglądnę!

Książke mogłam przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Harlequin

środa, 27 kwietnia 2011

"Mariola - moje krople" - Malgorzata Gutowska-Adamczyk


Autorka bestsellerowej "Cukierni pod Amorem" tym razem serwuje nam pełną humoru powieść obyczajową z akcją w prowincjonalnym teatrze przed stanem wojennym. Jest listopad 1981 roku. Działa tu i „Solidarność” i stary związek zawodowy. Bufetowa pędzi bimber i chowa się świnia na mięso. Aktorzy przygotowują równolegle antyrosyjski dramat i prokościelną „Pastorałkę”. Na wieść, że teatr odwiedzi delegacja radziecka, dyrektor postanawia wystawić „Streap-tease”, nie mając pojęcia, że w poważnej sztuce Mrożka nikt się nie rozbiera... Świetne dialogi i – wciąż aktualna linia podziałów w narodzie... Mieszanka klimatów z filmów Barei i kultowego "Rancza"

Coś ostatnio mam złe dni. Co się nastawię na książkę to zawód.

I tak było z „Mariola moje krople”. „Cukiernię pod Amorem” ukochałam miłością szczerą, „Mariola” do mnie nie przemówiła. Po prostu nie.
Klimatem przypominała mi i to bardzo „Lesia” wyłamałam się z rodziny bo nie lubię prozy Chmielewskiej, czytałam nie pykło i jest jak jest. Chciałam, żeby Mama przeczytała, bo lubi takie książki no i siłą rzeczy lepiej zna tamte fakty, ale Mama czytać nie miała czasu, więc nie szepnę nic dobrego o tej książce bo niestety( iało być inaczej  ) mnie nie przekonała do siebie.
Przemęczyłam się…
Niestety, mimo że bardzo chciałam żeby mi spodobała, bo P.T Autorka zawita niedługo w moje strony i chciałam znać coś więcej niż „Cukiernię” i pozytywna recenzja miała być przeprosinami za czepialstwo związane z drugim tomem Cukierni.
Nie wyszło mi.
A wszystko przez tę wiosnę!


Autorce i Włóczykijce mimo wszystko dziękuję za możliwość przeczytania.
Zwłaszcza, ze przepisy z Obserwatora będę próbować…

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

"Maciejka" - Natalia Rogińska


Karolina ma trzydzieści siedem lat i tyle samo przygodnych znajomości na koncie. Mimo gorącej chęci stworzenia trwałego związku i założenia rodziny, wciąż nie może spotkać tego jedynego. Być może, przeszkodą jest Maciej - jej ideał, pierwsza wielka miłość z czasów studenckich, promotor pracy magisterskiej a obecnie Minister Zdrowia, który wyjątkowo wysoko postawił poprzeczkę kolejnym mężczyznom.

Gdy patrzę w lustro, od kilkunastu lat niezmiennie widzę dwudziestolatkę, z którą czas obchodzi się nadzwyczaj łaskawie, za to los niezwykle okrutnie. Co z tego, że nie mam zmarszczek ani siwych włosów, skoro prawdziwa miłość omija mnie wielkim łukiem albo szybko okazuje się nieprawdziwa? Skoro z moich młodzieńczych marzeń nie udało mi się zrealizować żadnego? Skoro, w pewnym sensie, czas się dla mnie zatrzymał, ale niekoniecznie w tym momencie, w którym bym sobie tego życzyła.

Szalony pacjent, spełniona rodzinnie i zawodowo przyjaciółka z dzieciństwa, dopiero wchodząca w życie chrześnica-studentka, wirtualny świat internetowych społeczności i całkiem realne skomplikowane doświadczenia koleżanek z pracy, kochający naiwną miłością rodzice – to bagaż doświadczeń zdolny odmienić niejedno życie.

Czy w życiu niebrzydkiej, niegłupiej, niebanalnej Karoliny znajdzie się jeszcze czas na prawdziwe uczucia? Czy najlepsza szafa w mieście, dyskoteki, imprezy i przygodni kochankowie to rzeczy zdolne zapełnić pustkę? Jak przestać myśleć o toksycznej miłości sprzed lat, jak nie zasypiać samotnie z brukowcem na twarzy, jak nie zgorzknieć w kołowrocie pielęgniarskich dyżurów?

Miłosny zawód boli jak zawał. W dodatku dotyczy tego samego organu – serca. Rehabilitacja trwa w nieskończoność i, niestety, czasem, jeśli uszkodzenia są zbyt rozległe, życie już nigdy nie wraca do normy. Nic nie jest już takie samo. Jest się wtedy inwalidą.

Pewnego dnia Karolina staje w obliczu potencjalnej rewolucji w swoim życiu. Musi podjąć trudną decyzję. Czy wystarczy jej odwagi, by spróbować?


Tytuł kojarzył mi się z oblędnie pachnącym kwiatkiem...

Czytałam kilka opinii pozytywnych o tej książce. Opis także mnie zaintrygowała.
Książka opowiada historię, nie to dosyć na wyrost… narratorem jest Karolina pielęgniarka przed czterdziestką, która chciała być lekarzem, ale nie wyszło, nie jest bogata, ale za to atrakcyjna i zakochana miłością infantylnej nastolatki w swoim byłym promotorze, obecnie miłościwie panującym Ministrze Zdrowia. Kocha się w nim jak nastolatka, zbiera wycinki z brukowców i czyta tysiące razy. Bohaterka zalicza romanse liczne i nazywa je (nie)szcześliwymi numerkami.
Ogólnie spodziewałam się czegoś wiecej, nie płytkiego czytadła w tym stylu, chciałam głębi, na pewno nie tego co dostałam. Kobieta przed czterdziestką całe dorosłe życie płacze i wzdycha za facetem z którym kiedyś wiązała jakieś tam plany a pan okazał się być z zoną i dzieciami.
Bohaterka nie wzbudziła mojej sympatii za grosz nawet. Ba! Irytowała mnie li i jedynie. No i mieszkam blisko okolic z których pochodzi bohaterka. Nowa Dęba to nie ostatnia dziura a Majdan królewski to nie metropolia(mają tam nawet przyjemny stadion na którym wygraliśmy jakieś mecze). I lokalny patriotyzm burzy się we mnie na wrzucanie wsi do jednego wora, na umacnianiu stereotypów, ze wieś=zadupie a naród tam ciemny jak noc listopadowa, że kobieta na wsi ma tylko być maszynką do rodzenia dzieci. Tak między innymi za to nie lubię bohaterki.
Książka w sumie jest o niczym, naprawdę, rozmowy o niczym, opisy niczego bardzo się rozczarowałam. W sumie dawno AŻ tak się nie rozczarowałam.
Odwiodło mnie to od szukania innych powieści autorki. Język przeciętny, akcji zero... eee nudą wiało.

Ale tu plus, ksiązka wyłączyła mi myślenie i pozwoliła usnąć z jasnym umysłem. A to w I dzień Świąt rzecz bardzo pożądana.
Jako rzekłam mnie nie zachwyciła, może dlatego, że za dużo oczekiwałam? Ale wiem, ze wielu osobom się podobało. Może miałam gorszy dzień, aczkolwiek….

Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

sobota, 23 kwietnia 2011

"Józefina" - Sandra Gulland


Pierwsza z trzech powieści opartych na historii niezwykłego życia niezwykłej kobiety – Józefiny Bonaparte – ma formę intymnego dziennika, który oddaje głos ledwie czternastoletniej bohaterce. Zapiski Józefiny i jej korespondencja, od pierwszych stron dziennika z roku 1777 po ostatnie, datowane na rok 1796, dają wgląd w przeżycia
i myśli ujmującej, dzielnej, wyrastającej ponad swoją epokę osoby. Józefina dojrzewa, zmienia się: z naiwnej i pełnej temperamentu dziewczyny ze zubożałego kreolskiego rodu
w pewną siebie kobietę, która zostanie żoną Napoleona oraz jedną z najbardziej wyrafinowanych i wpływowych kobiet
w historii.
Dzieciństwo na Martynice, dorastanie, wyjazd do Francji, zaaranżowane pierwsze małżeństwo, macierzyństwo, horror rewolucji w Paryżu, uwięzienie, wdowieństwo, skrajną biedę, w końcu znajomość i ślub z Napoleonem – to wszystko opisuje Sandra Gulland w trylogii o Józefinie, będącej mistrzowskim połączeniem powieści historycznej z romansem obyczajowym, bogatym w detale charakteryzujące życie
we Francji u schyłku XVIII w.: ówczesną modę, kuchnię, moralność oraz wszechobecną i wszechwładną politykę

Książkę czytałam długo, bynajmniej nie dlatego, że nie jest wciągająca, niestety miałam taki kociokwik, że zasypiałam na siedząco.
Tytuł i tematyka mnie zaintrygowały, zainteresowana byłam bardzo. Józefina jest postacią szalenie interesującą, bo czy może być inną kobieta, która do tego stopnia zauroczyła sobą ówczesnego boga wojny?
„Józefina” jest pierwszym tomem trylogii, na dalsze części czekam niecierpliwie, bo książka ma wszystko co lubię w tym gatunku, mimo że nie przepadam za narracją w pierwszej osobie, to opowiadanie Róży nie jest nużące, wręcz przeciwnie wciąga i intryguje. Poznając młodą dziewczynę z Martyniki ciężko szukać w niej kobiety, która stanie się ukochaną Cesarza.
Książka jest pamiętnikiem młodej dziewczyny, której miejscowa wróżbitka przepowiada, że będzie królową. Nic tego nie zapowiada, dziewczyna wiedzie skromne życie w kolonii. Jednak wróżbitka przepowiedziała jej jeszcze kilka wydarzeń, które zaczynają się sprawdzać. Róża wyjeżdża z Martyniki, aby wyjść za mąż, młoda dziewczyna gotowa jest stać się idealną żoną, na dłoni niesie serce, które przeżywszy zawód miłosny wciąż jest gotowe kochać przyszłego małżonka.
Nie chcę opowiadać całej książki, dosć jednak powiedzieć, ze to fascynująca książka, opowieść o rewolucji i ówczesnym świecie widzianym oczami kobiety która później będzie miała bezpośredni wpływ na historię.
Mimo że jest to powieść historyczna napisana jest przystępnym dla współczesnego czytelnika językiem.

Co mogę powiedzieć, czytało mi się bardzo, bardzo dobrze. Nie jest to kolejna romansowa historia w cieniu wielkiej historii. To raczej losy jednostki w cieniu historii. A koniec, czyli fragmenty gdy Róża poznaje Napoleona zapowiadają prze-fenomenalną kolejną cześć!

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Bukowy Las

czwartek, 21 kwietnia 2011

Real Madryt zdobył Puchar Króla

Real Madryt zdobył Puchar Króla pokonując Barcelonę 1:0 przeżywanie meczy, zdarte gardło.
Oficjalnie jestem najszczęśliwsza na świecie. Zrozumie to tylko inny kibic, który wkłada w kibicowanie całe serce i gardło.


Iker wznoszący puchar jest bezcennym widokiem.


Najszczęśliwsza!!!


i Hala Madrid!

wtorek, 19 kwietnia 2011

"Ślubne marzenia" - Diana Palmer


Australijczyk Priscilla była zakochana w Jonathanie od zawsze. A dokładnie odkąd jako nastolatka przeprowadziła się z rodzicami do Australii. Jednak starszy od niej o dziesięć lat mężczyzna nie widział w niej kandydatki na żonę. Gdy Priscilla wyjeżdża na zagraniczne studia, Jonathan uświadamia sobie, że przegapił swoją szansę. Postanawia pojechać do Priscilli i poprosić ją o rękę. Szczęśliwa i zakochana dziewczyna przygotowuje się do ślubu, nie podejrzewając, że ukochany Australijczyk po raz kolejny wystawi jej uczucia na poważną próbę. Gra uczuć Egan uległ pozorom, przez co niesprawiedliwie ocenił Katriane autorkę romansów historycznych. Ona czuje się urażona i nie ma ochoty niczego mu udowadniać. Ich drogi z pewnością by się rozeszły, gdyby Egan nie był bratem Ady - najbliższej przyjaciółki i współlokatorki Katriane. Nieuniknione spotkanie przynosi zaskakującą zmianę sytuacji: wzajemna niechęć stopniowo ustępuje miejsca nowym uczuciom. Wydaje się, że dawne uprzedzenia utraciły swoją moc. Czy na pewno

Pierwsza uwaga lubię romanse ale z dobrą fabuła. Druga sprawa, zawsze się śmiałam z mamy, że czyta takie romansidła.
Do czasu aż dotarła do mnie książka o czarownej okładce. Wzięłam się za czytanie szybko i szybko połknęłam. Trochę głupio mi o tym pisać, bo zazwyczaj wyśmiewałam takie książki. Mame chciałam palić na stosie za czytanie tego typu pozycji w których wszystko od początku do końca jest jasne. Ona kocha, on niby też, ale…
Mama mi tłumaczyła, że potrzebuje książek lekkich, odprężających. Nie rozumiałam tego. Do tej książki. Bo mimo prostej fabuły, mimo prostego języka czułam emocje. Autentycznie! W niektórych momentach czułam chemię, czułam te urocze motylki w brzuchu(mam nadzieję, ze nie czytają tego osoby z którymi prowadzę spory ideologiczne i życiowe opierając je na racjonalizmu). Tak! Ja racjonalny człowiek czułam emocję które przeżywali bohaterzy.
Autorka operuje świetnym językiem, ma niesamowicie lekkie pióro. Próżno szukać wulgarnych scen, wszystko jest ze smakiem, ani za dużo, ani za mało.
Dwa opowiadania, podobne w sumie do siebie, mimo wszystko jednak różnią się od siebie, tak, że zarówno pierwsze, jak i drugie czytałam z dużą przyjemnością.
Co mogę powiedzieć, dla kobiet lubiących romanse pozycja obowiązkowa. Polecam ją jednak osobom, które tak jak ja za dnia mają galop, milion spraw i ani chwili dla siebie, bo to świetna książka na wieczór, zakopać się w miękkim łóżku z herbatką i poczytać, dać umysłowi odpocząć, zrelaksować się.
Nie można codziennie czytać traktatów filozoficznych. Czasami warto poczytać dla relaksu coś lekkiego co nie zmusza do nieustannego myślenia, nadążania za akcją!

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harlequin

piątek, 15 kwietnia 2011

Stosik przed weekendem


Magisterkę napisałam mogę czytać.
A do książek mnie ciągnie. Ostatnio zaadoptowane zostały
"96 końców Świata" - już zrecenzowane Tu
I od dołu
"Trzy żywoty świętych" -Mendoza autor, którego uwielbiam. Dziękuję wydawnictwu Znak
"Józefina" - od wydawnictwa Bukowy Las, powieści historyczne kocham, więc jestem przedzieczna.
"Dziewięć wcieleń kota Deweya" - jako kociara kolejny raz dziękuję wydawnictwu Znak
"Prawo matki" kupione z okazji zakończenia magisterki. Coś co jest z gatunku powieści Picoult musiało do mnie trafić.
I teraz dziękuję Pani Monice z wydawnictwa Harlequin, która mnie rozpieściła ponad wszelką miarę
"Światła portu" nie czytała poprzednich części, ale podobno nic nie szkodzi"
"Ślubne marzenia" - okładka jest czarowna!
"Narzeczona z Sieci: i "Dom nadziei"

"Nowy początekk"




Dostałam też Włóczykijkę!!
Sponsorem była Pani Malgorzata Gutowska- Adamczyk(mam tutaj i będę to powtarzać, nadzieję że uda mi się Natalię wyciągnąć na spotkanie autorskie!!)




Dziękuję Autorce Włóczykijki :*
Zaraz zrobię herbatę i odpłyne.... no może wpierw wymyślę co napisać w referacie na wtorek ;)

środa, 13 kwietnia 2011

"Hakus pokus" - Katarzyna Leżeńska Darek Milewski


Ona: Beata, psycholog z Chicago, uciekinierka sprzed ołtarza. Wyjeżdża, by rozstać się nie tylko z niedoszłym mężem, ale i z chorą psychicznie matką, która właśnie trafiła do zamkniętego ośrodka.

On: Robert, polski matematyk i haker. Rozwodzi się z transseksualną żoną, porzuca stare przyjaźnie i naciska przycisk „reset” w swoim życiu. Kolejny raz.

Spotykają się w Seattle, w pełnej oryginałów firmie CounterVision, zajmującej się zabezpieczaniem innych firm i instytucji przed atakami hakerów. Wyścig limuzyn z udziałem weterana z Iraku, rumuńskiego hakera, genialnego programisty i napalonego audytora kończy się o krok przed metą. Szybko następujące po sobie zdarzenia, podróże, relacje i wybory wystawiają na próbę nie tylko uczucia bohaterów, ale i bezpieczeństwo internetu.

Przypadkowe odkrycie Roberta oraz śledztwo przeprowadzone przez wścibskiego dziennikarza stawiają pod znakiem zapytania uczciwość metod, jakimi posługuje się CounterVision, by zdobyć klientów. Ale to nic w porównaniu z tym, czego doświadczają bohaterowie podczas spotkania z matką Beaty i podróży do Waszyngtonu.

Czy nowa miłość wystarczy, by znikły stare koszmary?


No właśnie czy ta miłośc w świecie problemów ma jakąś szansę. Powiem Wam, że nie byłam stuprocentiwo pewna. I dobrze bo jak wiele razy pisałam elementa zaskoczenia bardzo wazny jest dla mnie!
Czytając opis książki obawiałam się, że będzie to opowieść na granicy plagiatu „S@motności w sieci” jakże się myliłam.
Książka to coś więcej niż romans. Dużo więcej. Autorzy poruszają ważne problemy panoszące się współcześnie. Bo to współcześnie coraz głośniej rozmawia się o tożsamości seksualnej i wtedy skupiamy się na cierpieniu osoby, która odkryła ten problem. Nie wnikamy już co czują bliscy mąż/żona. Pokiwamy z współczuciem nad osobą z problemem tożsamości i nie będziemy o tym myśleli, żeby „nie zapeszyć”. Jako, że bezpośrednio problem ten nie dotknął mnie wiec nie miałam okazji do refleksji. Ta książka obudziła moje myśli. Nie doszłam jeszcze do ostatecznych wniosków, ale wciąż myślę. To jeden z problemów poruszanych.

My blogowicze rzadko zdajemy sobie sprawę z niebezpieczeństw, które czekają na nas w sieci. Poznajemy świetnych ludzi(tych mniej również, ale o tym szaa) dyskutujemy o książkach, robimy zakupy, płacimy rachunki i nie wiemy, że ludzie zdolni ot między kawą a ciachem mogą ukraść naszą tożsamość i narobić niewyobrażalnych szkód. To jest w sumie jeden z główniejszych wątków powieści, bo akcja dzieje się w firmie dobrych hakerów, czyli mądrych ludzi, którzy włamują się do sieci jakiejś firmy, aby dowiedzieć się czy można i w którym miejscu są braki. Środowisko to jest specyficzne.. dobrzy gangsterzy. Kowboje w białych kapeluszach.
W środowisko informatykow, dziwnych, pokręconych i tajemniczych trafia Beata Polka-nie-Polka z problemami i z chorą psychicznie matką. Beata właśnie prawie uciekła sprzed ołtarza, lekarz zaradził jej drastyczną zmianę otoczenia i jej pomysłem jest wyjazd na Hawaje. Ale tam chwilowo nikt nie chce psychologa. Bo Beata jest psychologiem, ale szewc bez butów chodzi… podobno. Tutaj to się sprawdza.

Czytało mi się świetnie! Tematyka odpowiadała mi w 100% chociaż ani ze mnie informatyk, ani psycholog. Język, akcja dla mnie idealne, ale już moja Mama uznała, że za dużo jest technicznych zwrotów i ona nie wszystko załapała. Być w myśl autorów grupą docelową byli Ci którzy w komputerach orientują się, na tyle, żeby pojąć hakerski żargon. Nie zrozumiałam wszystkiego, ale jeśli było za bardzo hackersko przelatywałam wzrokiem.
Jako, że spodziewałam się lekkiego romansidła miło się zaskoczyłam dostałam dobrą książkę o budowaniu relacji, wychodzenia ze skorup. Pokonywania słabości. Był jeden fragment który mną wstrząsnął a mianowicie scena gdy jeden z podłych bohaterów dla zabawy kopie szopa pracza. Zapewne w USA działalność tych stworzonek jest iście szkodnikowata,, ale ja uważam je za przemiłe zwierzątka i przez kilkanaście stron myślałam o losie biednego zwierzaka(uspokajam od razu zwierzątko przeżyło). Świadczy to dodatkowo o tym, że autorzy Pisza językiem który do mnie trafił nie byłam obserwatorem, który patrzy, ale tak naprawdę nic go akcja nie rusza, ja się przejmowałam autentycznie tymi wydarzeniami.
Co dziwne obie z Mama wydajemy osąd pozytywny – zgodnym głosem. Ostatnio rzadko nam się to zdarza. ;)


Za książke dziękuję i to bardzo wydawnictwu Prószyński i S-ka


A! wczoraj zakończyłam pisanie pracy magisterskiej, jeszcze tylko skończę(zacząwszy wpierwej ;) ) artykuł na konferencję i będę tylko czytać i pisać ;)
Bójcie się.
Później czeka Was bojowe zadania trzymania kciuków ;]

niedziela, 10 kwietnia 2011

"96 końców świata. Gdy runął ich świat pod Smoleńskiem" - Jerzy Andrzejczak


Na 10 kwietnia 2011 roku przypada pierwsza rocznica katastrofy smoleńskiej. Jest to dzień, kiedy uczcimy pamięć tych, którzy zginęli. 96 końców świata. Gdy runął ich świat pod Smoleńskiem to zapis rozmów z rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej. Wzruszający i jednocześnie budujący obraz ich trudnych zmagań z codziennością, żałobą i zgiełkiem medialnym. Czytelnik nie znajdzie tu smoleńskich sensacji, politycznych przepychanek, zakulisowych rozgrywek, relacji na gorąco z miejsca katastrofy. To książka przybliżająca atmosferę dni kwietniowych tuż po katastrofie, kiedy cały naród zjednoczył się w żałobie.

Nota do książki:

Rozmowy z rodzinami ofiar

To jest książka o tych, którzy odeszli i o tych, co zostali. O ich bólu, lękach, cierpieniu, o tym, jak radzą sobie z pustką. Literacka stypa, podczas której zmarłych wspomina się dobrze, bo mówią o nich ci, którzy ich kochali...

„Dochodziła godzina 10.41 (8.41 czasu polskiego). Siergiej Glinczenko, 38-letni pracownik warsztatu samochodowego, położonego przy polanie, obok lotniska Siewiernyj w Smoleńsku, sprawdzał olej w samochodzie. Mechanik słuchał radia. Lektor właśnie podawał, że jest dzień 10 kwietnia, setny dzień 2010 roku. Nagle fale radiowe zniknęły. Siergiej Glinczenko spojrzał na radioodbiornik, a następnie w okno. Zobaczył, że kolos wielkości dziesięciopiętrowego bloku spada z nieba!

– Koniec świata! – krzyknął do kolegów w warsztacie. (...)

– W środku wraku było miejsce "kula", w której były ludzkie ciała. Te ciała były przemieszane. Samolot jest "rurą", a jak samolot odwróci się do góry kołami, ludzie odczepiają się z siedzeniami od podłoża. Pasy od siedzeń przecinają ludzkie ciała, a te ciała po uderzeniu samolotu o powierzchnię przyciągane siłą grawitacji udają się w jedno miejsce.

Z ekspertyz Instytutu Medycyny Sądowej w Moskwie wynika, że przebadano 320 fragmentów zwłok. Przynajmniej trzy części przypadały na jedną ofiarę. Takiej katastrofy jeszcze nie było...”.

Biogram Autora:

Jerzy Andrzejczak, ur. 1957, pisarz, reporter i dziennikarz. Współpracuje lub współpracował z „Tygodnikiem Powszechnym”, „Super Expressem”, „CKM-em”, „Angorą”, „Expressem Wieczornym”. Autor kilkudziesięciu książek (najbardziej znane: „Spowiedź polskiego kata”, „Zabójcą Marka Papały jest…”, „Adam Małysz-Batman z Wisły”, „Jolanta Kwaśniewska. Prawdziwy portret Pierwszej Damy”, „Aleksander Kwaśniewski. Prezydent odarty z tajemnic”). Jeden z pierwszych polskich ghostwriterów (pierwszą biografię, Bogusława Bagsika napisał w 1992 r.), autor kilkunastu biografii gwiazd polskiego show-biznesu.


Dziś na bieżąco i dosłownie świeżo po lekturze. Jeszcze łzy mi nie obeschły i wypieki nie spełzły z policzków.
Po licznych recenzjach na blogach miałam ogromną ochotę na tą książkę .
Nie jest to lektura miła i pogodna, wydaje mi się, że popełniam nietakt pisząc w kontekście tej książce o takich określeniach .
Wciąż w pamięci mam tamtą sobotę, pamiętam godzinę po godzinie. Dlatego ta książka tak mnie ciągnęło ten smutek, który we mnie tkwił szukał ujścia, szukałam ucieczki po tych przepychankach politycznych, potrzebowałam jakiejś przystani. I ta książka jest taka. W niej motywem przewodnim jest miłość, miłość którą los potraktował tak okrutnie. Miłość rodzic-dziecko, miłość małżonków, przyjaciół, rodzeństwa. Miłość ludzi, których świat runął. Wielki smutek, tęsknota. Świadectwa o ludziach którzy odeszli nagle, wczoraj byli pełni życia, nadziei, miłości a dziś ich nie ma. Każdy z nich miał kogoś dla kogo był całym światem, tą jedyną osobą dla której warto rano wstać, której uśmiech rozwiewał burzowe chmury, był spokojną zatoką wśród sztormu codzienności. I nagle odszedł. Co jeszcze bardziej poruszające każdy w tej książce może znaleźć siebie, bo my też mamy ludzi których kochamy i użylibyśmy takich samych słów by tą miłość opisać. Bo miłość w swej istocie jest taka sama. Bo na kartkach książki możemy odnaleźć ludzi jakich znamy, z takimi samymi przyzwyczajeniami, pasjami, którzy są dla nas wszystkim. Są, a nie byli. Nie wiem czy można czytać tą książkę bez łez. Ja nie potrafiłam. Świeżo w pamięci miałam swoje uczucia sprzed roku nieporównywalne przecież do tego co czuli bliscy tych którzy tym feralnym lotem odlecieli do lepszego świata.
Trudno bez wzruszenia czytać tą książkę, nie można jej oceniać w kategoriach stylistycznych, nie da się ocenić czy jest to książka dobra, czy kiepska. Wydaje mi się, że to jest tak subiektywne a pozycja tak specyficzna, że wolałabym uniknąć takiego wyrokowania.
Ja nie zawiodłam się na niej. Polecam ją chociaż spłakałam się strasznie, ale zawsze jest nadzieja, skoro Ci co stracili bliskich ją mają ja nie mam prawa w nią wątpić.

sobota, 9 kwietnia 2011

"Miłość w pięciu smakach" - Ann Mah


Isabelle, Amerykanka chińskiego pochodzenia, nagle traci wszystko. Zaprzepaszcza szansę na awans w poczytnym magazynie dla kobiet, a wymarzony mężczyzna stwierdza, że nie powinni traktować swojego związku zbyt poważnie. Ale dziewczyna się nie poddaje i postanawia odmienić swoje życie.
Wyjeżdża więc do Chin, aby zamieszkać z dawno niewidzianą siostrą. Tam czeka ją nie tylko odkrywanie korzeni, lecz także ekscytujące zawodowe wyzwanie oraz… nowa miłość.
To książka o jedzeniu, rodzinie i odnajdywaniu siebie.

Miłość w pięciu smakach to pierwsza i jak dotąd jedyna powieść Ann Mah, amerykańskiej dziennikarki o chińskich korzeniach i entuzjastki dobrej kuchni.

Spodziewałam się czytadła, takiego o wyjeździe do innego kraju, jako odmianie po emigracji z wielkiego miasta na prowincję. To miało być takie lekkie czytanie i kilka nowych przepisów, które zajmą mój czas.
Okazało się, że ta książka to nie tylko opowieść o zmianie miejsca zamieszkania, kultury, powrocie do korzeni i orientalnej kuchni. To historia szukania własnego ja, odpowiedzi na gryzące od środka pytania „Skąd jestem, dokąd zmierzam”.
Na pewno nie było to czytadło, bo te czyta się błyskawicznie. W tą książkę się wczytywałam, powtarzałam zdania, rozważałam. Nie brak w książce oczywiście także lekkich czytadłowych momentów, rozważań typu „kocha nie-kocha”. Ale wydaje mi się, ze z lektury można wynieść też inne przemyślenia niż te dotyczące sposobu na zdobycie mężczyzny. Jeśli się chce i ma taką potrzebę.
Może ja odbierałam tą książkę w ten sposób bo też miewam problemy z siostrą? Częste przerwy w komunikacji właściwej? Książka porusza wiele problemów, chyba każda znajdzie coś dla siebie…

A miałam zastrzeżenia dla tłumaczenia w niektórych miejscach, oraz denerwujące niekiedy akapity w obcym języku i konieczność przenoszenia się do przypisów…
Ale jako smaczek na ostatnich stronach znajdziemy zbiorek przepisów, jeśli komuś poleciała ślinka w czasie czytania. Jest również interesujący wywiad z autorką.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia

piątek, 8 kwietnia 2011

"Warna" Alina Zerling-Konopka


Powieść historyczna o politycznym i psychologicznym zabarwieniu, poruszająca temat konfliktu pomiędzy Węgrami a Turcją w XV w., a konkretnie w latach panowania Władysława Jagiellończyka, zwanego potem Warneńczykiem. Powieść opowiedziana jest ustami kilku narratorów, mi. in. samego króla, biskupa Oleśnickiego, legata papieskiego Cesariniego i generała węgierskiego Hunyadyego. Każda z postaci reprezentuje inną postawę polityczną, dyplomatyczna i obyczajową. Powieść podaje historyczną wersję wypadków, choć wiele wydarzeń z tego okresu, łącznie ze śmiercią króla pod Warna, do tej pory nie zostało zadowalająco wyjaśnionych. Autorka podaje własną literacką interpretację i stara się odpowiedzieć na pewne zarzuty stawiane przez badaczy Władysławowi, a czyni to z prostej sympatii do tragicznej postaci królewskiej. Pisałam z myślą o wszystkich tych, którzy kochają średniowieczną historię Polski i Europy, a szczególnie czasy Jagiellonów. Warneńczyk jest mało znanym królem, poza tragiczną śmiercią pod Warna nie zapisał się w pamięci narodowej niczym szczególnym, więc chcę przełamać ten schemat i bardziej wyrafinowanym czytelnikom dostarczyć nowych wrażeń i nieznanego materiału. Alina Zerling-Konopka


Lubię książki historyczne. Moja dusza historyka jest wtedy w niebie. O Władysławie Warneńczyku wiedziałam stosunkowo niewiele. Pamiętam, ze nauczycielka z Liceum potraktowała go po macoszemu(jak zresztą większość tematów). Jako średnia fanka tego okresu historycznego poza czytaniem „Pocztu książąt i królów” w kilku wydaniach, nie czułam potrzeby zgłębiania tego okresu. Tymczasem wpadła mi w ręce książka która pozwoliła mi przenieść się w tamte czasy. Dosłownie.
Książka świetna. Kilku narratorów pokazuje wydarzenia z kilku punktów widzenia.
Książka wciągająca o wartkiej akcji. Można się wielu rzeczy dowiedzieć. Mam wrażenie, że literatury dotyczącej tego okresu nie jest za wiele. A tu proszę książka która bawi ucząc i ucząc bawi.
Niewiele jest książek historycznych, które nie nudzą, nie drażni ich sztuczny język. Żadnej z tych rzeczy nie mogę zarzucić „Warnie”.
Mogę tylko zachęcić zainteresowanych historią a także tych lubiących książki z akcją osadzona w dawnych czasach po sięgnięcie po tą pozycję!


Za książkę dziękuję serdecnie wydawnictwu Novae Res

wtorek, 5 kwietnia 2011

"Miasto Śniących Książek" - Walter Moers


Arcydzieło, które powinien przeczytać każdy, kto kocha książki. Niezwykła powieść, która zachwyca młodzież i dorosłych, miłośników fantastycznych przygód i erudytów, przeraża i bawi, łączy wartką akcję z wyrafinowanymi aluzjami do klasyki literatury. Opowiada o wyprawie młodego pisarza-dinozaura do Księgogrodu, miasta, w którym książki są dla mieszkańców wszystkim, sensem życia i źródłem dochodu, niektóre jednak mogą także sprowadzić śmierć…. 240 tysięcy egzemplarzy sprzedanych w krajach niemieckojęzycznych, przekłady na 11 języków, 1,5 miliona fanów Camonii – magicznego świata stworzonego (i zilustrowanego) przez jednego z najoryginalniejszych europejskich pisarzy – te fakty mówią same za siebie.


Lubisz Pratchetta? Koniecznie sięgnij po tą książkę!

Moim zdaniem tak powinno się reklamować „Miasto śniących książek”. Książka, która od pierwszych stron wciąga i bawi. Sam początek jest obiecujący. Autor prowadzi rozmowę z czytelnikiem, udziela rad i przestróg.
Później jest tylko lepiej. Chociaż i gorzej, bo opisy miejsc tak cudownie książkowych były jak wycięte z mojej wyobraźni, jakby autor siedział mi w głowie i słyszał moje myśli, znał moje książkowe pragnienia. Echh rozmarzałam się w trakcie lektury wielokrotnie.
Łatwo opowiedzieć dowcip z którego uśmieje się każdy. Książka zaś jest przykładem humoru inteligentnego ironiczne żarty, pół-słówka. Bawiłam się świetnie. Czytałam i się zaśmiewałam. Coś niesamowicie poprawiającego humor.
Wciąga. To jest problem, bo książka liczy kilkaset stron a jak zaczniesz nie chcesz skończyć a jednocześnie nie możesz wypuścić jej z rąk bez poznania zakończenia. Niebezpieczne zjawisko. Klasyczne mieć ciastko czy zjeść ciastko. Zdarza mi się coraz rzadziej jednak. Niestety.


Można się rozpisywać o tej książce o języku, klimacie, akcji niezwykłych ilustracjach.
Moja szczera rada. Przestań czytac ta recenzję. Bierz się za tą książkę!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

"Korsarze Czarnej Róży" - Dorota Gadomska


Roberta Loxley jest córką pary arystokratów - Hiszpanki i Anglika, który po niesłusznym oskarżeniu o zdradę musiał uciekać ze swojej ojczyzny i stał się piratem. Po śmierci ojca Roberta zostaje nowym dowódcą statku. Postanawia dokończyć rozpoczęte przez niego dzieło zemsty i wraz z przyjaciółmi wyrusza do Ameryki, by odnaleźć ostatniego z ludzi, którzy odpowiadają za jego kłopoty..

Znam osoby zakręcone na punkcie powieści pirackich, czy opowiadających o przygodach na morzu. Nie należę do nich, ani nie jestem też antyfanką. Ani mnie ziębią ani grzeją. Lubię za to dobry romans historyczny. Pasjami czytuję takie książki, wiec do tej zasiadłam z ogromnym entuzjazmem. Wykończona ciężkim i stresującym tygodniem.

Tylko po to żeby się rozczarować. Książka miała ogromny potencjał sam początek zapowiadał się obiecująco. Historia miłosna rodziców głównej bohaterki miała taką energię potencjalną, która została zmarnowana przez potraktowanie jest po macoszemu. Gryzłam z żalu poszewkę. Można było o tym więcej napisać, wprowadzić czytelnika w klimat książki.
Potem wcale nie jest lepiej. Atutem tej książki mogło być napięcie w jakim miała nas trzymać. Tego napięcia nie ma. Wszystko jest przewidywalne. Od początku wiesz jaki będzie koniec. Dla niektórych to pewnie dobrze. Ja w książce cenię niespodziewane zakończenie.

Zawsze mam problem z książkami, które mi podobały się średnio boję się, ze Was odwiodę od pozycji, która Wam akurat by się spodobała.
Mamie mam zamiar podsunąć do przeczytania. Ona lubi takie książki. Ja… niekoniecznie.


Za książkę bardzo serdecznie dziękuję wydawnictwu Novae Res

"Łóżko" - Janusz Leon Wiśniewski


Januszowi L. Wiśniewskiemu już po wydaniu Samotności w Sieci przyklejono etykietkę znawcy kobiet. Sam pisarz nie utożsamia się z tym terminem. Znaczy to dla niego tyle, co ‘kobiecierstwo’. A on nie jest kobieciarzem. Przy każdej książce podejmuje ryzyko opowiedzenia o kobiecie, tak jak ją postrzega. Jako męski feminista zagląda w dusze kobiet, uwodzi je, widzi w nich to, co najpiękniejsze.
W Łóżku J.L.Wiśniewskiego przedstawicielką tej ‘lepszej części ludzkości’ jest Anka. Czy zapomni o goryczy odrzucenia dzięki wycieczce na Seszele? Jak walczyć z przenikaniem się zakochanych dusz i zatrutą strzałą Amora?


Wiśniewski to postać już legendarna. Wzruszył tysiące polskich kobiet pokazał im inną stronę literatury. Inną stronę życia.
Włóczykijka umożliwiła mi przeczytanie książki za co jestem przeogromnie wdzięczna
Jak każdy autor ma książki lepsze i gorsze. Dla mnie ta jest ta gorsza. Zapewne tylko dlatego, że nie lubię opowiadań. Od dzieciństwa miałam awersję do krótkich form. Nowelki mnie odrzucały, nie lubiłam wszystkiego co szybko się kończy.

Wybrałam właśnie książkę „Łóżko” bo ostatnio wróciłam do Wiśniewskiego, chociaż momentami jego książki wydawały mi się schematyczne, nieco mądralińskie. Postanowiłam dać mu znowu szansę.
Jak na tytuł przystało zabrałam książkę do łóżka. Pierwsze opowiadanie – czytałam w Bluszczu lat temu kilka. Reszta przeleciała piołunkiem. Są w nich lepsze i gorsze moim zdaniem. Czyta się je szybko.
Ostrzegam niektóre naprawdę zostawiają ślad na sercu, fakt niektóre przechodzą bez echa, ale niektóre są popisem Wiśniewskiego, który wzrusza, porusza smutną nutę(prawie jak Bach w arii na strunie G).
Najlepiej czytać książkę w łóżku, żeby w chwili takiego smutki i żalu zawinąć się w pościelowy kokon chroniący przed złem.

Jestem zła, że to był zbiór opowiadań. Ale absolutnie nie żałuję, że przeczytałam!

Jeszcze raz dziękuję Włóczykijce mam nadzieję, że dzięki tej akcji wiele kobiet przeżyje tą wielosc emocji :)

niedziela, 3 kwietnia 2011

biedny stosik i suprajs



Bardzo biedny ten stosik.
Może dlatego, że zajęta czytaniem tego co mam oraz płaczącą coraz głoścniej magisterką, przezornie unikam kupowania książek a nawet przebywania w pobliżu takowych.
Dwa razy pobłądziłam Właściwie dwa i pół(przy czym to pół będzie miało duże konsekwencje)
Raz kupująć "Elżbietę II" i "Aleksandra Wielkiego" z serii Wielkie Biografie, pół to zaprenumerowanie serii.
a dwa dopadłam w Tesco książkę o Santiago de Compostelli i się złamałam. Musiałam mieć!!

A więc od dołu
"Miasto śniących książek" z wydawnictwa Dolnościąskiego do recenzji magicznie wydana książka.
dwa tomy Biografii ( dwie książki za 9.90 a w kiosku na przystanku dluuugo leżakowały :/)
"Milość w pięciu smakach" z wydawnicta Nasza księgarnia, może uda mi się zgłębić nową kulturę, poza tym zapowiada się ciekawie.
"Hakus pokus" od wydawnictwa Prószynski i S-ka o tej książce już zaczyna być głośno.
"Santiago de Compostella" i w środku wiosny wybiorę się na upalny szlak.


Tyle czytania tak mało czasu, a tu jeszcze listonosz mnie ucieszył i od Włóczykijki dostałam


Herbatka mnie oczarowała. I już biegam po sklepach szukając ;) Dziękuję, już kończę lekturę. Bo gdzie można czytać książkę o tytule "Łóżko" ? ;)

sobota, 2 kwietnia 2011

Szydełkowe mitenki


Mitenki chodziły za mną długo. Zabrałam się za robione na drutach... wyszło srednio. Jak na pierwszyznę nieźle.
Ale nie dałam spokoju sobie, ani Mamie, kupilam szydełka dwa do włóczki i Mama zaczęła... Wyszła Jej za wąska, więc na tej przeznaczonej do prucia poprosiłam Mamę o pokazanie. Jeden słupek i d rugi i proszę są.


Moja pierwsza robótka na szydełku
http://eva.boo.pl/?p=55
korzystałam z tego wzoru modyfikując nieco. Bo kilku rzeczy nie rozumiałam, wiec zrobiłam na oko po swojemu według wyobraźni.


Świruję przez te rękawiczki i nie zdejmuję ich z rąk.
Polecam każdemu szydełko nie ryje tak opuszków i nie drapie lakieru.
Zaczynam produkcję mitenek. Niech tylko kupię kordonek, będą wersje letnio-wiosenne.
Bo Damę poznaje się po dloniach!

Nie zawrócę" – Jolanta Guse


Chwilami zabawna, chwilami chwytająca za serce powieść, która przypomina, że odwieczne marzenie o miłości nigdy się nie starzeje.

Laura prowadzi bezproblemowe, dostatnie życie w Hiszpanii. Pewnego dnia dowiaduje się, że pojawiła się ta druga, dwadzieścia lat młodsza, a z nią niebawem to trzecie. Mąż składa Laurze ofertę bycia pierwszą w dotychczasowym luksusie, ale pod warunkiem zaakceptowania nowych osób w jego życiu. Laura staje przed bardzo trudnym wyborem. Zostać w Madrycie i zatracić siebie, czy wrócić do Polski, całkiem sama - bez męża, bez przyjaciół, bez grosza przy duszy...

Kiedy wydaje się, że szczęście nie powróci, szereg spotkań, wydarzeń i postaci doprowadza do przemiany Laury. Zaczyna wierzyć w siebie, realizować swoje pragnienia, cenić własne poglądy i samą siebie. W jej nowym życiu pojawiają się mężczyźni. Laura mimo wieku postanawia dalej szukać miłości i szczęścia. Tym razem na własnych warunkach.


Zawsze mnie fascynuje sprawa odbioru książki przez dwie podobne w gruncie rzeczy do siebie osoby. W tym przypadku chodzi o mnie i o moją Mamę. Z reguły mamy podobne zdanie w wielu tematach, czytamy(często) podobne książki. Mamę książka zachwyciła i przerwała szał robótek. Mnie… nie poszłam spać tak wcześnie jak mogłam a ostatnio jestem wiecznie niewyspana. Nie porwała mnie. Czytało mi się raczej dobrze, bo narracja pierwszoosobowa nie należy do moich ulubionych, ale szybko się przyzwyczajam. Nawet przymykałam oczy na te niekiedy bardzo wyszukane zdania… Co mi przeszkadzało w zachwycie? Nie wiem. Co zachwyciło Mamę, również nie wiem. Może kwestia tego, że ja jestem młodą kobietą, mimo upierania się przy realizmie mam swoje złudzenia, płonne nadzieje z których życie dopiero musi mnie wyleczyć? Skoro są książki dla młodzieży na których czytelnik dorosły się znudzi, są najwyraźniej książki dla… hmmm Mam dorosłych dzieci.
Książka zachwyca swoją okładką, lubię patrzeć na te ciepłe barwy i pełną pozytywnej energii zieleń. Podobało mi się zakończenie.
Bo samą treść uważam za naciąganą. A może przeszkadzało mi stanowisko bohaterki/autorki(bo książka autobiograficzna) na temat starości, ja uważam że starzeć też trzeba umieć się z godnością, dlatego uważam panie w wieku mojej Mamy hasające w kozaczkach i miniówkach za dziwaczne.
Książka jest dedykowana kobietą, ma przestrzec przed popełnianiem tych samych błędó, szczerze? Nie lubię takich uniwersalnych poradników, które zawierają tyle frazesów typu "powinnaś", "musisz", "masz prawo". Słuchałam dodatkowo wywiadu z autorką, w którym pwotarza swoje postulaty. Wymówką jest wiek... Idąc tym tropem każdemu można robić wszystko i "wszystko wypada" bo mam ....(tu wpisz wiek) lat. To jest nonsens i bzdury ;)
Nie mogę Wam odradzić, bo jednak Mamie się podobało, mi trochę mniej. Nie jest to książka z gatunku „chłam ostatni”. Moim zdaniem przeciętna. A czyta się we fragment wieczoru :)


Za książkę dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka

piątek, 1 kwietnia 2011

"Między imperium a Świętą Rosją" - Mirosław Tryczyk


Książka Między imperium a świętą Rosją poświęcona jest genezie narodzin imperialnej doktryny rosyjskiej. Zawarte w niej wyniki badań, których okres obejmuje wieki od XI do XIX, wykazują związki rosyjskiej doktryny imperialnej z prawosławiem, mistyką caratu, staroobrzędostwem. Ukazują korzenie imperializmu rosyjskiego w doktrynie politycznej Bizancjum oraz wpływ na jej kształtowanie słowianofilstwa. Na bazie poczynionych ustaleń wyjaśniona zostaje specyfika tzw. „suwerennej demokracji”, funkcjonującej w Rosji współczesnej.

Obok czytelnika po prostu zainteresowanego problematyką rosyjską, po książkę siegnąć powinni studenci nauk społecznych, filozofii, religioznawstwa, kulturoznawstwa, pracownicy naukowi. Jak twierdzi w swojej recenzji dr hab. Lilianna Kiejzik, prof. UZ, „niewątpliwą zaletą omawianej pracy jest rzetelność w przedstawianiu problematyki i samodzielność w interpretacji źródeł”. O wyjątkowości publikacji świadczy fakt, że łączy ona ze sobą obszar rozwoju idei politycznych, filozoficznych i kulturowych w Rosji. Największą wartością książki jest to, że ukazuje ona nowe źródła imperializmu rosyjskiego i tym samym wyjaśnia specyfikę Rosji współczesnej.

Na wstępie uprzedzam, że obok Hiszpanii historia Rosji to mój konik wychowałam się na biblii Bazylowa i wszystko co poświęcone rosyjskiej historii mnie ciągnie.
Po drugie spodziewałam się czegoś innego. Czego? Więcej historii. Książka przedstawia historię, ale rosyjskiej imperialnej ideologii. Autor zaczynając od wpływów Bizancjum prowadzi nas przez cały proces kształtowania się rosyjskiej imperialnej myśli politycznej.
Dla kogoś kto nie lubi tego typu książek, lub nie jest zainteresowany tematyką książka będzie nie do przełknięcia. Kednak fani tematyki znajdą w niej wiele ciekawych informacji podanych w przystępny, zrozumiały sposób.
Już poleciłam książkę kilku fanatykom tematu rosyjskiego.
I tutaj też to czynię. Nie spotkałam się dotychczas z takim ujęciem tematu. Książka bardzo mnie zaciekawiła, ale zdaję sobie sprawę, że nie jest to pozycja dla wszystkich.