Strony

sobota, 30 czerwca 2012

"Studnia bez dnia" - Katarzyna Enerlich

Jaką tajemnicę skrywa trzynastowieczna studnia w rzeźbiarskiej pracowni w Toruniu? Co łączy powtórny pochówek Mikołaja Kopernika z zadziwiającym odkryciem Marceliny? Czy wszyscy jesteśmy skazani na nieuchronność i w jaki sposób zmienia ona nasze życie? Co stanie się, gdy bułhakowska Annuszka rozleje olej… tym razem w naszym życiu? Autorka, przędąc tę magiczną opowieść, zaprowadzi nas do istniejących miejsc, zapozna z ludźmi, których pierwowzory istnieją naprawdę. Pozwoli nam spacerować z jej bohaterami uliczkami Torunia, a podczas tego spaceru napotkamy wiele prawdziwych i fikcyjnych historii. Martinus Teschner, toruński kupiec, wręczał swoim kochankom drogocenne pierścienie. Jeden z nich, legendarny i wyjątkowy, bo ozdobionym rubinem wydobytym z Gór Izerskich, stał się pretekstem do tej opowieści. Studnia bez dnia nie tylko wzruszy, ale i będzie trzymać Czytelnika w napięciu.

Ostatnia książka czerwca… czerwca co się zowie, z nieba leje się żar, zaczęłam swój króciutki urlopik. Czego mi więcej trzeba – mam słońce, ogród, miejsce do leżęnia i dobrą książkę. Tak właśnie, bo moje pierwsze spotkanie z P. Katarzyną Enerlich zaliczam do krótkich, bardzo krotkich nawet, ale udanych. Kolejny dowód, ze na prozę rodzimych autorów nie ma co się zamykać.

Nie jest to kolejny romans w pięknej scenerii, nie jest to książka o ucieczce od złego wielkiego miasta w ciszę leśnej głuszy. Wręcz przeciwnie… dlaczego?

Posłuchajcie : )

Marcelinie wali się świat ukochany mąż okazuje się zdrajcą, przypadkiem przez przypadek przez telefon słyszy jak uprawia miłość cielesną z inną panią, paręnaście chwil później uczestniczy w wypadku drogowym. Umiera. Marcelina zostaje sama, zdradzona, zraniona i na ironię zaprzyjaźnia się z kochanką męża. Wspólnie, ale każda inaczej, przeżywają żałobę po mężczyźnie którego kochały. Żal, żalem ale żyć trzeba a finanse się kurczą. Marcelina znajduje pracę, zmienia mieszkanie i dzięki temu poznaje osoby z którymi przeżyje przygodę życia chociaż otrze się o śmiertelne niebezpieczeństwo, ale będzie miała okazję odczarować legendę.

Jak wspomniałam to mój pierwszy raz z tą autorką, pierwszy raz bardzo udany, ma Ona dar do opisywania miejsc w taki sposób że człowiek czuje klimat jaki ma poczuć, ma przed oczami, studnię kamieniczną, takich starych, starych kamienic spotykanych w wiekowych miastach, nie oszukujmy się śmierdzących i obskurnych, ale nadgryzionych zębem czasu. Kiedy autorka oprowadza nas po starym Toruniu czuć ciepło emanujące od cegieł wygrzanych słońcem, czuć chłód i stęchliznę pomieszczeń za grubymi, solidnymi murami. Nie musimy kupować biletu do Torunia, wystarczy że w dłoń weźmiemy tą książkę, chociaż ja osobiście mam ochotę pojechać i zobaczyć na własne oczy to wszystko o czym w książce napisano i zobaczyć w kolorze te miejsca, które widziałam na włączonych do książki fotografiach – niestety czarnobiałych.

Nie chcę Was nastawiać na wiekopomne dzieło, to przyjemne miłe czytadło, ale tylko czytadło, jasne jak przy większości książek będziemy mieli okazję wysnuć kilka refleksji dotyczących życia jako takiego, ale to książka do spędzenia krótkiego popołudnia, bo te 240 stron czyta się lotem błyskawicy(a dlaczego popołudnia? Bo jeśli zaczniecie czytać na słońcu w południe, tak jak ja będziecie mieli słoneczne oparzenia, popołudniem bezpieczniej).

Nie jestem znawcą Torunia, rzeźbiarstwa, ani antyków więc nie wypowiem się o wiarygodności książki, znam się nieco na procedurach prawnych różnych i nieco mi ząb zgrzytał, ale na litość boską nie bądźmy formalistami to nie jest podręcznik do kpk, wiec nikt o zdrowych zmysłach chyba nie będzie przeszkadzała drobna licentia poetica.

Ja chcę polecić tą książkę wszystkim spragnionym odpoczynku i duchowego i cielesnego, dajcie się porwać w podróż po tajemnicach Torunia i ludzkich ścieżek.
: )

A tak się książkę czytało :)
Za to kocham moją wieś. Za możliwość wylegiwania się na ogródku i jedzenie przepysznych własnych czereśni czerwcówek :)


piątek, 29 czerwca 2012

"Piaski miłości" - Jolanta Wesołowska

Czasem los płata nam figla i to, co miało być zmianą na pół roku, przynosi zmianę na całe życie. Anna Reed, dwudziestosześcioletnia samotna dziewczyna, marzy o zmianie swego życia. Przypadek sprawia, że zostaje kucharzem amerykańskiej wyprawy archeologicznej. Wraz z grupą odkrywców na pół roku udaje się do Syrii. Rozpoczynają się prace wykopaliskowe, a młodziutka kucharka wdaje się w romans ze Stevem – profesorem historii. Tymczasem działaniami naukowców zaczyna żywo interesować się syryjski książę Said El Dżajad. Przybywa do obozu i od pierwszego spojrzenia zakochuje się w Annie. Robi wszystko, aby przypodobać się Amerykance, jednak ta unika księcia. Broni się przed niechcianą miłością, ponieważ boi się Araba. W trakcie wycieczki do Aleppo starsza kobieta wróżąc z reki przepowiada dziewczynie wielką miłość. Widzi dwóch konkurentów, lecz Anna przeznaczona jest tylko jednemu z nich…


 Powiecie życie to nie je bajka, to je bitwa… i to prawda. Świat jest podły, wredny i zły. Najlepiej zapomnieć o bajkach na których się wychowaliśmy, w których było szczęśliwe zakończenie, zły ponosił karę a dobro było nagradzane. A On i Ona żyli długo i szczęśliwie do końca bajkowych dni.
O tym należy zapomnieć, wyprzeć z pamięci i starać się życz w tym zimnym i wrogim świecie.

Ale życie życiem, prawda – prawdą, ale człowiek potrzebuje niekiedy oderwać się od ziemi i znowu uwierzyć w bajki. A „Piaski miłości” to pełna dobrych emocji bajka, taka z gatunku co to kobiety lubiące romanse uwielbiają : )

Anna dwudziestosześcioletnia kucharka, mieszka i pracuje u stryja który zajął się nią po śmierci jej rodziców i brata. Stryj po śmierci swojej żony zaczął częściej zaglądać do kieliszka i jakoś nigdy nie darzył bratanicy ciepłym uczuciem. Dziewczyna liczy że gotując w pensjonacie u stryja odłoży nieco pieniędzy i będzie mogła kiedyś wyjechać zacząć zupełnie nowe życie. Nawet nie wie jak szybko jej pragnienia się spełnią. Zupełnym przypadkiem dostaje propozycję półrocznego wyjazdu do Syrii aby być kucharzem  wyprawy archeologicznej szukającej zaginionego miasta. Dziewczyna się zgadza i jedzie do Syrii, nie wie że jedzie na spotkanie z własnym przeznaczeniem. Od przyjazdu na miejsce zaczynają nawiedzać ją wizje, pojawiają się wróżby. Wszystko wskazuje, że na żonę upatrzył ją sobie książe Said, dwukrotny wdowiec, który jak ten sokół z pewnej Dumki z żalu by świat podpalił, gdyby stracił swoją… no właśnie zachciankę czy miłość? Dajcie się wciągnąć w piaski pustyni, wybierzcie się na pustynię i posłuchajcie opowieści o przeznaczeniu : )

Przerażająco wciągająca książka, wydawało mi się że nią mam kiedy jej czytać, bo gorzej się czułam i w pracy roboty po kokardę, wieczorami mecze no a spać kiedyś trzeba. Wykradałam dosłownie każdą chwilę aby móc przenieść się na pustynię i kibicować Annie w rozwoju jej uczucia. Chociaż trzeba zaznaczyć Anna może zirytować, jest  niemalże idealna, może zbyt wyidealizowana i wszystkich rzuca na kolana, jak typowa heroina romansu, ale moim zdaniem można było jej dać jakąś wadę… być może dla niektórych wadą będzie ten upór z jakim odrzuca awanse arabskiego księcia, odrzuca, dla samego faktu odrzucania. Tego też do końca nie rozumiem, bo książę jest diabelnie przystojny(jakżeby inaczej), mądry, czuły zapowiada się na świetnego kochanka a ona jak uparte dziecko mówi nie, bez względu na konsekwencje ucieka, odrzuca(czasami dosyć niegrzecznie) jego umizgi. Do końca nie rozumiem dlaczego, jestem w stanie pojąć walkę o własne zdanie, o prawo do samostanowienia, ale wszystko w granicach rozsądku. Ten element wydaje mi się średnio dopracowany. Chociaż rozumiem że nie można było ich od razu na kobiercu postawić.

Spodziewałam się że ta książka będzie słaba, że znudzi mnie okrutnie i będę musiała wylać na nią kubeł swojej wredoty, cieszę się że nie musiałam tego czynić, że książka ma nie tylko klimatyczną okładkę i potencjał na niezłą książkę, jest naprawdę dobrym, wciągającym czytadłem, daje czytelniczce(bo jednak nie jestem naiwna i wiem, że to literatura kobieca) masę pozytywnych przeżyć.
Polecam dla romantyczek

czwartek, 28 czerwca 2012

Stosiczek czerwcowy

Nie publikowałam stosika miesiąc
zbierałam te książki, albo nie miałam aparatu, albo na coś czekałam, ale nie może być miesiąca bez stosu :D
więc jest

recenzenckich jest niewiele:
od wydawnictwa MG(Bronte  i Enerlich[moje I spotkanie])
IW Erica Smolar, Panowie północy, Awantura na moście i Kessler
Prószyński "Handlarz śmiercią"  i "Czary w małym miasteczku"
i doszło "normalne" wydanie "krzyku pod wodą"

reszta to zakupy własne.
Szymborska to prezent dla Mamy, Biografie wciąż zbieram, troszkę Christie, książka za punkty z Granicy
"Dom w Riverton" upolowany na allegro
"Cień wiatru" odkupiony bo miałam długo na niego ochotę, na swój własny egzemplarz bo uwielbiam :D

"Nadzieja", "Dworek pod Lipami", "Sklepik z Niespodzianką" też już recenzowane.

środa, 27 czerwca 2012

półfinał


Ja przez to Euro będę siwa, umrę wcześniej
a w krótszej perspektywie jutro w pracy będę tryumfującą niemową. 

Ale niewyspaną :P

W takich chwilach jestem bezgranicznie, bezinteresownie szczęśliwa.


Hiszpania w finale!!

wtorek, 26 czerwca 2012

"Blog osławiony między niewiastami" - Artur Andrus

Wybór najlepszych i najśmieszniejszych tekstów Artura Andrusa z jego bardzo popularnego bloga internetowego – swoiste „Dzieła wybrane”. W książce tej oprócz przewrotnych, ironicznych, rozrywkowych, wielokrotnie rymowanych i nierymowanych tekstów blogowych, znajdziemy też wybór autorskich tekstów Andrusa-mniej-znanego (m.in. felietony dla policji i lekarzy) oraz Andrusa-bardzo-popularnego (choćby teksty kilku piosenek m.in. „Spałem w Pile, piłem w Spale”, „Ballada o Baronie, Niedźwiedziu i Czarnej Helenie”, które teraz szturmem zdobywają polskie listy przebojów). Każdą stronę tej książki przenika typowo andrusowska naiwna ironia, Andrus jako rodowity warszawiak z Sanoka jest klasycznym typem sympatycznego cynika, który najchętniej żartuje nie z innych, lecz z samego siebie.

 Jako istota anachroniczna o istnieniu takiego indywiduum jak Artur Andrus dowiedziałam się przy okazji lektury książki „Każdy szczyt ma swój Czubaszek”. W tym dziele Artur Andrus wyciągnął od p. Marii różne ciekawe wspomnienia, innymi słowy został Jej biografem. Już to powinno dać mi do myślenia, Maria Czubaszek nie traciłaby czasu na rozmowy z nudziarzem. Ale mnie wciąż nie było po drodze z polską sceną kabaretową.

Sięgnęłam po książkę Andrusa z ciekawości, bo nigdy nie mam cierpliwości śledzić czyjegoś bloga z felietonami, zawsze w którymś momencie się zapomnę a później zapał przechodzi. Tutaj miałam wybór najlepszych tekstów i co tu dużo mówić, rzadko, naprawdę mi się rzadko zdarza, ale śmiałam się w głos i do łez.
Wydaje mi się że wszystko co powiem o tej książce będzie małe, napuszone i sztuczne. Artur Andrus w tych tekstach opisał wszystko tak jak powinno być opisane, z dystansem, wnikliwością i ogromną porcją ironii. Oronia bywa niedoceniana sztuką, p. Andrus jest wirtuozem.
Chociaż wiecie że nie przepadam za zbiorami opowiadań, tekstów, tak tego tu się nie czuje, tej odrębności, styl Autora jest tak równy że czyta to się jak jedną, spójną całość, można sobie dawkować po kawałeczku, można połykać hurtem(uwaga na śmiechowe zakwasy).

Autor nie skupia się na jednej określonej dziedzinie, On opisuje absurdy, zabawne sytuacje, zjawiska jakie spotykają każdego z Nas w życiu codziennym a nie każdy ma tak lekkie pióra aby tak umiejętnie to opisać i rozbawić czytelnika.

Polecam książkę Artura Andrusa na te deszczowe dni, kiedy potrzebujemy spojrzenia z dystansu, zdrowego poczucia humoru i dobrej zabawy.

Rzadko ostatnio zdarza mi się powiedzieć(z powodu braku czas) ale będę wracać do tej książki wielokrotnie.

sobota, 23 czerwca 2012

"Sklepik z Niespodzianką. Bogusia" - Katarzyna Michalak

Nie wiem, dlaczego mój wybór padł na to miasteczko. Może spowodowała to sympatyczna nazwa - Pogodna - miejscowości między Kołobrzegiem a Koszalinem, przez którą dziwnym trafem przejeżdżałam? A kto nie chciałby mieszkać w Pogodnej? Może mały, zadbany ryneczek, otoczony przedwojennymi kamieniczkami, a może czarny kot na parapecie okna jednej z nich, okna, w którym widniała odręcznie napisana tabliczka "Do wynajęcia - wiadomość w spożywczym" - sprawiły, że zaparkowałam wynajętego golfa pod kamieniczką, trzasnęłam dziarsko drzwiami i udałam się do wskazanego sklepu dopytać o warunki najmu. Tego dnia zaczęła się moja wielka przygoda, choć oczywiście nie miałam o tym wtedy pojęcia. Bogusia otwiera w małej nadmorskiej miejscowości sklepik z różnościami - aniołki, akwarelki, porcelanowe figurki zapełnią półki, a oprócz tego dla przyjaciół i gości na stolikach staną talerzyki z domowymi wypiekami i filiżanki z gorącą czekoladą - oto marzenie Bogusi. Sklepik z Niespodzianką i jego urocza właściciela przyciągają najciekawsze osobistości Pogodnej: piękną i humorzastą tap madl - Konstancję, energiczną femme fatale - Adelę, zagubioną panią weterynarz - Lidkę, dobrą duszę miasteczka - Stasię... Wkrótce tworzy się krąg kobiet, które smakując na pięterku sernik królewski i aromatyczny napój, dzielą się smutkami i radościami życia. Oprócz barwnych losów mieszkańców Pogodnej autorka gwarantuje wzruszenia, emocje, miłość i nienawiść. Poszukiwanie własnej drogi i własnego miejsca w życiu. Problemy zwyczajne i niezwyczajne. Małe radości i smutki. I oczywiście dużo, dużo słodkości.


 Nie uprzedzam się do Autorów, do książek. Nie czytam książek po to by je zjechać, każdej daję szansę. Tak przeczytałam „Sklepik z Niespodzianką” który mnie zaczarował i wzruszył.

To jest bajka, słodka jak filiżanka gorącej czekolady opowieść, nie tyle o miłości, chociaż oczywiście milość, zakochanie, szukanie księcia także przez książkę się przewijają. To raczej opowieść o przyjaźni, szukaniu własnego miejsca, dojrzewaniu.


Bogusia wraca z zagranicy, gdzie pracowała, przypadkiem trafia do Pogodnej, urokliwej miejscowości nad polskim morzem, która „przemawia do niej”. Każdy z nas ma takie chwile, gdy coś nas zaczaruje: buty, sukienka, książka, miejsce, człowiek. Bogusię zaczarowała kamienica w rynku w Pogodnej. Dziewczyna postanawia zostać i otworzyć biznes, nie wymarzoną kwiaciarnie – bo ten rynek jest już nasycony. Trzeba wymyślić coś nowego, żeby na dobre zapuścić korzenie w małej mieścinie zamiast wracać do głośnego molocha – Warszawy.

Tak wiem co powiecie – kolejna książka o ucieczce z wielkiego miasta, szukania swego miejsca, księcia, miłości i równowagi. Powiecie, że super każdy by tak chciał, ale skund Tyla pieniądza wziąć, żeby sobie pozwolić na takie szaleństwo. A ja Wam powiem, że się czepiacie, oderwijcie się na chwilę od materializmu, wciągnijcie w nozdrza powietrze z jodem, posłuchajcie jak szumią drzewa i wysokie trawy, jak szczeka Piegusek, jak popiskują kunięta i jak cała przyroda mówi do Was i namawia na relaks.
Tylko ostrzegam, jest wysokie prawdopodobieństwo, że się popłaczecie, ja o zgrozo popłakałam się pierwszy raz w autobusie. Później było tylko lepiej. Jasne, że nie idealnie, bohaterka za często rumieni się i to albo jak dziewica, albo po cebulki włosów. Ale Bogusia jest bohaterką w której każda z nas może odnaleźć siebie, chociaż w częście. Każda z Nas w głębi serca jest taką romantyczką, która szuka księcia ze bajki a naukowo udowodnione jest że szukamy takiego partnera, aby był podobny do Naszego Taty, nie wierzyłam dopóki na własnej skórze się nie przekonałam, że po prostu tak jest!
Bogusia chociaż wie, że szuka kopii swego ojca, jednak zanim zorientuje się o jakie podobieństwo jej chodzi zaplącze się w niejeden ambarast.

Dodatkowo książka zawiera przepisy na słodkości – nie do końca forma podania ich mi odpowiadała, bo jednak wolę spróbować, niż czytać i wolę przepisy przejrzyste z wypisanymi składnikami i sposobem przyrządzenia, ale wiem że wielu nie będzie akurat to przeszkadzało.

Książkę czyta się naprawdę błyskawicznie, porusza ona ciekawe problemy, obecne w życiu każdej kobiety. Moim zdaniem jest to typowo babska książka, taka jakiej każda babeczka potrzebuje raz na jakiś czas, by poczuć to ciepło, emocje a niekiedy i ukojenie.
I chociaż nie raz i nie dwa(bo w sumie chyba trzy) psioczyłam na książki K. Michalak i prawie obiecywałam, że nie tknę koniuszkiem palca, jak widzicie to że niewiasta umie zmienić zdanie wyszło mi na dobre!!

Co i Wam polecam :D

piątek, 22 czerwca 2012

"Handlarz śmiercią" - Sara Blædel

Pierwszy tom z cieszącej się wielką popularnością serii duńskiej królowej kryminałów. Wydział Zabójstw Komendy Miejskiej Policji w Kopenhadze opanowuje gorączka, kiedy w weekend wpływają zgłoszenia o dwóch zabójstwach. W jednym z kopenhaskich parków znaleziono ciało uduszonej młodej dziewczyny, a na tyłach hotelu Royal – zamordowanego dziennikarza. Asystent kryminalna Louise Rick uczestniczy w śledztwie w sprawie zabójstwa dziewczyny, ale zostaje wciągnięta również w drugie śledztwo, gdy okazuje się, że jej najlepsza przyjaciółka Camilla Lind, reporterka kryminalna w „Morgenavisen”, znała zamordowanego dziennikarza i zamierza sama rozwikłać zagadkę jego śmierci. Louise stara się powstrzymać przyjaciółkę od ryzykownych działań na własną rękę, ale Camilla nigdy nie słucha dobrych rad, gdy zwietrzy materiał na ciekawy artykuł. Gdy kontaktują się z nią osoby ze środowiska handlarzy narkotyków, sprawy przybierają dramatyczny obrót.


 Wytrzymacie do 26 czerwca? Musicie! Wtedy na polski rynek trafi kryminał „Handlarz śmiercią”, kolejny kryminał skandynawski. Kryminały ze Skandynawii podbiły rynek. Sądzę, że koneserów gatunku nie trzeba długo namawiać na powieść z mroźnej północy, chociaż akurat „Handlarz” jest duńską powieścią, więc Północ ta nie jest ani bardzo daleka, ani okrutnie mroźna… Ale jest groźna… chociaż Dania jawi się jako kraj spokojny, bez jakichś głosnych skandali, krwawych mordów.

Tymczasem w książce poznajemy nowe oblicze tego niewielkiego kraju, Kopenhaga zostaje wstrząśnięta dwoma zabójstwami, teoretycznie niezwiązanymi ze sobą. Policja skupia się na zabójstwie dziennikarza, normalne, sprawą interesują się media, bardziej niż zwykle, tylko  policjanta Louise uważa to za nie fair, sądzi że śmierć dziewczyny nie może być zepchnięta na boczny tor, że pamięci tej dziewczyny i jej najbliższym należy się prawda i dołożenie wszelkich starań by odkryć co się stalo. Tymczasem pada kolejny trup.
W międzyczasie okazuje się, ze wszystko musi być powiązane z handlem narkotykami, tak zwanym zielonym  pyłem, gdyż zamordowany dziennikarz specjalizował się właśnie w aferach narkotykowych. Na jego miejsce wskakuje Camille, tak się składa, że najlepsza przyjaciółka Louise. To śledztwo wystawi jednak na próbę ich przyjaźń, niebezpieczeństwo będzie czyhało na każdym kroku, aby niespodziewanie uderzyć z miejsca które było ostatnie na liście podejrzeń.

Książkę czyta się niespodziewanie szybko, czytałam ją tylko w pracy i zeszło mi 2 dniówki i 20 minut. A w pracy przecież pracowałam, a czytalam gdy akurat petenci nie przychodzili, a gdy już przychodzili i od lektury oderwać się musiałam… bolesne to było – tyle Wam powiem…

Tak się składa, że ostatnio czytam dobre kryminały, na dodatek to kolejny kryminał, będący pierwszym w zapowiadanej serii. Tą serią też zaczytywać się na pewno będę, bo autorka nie bez powodu nazywana jest królową kryminału, akcja wciąga, trzyma w napięciu, a rozwiązanie zaskakuje.

No powiedzcie, czego chcieć więcej?!

środa, 20 czerwca 2012

"Dworek pod Lipami" - Anna J. Szepielak

Gabriela jest autorką bestsellerów, jednak ma dość pisania łzawych czytadeł. Marzy o czymś ambitniejszym. Niestety jej wydawca ma inne zdanie na ten temat. Na dodatek kobieta niezbyt dobrze czuje się w domu niedawno poślubionego męża, w którym wszystko ma swoje stałe miejsce i tylko dla niej nie przewidziano go zbyt wiele. Tymczasem mąż nawet nie dostrzega problemu. Kiedy więc nadarza się okazja wyjazdu na wieś, Gabriela nie zastanawia się długo. Opiekując się zwierzętami i domem przyjaciółki, ma wiele czasu na myślenie. I… pisanie wymarzonej powieści historycznej. Na oczach czytelnika powstaje historia, dzięki której Gabriela zrozumie, czego tak naprawdę pragnie i co powinna zrobić, by wszystko ułożyło się po jej myśli.

 Okres czytania polskich autorów trwa.
W jakiejś topce wymieniłam Annę Szepielak jako autorkę na której książkę czekam… wiedziałam już że premiera „Dworku pod lipami” będzie dopiero w połowie czerwca. Wtedy to zdawało się strasznie długim okresem czekania. Jednak nadszedł ten dzień i „Dworek pod Lipami” był w mojej torebce, świeży, pachnący drukarnią i gotowy do czytania.

Już w swoim debiucie „Zamówienie z Francji” autorka pokazała, że umie opowiadać klimatyczne historię, tworzyć światy które wciągają. Nie zawiedziecie się i tym razem. Niespieszna historia – idealna na upalne popołudnia, po pracy w cieniu drzew, niekoniecznie lip.

Gabriela jest pisarką, poznajemy ją gdy dopiero co ukończyła trzeci tom serii o Juli – lekarzu weterynarii i z tej okazji przeżywa swoisty kryzys, wydawnictwo chciałoby aby zakończenie wyglądało inaczej. Nie tylko na gruncie zawodowym zaczynają się perturbację… Gabriela od niespełna roku jest żoną Marka – wdowca, pracoholika. Czuje się niepotrzebna, dom przypomina muzeum, w którym wspomnień strzegą gosposia Lidia i była teściowa Marka. Gabriela nie uważa się za panią tego domu, wydaje jej się że jest raczej gościem. Na dodatek podsłuchuje pewną rozmowę, to plus brak należytej komunikacji z mężem, skrywana tajemnica sprawiają że korzysta, z okazji – jej przyjaciółka wyjeżdża na tydzień, więc Gabriela zajmie się jej domem, odpocznie od męża i popracuje nad nową książką – bo właśnie pojawiło się natchnienie.
Nie wie tylko ile konsekwencji przyniesie ta niespodziewana ucieczka z domu i czy coś raz puszczone w ruch będzie w stanie się zatrzymać, czy da radę wypić piwo którego warzenie właśnie zaczęła.

Książka jest dopracowana w każdym szczególe, już okładka przyciąga wzrok i zachwyca. Treść zaś… autorka zastosowała ciekawy zabieg, albowiem jej bohaterka jest pisarką i pisze książkę, wiec mamy taką szkatułkę z wieloma powiązaniami.
O ile przez pierwsze strony, nim się wciągnęłam czytało mi się, nie tyle ciężko, co bez rewelacji, tak gdy wciągnęłam się nawet nie wiem kiedy nie mogłam się oderwać, czytałam gdy tylko nadarzyła się okazja, byłam bardzo ciekawa jak potoczą się losy Gabrieli, Celiny i ich najbliższych.

Polecam!! Książka napisana pięknym językiem, wciągająca i naprawdę ciekawa!

poniedziałek, 18 czerwca 2012

zazdroszczę.... czyli

Komu? Czego?
Ikerowi hasła me siento seguro... czyli tego że czuje się bezpiecznie...

Mimo że wierzę w Hiszpanów, moją ukochaną La Furia Roja, paznokcie pomalowane - świecą flagą.... znów.(a jak zrobić taką flagę hiszpańską na paznokciach? Nic prostszego! Najpierw nakładam żółty kolor i domalowuję po bokach czerwone. Dobór kolorów nie jest przypadkowy, na flasze Hiszpanii czerwień symbolizuje krew torreadora a żółty - piasek areny).

Drogie Panie lakiery w dłon i przygotujcie się na mecz... A tutaj kilka starych filmików na których Iker jest twarzą hiszpanskiej firmy ubezpieczeniowej. Oj słuchu wybitnie ten młodzian nie ma... dobrze że inaczej na chleb zarabia.
..


A Wy komu kibicujecie? Jaki jest Wasz wymarzony finał?
A komu życzylibyście aby z Euro pożegnał się jak najszybciej?

Typujecie mecze, niekoniecznie w sts-ach, tak rekreacyjnie? Sprawdzają się wam typy?
Który mecz Was zawiódł najbardziej, a który najbardziej zaskoczył?

sobota, 16 czerwca 2012

"Nadzieja" - Katarzyna Michalak

Pierwszy tom nowej serii „Z czarnym kotem” autorstwa Katarzyny Michalak, bestsellerowej autorki Poczekajki, Roku w Poziomce oraz Sklepiku z Niespodzianką. Piękna, przejmująca opowieść przede wszystkim dla kobiet! Jest świat, w którym ojciec bije Lilkę, a Aleksem, Ruskiem, wszyscy poza jego ciotką Anastazją gardzą. I jest Nadzieja, dom-oaza, miejsce pełne miłości, gdzie zło świata nie dociera. Niełatwo tam trafić. Połączeni miłością, która ich trzyma przy życiu, ale zarazem niszczy, Aleks i Lilka muszą przejść długą drogę, nim tam trafią. Czy ich miłość wreszcie się spełni? Czy klątwa Lilith trwać będzie nadal?

 Sabinka to mi głowę urwie i tryumfować będzie bezczelnie, ale nie mam wyjścia muszę szczerze napisać, opisać odczucia, złożyć samokrytykę etc, etc. Sabinka będzie wiedziała skąd ta samokrytyka, musiała przeżyć ciężkie chwile gdy zadręczałam Ją groźbami karalnymi i mymi hipotezami…

Przewidując chyba że do Lublina nie dotrę wzięłam i nabyłam „Nadzieję” wczoraj u siebie w księgarni, na dobre mi to wyszło, bo i rabat mam i o 13 z minutami lekturę zakończyłam….

I chociaż wcześniejsze książki Katarzyny Michalak nie znalazły u mnie sympatii(chociaż Poczekajce dam drugą szansę bo ebookowo ja poznawałam i może ta forma rzutowała na odbiór), tak w ten świat wpadłam jak w bajkę, jak w magiczną krainę do której wystarczy uchylić drzwi(okładkę) by wessała bez reszty i nie chciała wypuścić nim nie zejdzie się jej wzdłuż i wszerz…. Dodam, że popłakałam się bezczelnie a później zganiałam na palące w oczy słońce(przecież chłopaki nie płaczą)

Na samym początku poznajemy kobietę, która rozpoczyna ucieczkę, wyrzuca laptopa, komórkę, karty, wszystko co może pomóc ją namierzyć, przed kim ucieka? Dlaczego i gdzie? Kim jest tajemniczy człowiek, który jako jedyny ma numer na drugą komórkę którą zostawia? I czym/kim jest Nadzieja i jaka jest jej rola(poza tym, że –jak pisze św. Paweł -  zawieść nie może).
Autorka posługuje się retrospekcją, przenosi Nas do momentu poznania Liliany i Aleksjeja, dwójki dzieci skazanych przez rówieśników na ostracyzm, Jego rodzice zginęli w Czarnobylu, a On w do niedawna bratnim kraju realnego socjalizmu, po przemianach ustrojowych jest wrogiem numer jeden. Liliana chociaż jest Polką z powodu jąkania również nie cieszy się sympatią, nie ma nikogo bliskiego, ojciec ją bije, dużo pije i chyba po prostu nienawidzi córki i obwinia ją za śmierć żony – matka Liliany nie żyje . Dwójka dzieci w tym wspólnym wyobcowaniu odnajduje przyjaźń, najlepszą nagrodę, ale i przekleństwo.

Czy miłość naprawdę wszystko zwycięża, czy pokona przepaść między dwoma światami? Czy pomoże Lili uwierzyć że nie może ciągle się bać, że musi walczyć i że dla kochanej osoby warto podjąć wysiłek a nie zamknąć się w skorupie?

Najpierw polubiłam Lilianę, za to że do walizki  wzięła „Przeminęło z wiatrem”, później mnie denerwowała, tym że uciekała, że kłamała, że była taką egoistką, ale później starałam się zrozumieć, coś czego nie mam prawa rozumieć, permanentnego lęku, którego ja sama nigdy nie doświadczyłam i zrozumiałam tą dziewczynę, zrozumiałam ten dramat, chociaż czasami musiałam zamykać książkę, dosłownie zatrzaskiwać okładkę, żeby odciąć się od tych emocji, które zdawały się z książki parować. Zwłaszcza że związek Liliany i Aleksjeja przypomina historię Rhetta i Scarlett, chociaż to być może tylko moja opinia, Alek tak jak Rhett kocha swoją kobietę i podchodzi do ognia mimo że tyle razy się już sparzył, mimo że tyle razy już cierpiał, pcha go ta sama siła, która każe ćmie lecieć do ognia – poddać się samounicestwieniu. Miłosny kamikadze, ale z drugiej strony przecież – Amor vincit omnia – no i Katarzyna Michalak lubi happy endy, tylko czy w takiej historii jest on możliwy?
Przekonajcie się, a zapewniam Was że inwestycja w książkę o tak bajecznej okładce nie będzie złym wydaniem pieniędzy, wzruszycie się, wciągniecie, odejdziecie do innego świata. Nie popełniajcie mojego błędu i nie zaczynajcie czytać na Słońcu w południe, bo grozi Wam to że skończycie z oparzeniami i dostaniecie burę za siedzenie trzy!!(a w głowie pytanie, jak mogło minąć trzy godziny skoro siedzę góra 10 minut) godziny pełnym słońcu.

Ale takie przeżycia warte są każdej ceny, w pieniądzu i w naturze.

Jak wiecie fanką dotychczasowych powieści K. Michalak nie jestem, ale jestem ogromną fanką tej książki. Oddaną i szczerą… Książka delikatna i świeża – jak jutrzenka, od pierwszej chwili obiecuje piękną historię, a co najlepsze ani na chwilę się z tej obietnicy nie wycofuje… Nie zawodzi, jak na Nadzieję przystało J

piątek, 15 czerwca 2012

Czekoladowiec od Ani


Ania-Markietanka ze swoją wymianką przysłała mi przepis na swoje ulubione ciasto czekoladowe, które dziś postanowiłam upiec....


Składniki na okrągłą foremkę 23 cm

125 g masła
250 g gorzkiej czekulady
6 jajek
260 g cukru
60 g mąki

Masło roztopić z gorzką czekoladą i zostawić do ostudzenia. W międzyczasie oddzielić żółtka od białek i te żółtka utrzeć z cukrem. Białka ubić na sztywno. Masę z żółtek dodawać po łyżce do czekolady z masłem i dokładnie połączyć. Następnie dodać mąkę a potem białka i dokładnie wymieszać. Gotową masę przelać do tortownicy. Piec w 165 stopniach przez 45 minut.
Nie przejmujcie się że ciasto wygląda jak z zakalcem. Ono jest miękkie i wilgotne, coś a1la brownies


polewa
50 g gorzkiej czekolady
100g mlecznej czekolady.

Po wyjęciu ciasta z piekarnika stopić czekoladę i polać ciasto



Placuszek jest tak obkrojony, bo tak to jest jak domowe hieny się zostawi w kuchni a samemu pójdzie się myć głowę.....


Aniu dziękuję!!!

środa, 13 czerwca 2012

"Krzyk pod wodą" - Jeanette Øbro Gerlow, Ole Tornbjerg

W związku z problemami z przestępczością zorganizowaną, szef wydziału zabójstw kopenhaskiej policji zatrudnia Katrine Wraa, wykształconą w Anglii psycholog, specjalistkę od profilowania ofiary i zabójcy, kognitywnej techniki przesłuchań oraz profilowania geograficznego. Gdy Katrine przygotowuje się do tego zadania, w Kopenhadze dochodzi do brutalnego morderstwa. Cieszący się nienaganną opinią lekarz położnik, ojciec trzyletnich bliźniaków, został śmiertelnie ugodzony nożem w swoim ogrodzie. Policja szybko trafia na ślad, zdający się prowadzić wprost do zabójcy. Emigrant z Czeczeni, którego żona była pacjentką zamordowanego lekarza i zmarła w wyniku powikłań poporodowych, wydaje się idealnym kandydatem. Tym bardziej że na jego ubraniu odkryto ślady krwi… Jednak zarówno Katrine Wraa, jak i śledczy Jens Høgh, od pierwszej chwili obdarzający zaufaniem piękną i zdolną profilerkę, mają wiele wątpliwości. Stopniowo odkrywają prawdę, skrywaną za fasadą przykładnego życia rodzinnego i zawodowego. Krzyk pod wodą jest pierwszą wspólną powieścią małżeństwa Jeanette Øbro i Ole Tornbjerga. Inicjuje serię, której bohaterką jest Katrine Wraa psycholog, specjalistka od profilowania kryminalnego. W 2010 roku książka została laureatką konkursu na najlepszą duńską powieść kryminalną, ogłoszonego przez wydawnictwo Politiken.

 Już niedługo, bo 27 czerwca czeka Was premiera świetnego kryminału, w sumie musze powiedzieć, ze Wam zazdroszczę, sama chciałabym jeszcze raz czytać od nowa…
Jako wielbicielka seriali kryminalnych i powieści z tego gatunku byłam w siódmym niebie. Książkę przeczytałam w ciągu dwóch dni pracy, niecałych gdyż dziś około południa już zakończyłam lekturę czytało się szybko i przyjemnie.

Książka to pierwsza część planowanej serii o Katrine pół-Dunce i pół-Angielce psycholog, specjalizującej się w profilowaniu przestępców i ogólnie rzecz biorąc psychologii w służbie dochodzeniówce, dziewczyna staje na rozdrożu, jak się dowiemy ma za sobą traumatyczne przeżycia w przeszłości. Poznajemy ją w chwili gdy wakacjuje się w Egipcie z aktualnym mężczyzną swojego życia i zastanawia się co dalej. W tym momencie dostaje telefon od szefa kopenhaskiej dochodzeniówki, który proponuje jej pracę – marzeń, ma robić to co lubi i na dodatek ma w perspektywie ciekawy, potencjalny rozwój zawodowy. Dziewczyna się nie waha, pakuje walizki i leci do Kopenhagi, gdzie od razu po przylocie musi się zmierzyć ze sprawą morderstwa, teoretycznie nie będzie musiała się wykazać, bo wszystko szybko staje się jasne, przynajmniej tak się wydaje, na dodatek będzie musiała przekonać do siebie sceptycznych przełożonych a także zmierzyć się z demonami przeszłości…  książkę czyta się tak, jakby oglądało się pierwszy odcinek fenomenalnego serialu kryminalnego, nie tracę nadziei że takowy zobaczę.

Książka – co ciekawe jest pisana przez dwóch autorów – małżeństwo, pierwszy raz czytałam kryminał pisany w taki sposób, bo z powieścią pisaną przez dwóch autorów miałam już chyba do czynienia. Nie wiem – i to chyba dobrze – kto pisał które części, wszystko jest tak spójne, tak jednolite stylowo, owszem mamy dualizm tekstowy, z jednej strony akcja dzieje się w teraźniejszości, narrator trzecio osobowy, skupiający się jednakowo na wszystkich wydarzeniach i osobach, z drugiej strony mamy retrospekcje z punktu widzenia… no właśnie, najpierw matki z depresją poporodową, która prawie topi swoje dziecko, później z perspektywy sąsiadki tej depresyjnej mamy, a później z perspektywy dziewczynki, córki która uniknęła cudem utopienia, możemy obserwować jej rozwój, bezsprzecznie patologiczny umysł tego dziecka, później młodej dziewczyny, wreszcie kobiety. Pobudza to czytelnika do myślenia jak wielki wpływ na człowieka mają te najwcześniejsze momenty, jak silnie działać mogą bodźce na umysł jeszcze niewykształcony, jak dziwną istotą jest człowiek – potrafiący wybiórczo traktować zagadnienia dobra i zła.  

Dlatego nie traktuję tej książki jako zwykłego kryminału, zagadki „kto zabił”, mam szczerą nadzieję że nie będzie to jedyna książka z tej serii wydana w Polsce i że pozostałe będą tak samo dobre. Co najmniej.

Czekajcie cierpliwe do 27 czerwca, naprawdę warto, zresztą mnie nie musicie wierzyć – przekonacie się w swoim czasie.

niedziela, 10 czerwca 2012

"Sprawczynie" - Kathrin Kompisch

Książka Kathrin Kompish zaprzecza stereotypom, zgodnie z którymi kobiety w nazistowskich Niemczech były najwyżej „trybikami” w wielkiej machinie terroru stworzonej przez mężczyzn. Były okrutne, bezwzględne i oddane Führerowi w nie mniejszym stopniu niż najzagorzalsi kaci z obozów zagłady. Jaka była rola kobiet w Niemczech Adolfa Hitlera? Czy były tylko biernymi świadkami wydarzeń, gospodyniami domowymi, żonami, matkami? Nic podobnego. Jako pomocnice sztabowe oraz pomocnice SS odbywały służbę wojenną na terenach okupowanych. Zatrudnione na posterunkach policji i w placówkach SS obsługiwały telefony, dalekopisy i radiostacje. Jako pracownice biurowe grup operacyjnych SS sporządzały raporty o masowych egzekucjach, a jako nadzorczynie SS pilnowały więźniarek osadzonych w żeńskich obozach koncentracyjnych. W gestapo, pracowały jako sekretarki i protokołowały przesłuchania z użyciem tortur. Jako lekarki przeprowadzały eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych i aktywnie współuczestniczyły w hitlerowskiej kampanii eutanazji. Wiedziały, co dzieje się naprawdę, akceptowały to i wspierały reżim na miarę swoich możliwości. „Sprawczynie” brały czynny udział w zbrodniach przeciwko ludzkości i miały tego pełną świadomość.

 Skłamałabym gdybym napisała, że spodziewałam się takiej formy, czytając blurba oczekiwałam… na pewno nie tego rodzaju opracowania. Gdy x lat temu w jednej z gazet historycznych czytałam artykuł o katach-kobietach z czasach drugiej wojny, byłam w szoku, okropieństwa III Rzeszy miały zawsze twarz mężczyzn – Hitler, Himmler, Goth – kobieta, ta słaba płeć nie mogła przecież być trybikiem w tej machinie zbrodni. Artykuł otworzył mi oczy, jednak mimo wszystko postrzegałam te kobiety jako wyjątki. Z zupełnie innego punktu zaczyna swoją książkę autorka książki „Sprawczynie”.

We wstępie autorka polemizuje z grupami badaczy, historyków którzy uważali że kobiety niemieckie nie były winne współsprawstwa, czy nawet sprawstwa zbrodni wojennych za czasów Hitlera, czy to ze względu na słabą pozycję kobiety w III Rzeszy, czy brak możliwości sprzeciwiania się ówczesnej władzy, przywołuje również absurdalność masowego zaprzeczenia kobiet po porażce państwa Hitlera.
Wydaje mi się że autorka w tym wstępie nieco naciąga teorie prawa karnego, wykorzystując jedynie te zasady które pasują jej do koncepcji obwinienia kobiet o większość zbrodni, pomija kwestie zamiaru i moim zdaniem instrumentalnie podchodzi do zagadnienia winy.
Nie chciałabym się skupiać na nudnych – dla niektórych – zagadnieniach prawniczych przejdę przeto do właściwej części książki.
„Sprawczynie” to niesamowita skrupulatna opowieść, nowy punkt widzenia, być może w pewnym sensie bardzo jednostronny, autorka wzięła za cel udowodnienie winy kobiet w uczestniczeniu w zbrodniach III Rzeszy i konsekwentnie do tego dąży, niestety nie mam takiej wiedzy by zweryfikować w 100% jej spostrzeżenia, jednak byłabym niepoważna gdybym zarzuciła jej kłamstwo totalne, według mojej wiedzy na pewno większość jest prawdą, jak wspomniałam, polemiczną sprawą jest przypisanie winy dostateczne do wydania wyroku skazującego, jest to dziś bezcelowe, wcale nie dlatego że nastąpiło przedawnienie – zbrodnie wojenne i przeciw ludzkości przedawnieniu nie ulegają.
Autorka bardzo drobiazgowo opisuje mechanizm III rzeszy nie skupia się tylko na obozach zagłady, ale pokazuje panoramę sytuacji kobiety za czasów Hitlera, od polityki społecznej, która jak przystało na państwo totalitarne starała się opanować każdy przejaw życia, od życia zawodowego, przez domowe, aż do życia erotycznego. Kobiety były środkami do osiągnięcia celu, jakim miała być sprawna maszyna wojenna, miały rodzić nie tylko elementy tej maszyny, ale również w pewnym sensie być jej siłą napędową.
To nie jest książka lekka i przyjemna, jest momentami makabryczna, mrożąca krew w żyłach, jak większość publikacji traktujących o II wojnie światowej, książka, otwierająca oczy na wiele problemów o których próżno szukać wzmianek w podręcznikach do historii, obowiązkowa pozycja dla wojujących feministek, dla historyków – nawet mówić nie muszę.

Moim zdaniem obowiązkowa pozycja w biblioteczce, pozwala pamiętać, otwiera oczy i jest przestrogą.

sobota, 9 czerwca 2012

"Dziewczyna z sąsiedztwa" - Jack Ketchum


Dziewczyna z sąsiedztwa to jedna z najsłynniejszych powieści grozy ostatnich lat, uznawana za jedną z najbardziej wstrząsających książek w historii literatury. To legendarna już opowieść o szaleństwie rodzącym się w ludzkim umyśle i o tym, jak to szaleństwo zaraża wszystkich wokół, jak infekuje niewinne umysły i prowadzi do eskalacji cierpienia, bólu i nienawiści. Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Dziewczyna z sąsiedztwa wstrząsa czytelnikiem do granic wytrzymałości i pozostawia w emocjonalnym szoku jeszcze przez długi czas po zamknięciu ostatniej strony. Wstęp do książki napisał sam Stephen King, co będzie wielką gratką dla jego licznych fanów! Przedmieścia. Ciemne ulice, przystrzyżone trawniki i przytulne domy. Miła, spokojna okolica. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. W domu Chandlerów, przy ślepej uliczce, w ciemniej, zawilgoconej piwnicy, Meg i Susan zdane są na łaskę kapryśnej i cierpiącej na ataki szału ciotki Ruth, którą szybko ogarnia szaleństwo. Szaleństwo, którym zaraża swoich trzech synów oraz całą okolicę. Jedynie jeden zatroskany chłopiec spróbuje oprzeć się złu zarażającemu niewinne umysły. Musi podjąć bardzo dorosłą decyzję i wybrać między miłością i współczuciem, a pożądaniem i złem... Którą drogę wybierze?

 Niektóre książki – wyłącznie przez moją głupotę mają zbyt długi okres nabierania mocy urzędowej. Ta książka tak miała. Czekała ponad miesiąc, bo podświadomie się jej bałam. Książka która przeraża Stephana Kinga musiała samym tym faktem przerazić mnie. Mogłam ją czytać tylko za dnia, bo od pierwszej strony otacza nas złowieszcza mgła, nienazwana groza.

Nie czytam thrillerów z zasady, jestem zbyt strachliwa, mam za bujną wyobraźnię i jestem za skąpa, żeby po przeczytaniu straszności spać przy zapalonym świetle a tak by się dziać musiało… tymczasem   nie funduje nam strasznych zjaw, nadprzyrodzonych mocy, pogranicza światów, pokazuje że aby napisać genialną, mrożącą krew w żyłach opowieść nie trzeba wymyślać zjaw, bo największym potworem jest człowiek, żadna inna istota nie dorównuje mu okrucieństwem, wyposażony w genialny umysł, potrafi użyć myśli w celu zamienienia życia innego człowieka w piekło, bez logicznego powodu. Dla zabawy, aby poczuć się bogiem, wyrównać wyimaginowane rachunki…

David mieszka na przedmieściach, takich znanych z filmów grozy, to idealna sceneria na opowieść pełną emocji, takie ciche, z pozoru spokojne ulice, wszyscy się znają – teoretycznie nikomu nic nie grozi.   Na takie przedmieście trafia po wypadku w którym traci swoich rodziców Meg i jej siostra Susi, która po wypadku nosi pamiątkę – aparat ortopedyczny. Trafiają do domu Ruth która nie wygrała losu na loterii życia, jako dziecko miała wszystko, gdy wyszła za mąż rozpoczęła się jej degrengolada, mąż ją zdradzał, nie dawał pieniędzy. Ruth i jej trzech synów są sąsiadami Davida który mieszka z rodzicami, ale często wpada do Ruth bo ta jest bardzo liberalna kobietą pozwala chłopcom na piwo, nie robi awantury jeśli wyczuje od nich dym. Ale dla Mag zdaje się być dziwnie surowa, „czepia się” o wszystko, jest rygorystyczna, tworzy nowe zasady i skrupulatnie pilnuje ich przestrzegania.

Nikt nie jest w stanie przewidzieć w jakim kierunku rozwinie się akcja…

Jest to bez wątpienia książka mrożąca krew w żyłach, tak jak wspomniałam od pierwszych stron owiewa nas groza, strach, niepokój nie opuści nas do ostatniej stronie i pozostawi nas w specyficznym nastroju, myśli będą się kotłowały.
To co autor opisuje jest nie do pojęcia, widziane oczyma dziecka przeraża jeszcze bardziej…
Jeśli pozostałe książki są tak samo dobre to autor zapewnił sobie miejsce w panteonie autorów którzy mrożą krew w żyłach

Rabarbarowe ciasto labirynt

Na rynku w Stalowej Woli, rabarbar po 3.50 za kilo, nabyłam wzięłam 1,5 kilo, część poszła na kompot, większa część na dwa placki labirynty, przepis na które był w Życiu na Gorąco, którym zaczytuje się moja Mama(ale Rodzicielkę kocha się mimo wszystko).

Ciasto idzie jak woda!! Nie jest tak kwaskowate jak zwykle bywają wypieki z rabarbarem, ale nie jest też mdląco-słodkie...





Zloty środek został osiągnięty, ma piękny kolor, jest równiutkie i bardzo pyszne, a dzięki zawartości budyniu waniliowego lekuchno czuć posmak wanilii



Ja robię z polowy porcji w oryginale jest
1 kg rabarbaru
50 dag mąki
30 dag cukru
6 jajek
dwa żółtka
opakowanie proszku do pieczenia
jeden budyń
100 ml mleka
kostka masła



rabrbar obrać i pokroić w kostkę
masło utrzeć z cukrem na puszystą masę, dodawać jajka i żółtko.
Wymieszać mąkę z budyniem i proszkiem i dodawać do ciasta na zmianę z mlekiem.
Zmiksować, wlać do formy i na wierzchu ukladać "labiryntowy wzór" z rabarbaru, wciskając tenże w ciasto
Włożyć do piekarnika i pieć do suchego patyczka
Porządnie posypać cukrem pudrem


Kibicujemy

Wiem, że wielu Was nie interesuje się piłką nożną.
Chyba dałam się poznać jako kibol, a jako taki osobnik wczoraj rozpoczęły się dla mnie dni świąteczne, będę mogła do oporu kontemplować piękną grę, napawać się emocjami i kibicować...

W kibicowaniu ważne jest aby na początku się wczuć... mecz ogląda się w calości, od wyjścia na murawę, hymnu, grę, przerwę, aż do ostatniego gwizdka....

A jeszcze wcześniej zaczyna się malowanie paznokci w barwy flagi, u mnie tylko Polska i Hiszpania

Tak się przygotowywałam do wczorajszego meczu, który wyjątkowo oglądałam z Siostrą bo tam można wypić i zakląć szpetnie z emocji, niestety w moim przyzwoitym domu rodzinnym oba zachowania są piętnowane....




A tak kibicowałyśmy

Niestety obok wymienionych zalet kibicowania u Siostry, jest jedna spora wada, z mojej Siostry żaden kibic i ona naprawdę się nie zna, obce są dla niej konsekwencje czerwonej kartki, rzutu karnego, faulu spalonego i innych piłkarskich "zawiłości"

O taktyce i stylu gry nie ma co nawet rozmawiać....

Co nie zmienia faktu, że bawiłyśmy się przednio


Ale mecz Hiszpanów na pewno oglądnę już u siebie na swoich śmieciach, chyba na pewno...

paznokcie - wersja próbna już była robiona




Teraz kawka, śniadanko książka(bo dziś "Dziewczynę z sąsiedztwa" muszę skończyć i mecze.... nie wiem czy do siostry znowu nie pójdę....
Chociaż Ona kibicując I raz chyba w swym życiu, no może drugi, srodze się zawiodła....

czwartek, 7 czerwca 2012

"Iker Casillas. Skromność mistrza" - Enrique Ortego Rey

Tytuł tej książki nierozerwalnie łączy się z jej bohaterem. Nie ma dwóch słów, które lepiej zdefiniowałyby Ikera Casillasa. Skromność, ponieważ jest to najbardziej znacząca zaleta jego osobowości, sposobu bycia i zachowania. A mistrz, ponieważ w wieku 30 lat wygrał wszystko, co może wygrać piłkarz. Zarówno ze swoim klubem, Realem Madryt, jedynym, w którym gra od początku kariery, jak i z reprezentacją Hiszpanii, w której pobił rekord występów, należący do Andoniego Zubizarrety (126). Mistrz świata, mistrz Europy, triumfator Champions League (2), mistrz Hiszpanii (5), zdobywca Pucharu Interkontynentalnego (1), zdobywca Pucharu Króla (1)… To jego najważniejsze tytuły, ale nie jedyne.
Poza tym jest też kapitanem obu drużyn. Kapitanem, jak mówią wszyscy jego koledzy i trenerzy, będącym wzorem pod względem zachowania, zaangażowania i poczucia odpowiedzialności. Jego najbardziej znane zdanie to „nie jestem galaktyczny, jestem z Móstoles” i w ten właśnie sposób chce, by postrzegali go kibice: jako zwykłego i skromnego sportowca, który wszystko co osiągnął zawdzięcza swej pracy, który kupił sobie dom w Navalacruz, wsi jego rodziców, liczącej niespełna pięćset mieszkańców i który w wieku dziewięciu lat poszedł na testy do Realu Madryt i został na zawsze.
Przed Wami jego wyjątkowa historia.






Są książki zdecydowanie za krótkie, takie którym przydałoby się miano niekończącej się opowieści, które chciałoby się czytać bez końca. Biografia Ikera do takich należy, żal było kończyć…
Kiedy dwa tygodnie temu na stronie Realu przeczytałam o przedsprzedaży, w jednej sekundzie poszły spać moje postanowienia o niekupowaniu i oszczędzaniu. Zamówiłam wersję de Lux i większość dnia spędzałam na rozmyślaniu czy już doszła do mnie ta książka
Fanką Ikera jestem od ponad dekady, kiedy w polskich mediach był jeszcze małoznanym(mimo sukcesów w Hiszpanii) bramkarzem, prawie się o nim nie mówiło, a jeśli już to przekręcając nazwisko. Obserwowałam jak ten młody, uzdolniony chłopak ewoluował w bramkarskiego geniusza, który cztery lata temu wzniósł puchar Mistrzów Europy, a dwa lata temu fetował zdobycie Mistrzostwa Świata a to przecież jeszcze nie koniec jego kariery.

Pamięć bywa zawodna, nie wszystkie informacje docierały do mnie w ciemnych czasach bez Internetu, można było sobie odświeżyć wspomnienia, a co ważniejsze poznać Ikera od najmłodszych lat, zobaczyć jak to się wszystko zaczęło, jak mały chłopiec jeździł na treningi, jak zdobywał kolejne tytuły, ale również przeżyć z nim gorzkie chwile gdy siedział na ławce rezerwowej.
Tytuł „Skromność mistrza” nie jest przypadkowy, z kart książki wyłania się postać zwykłego faceta, skromnego, oszczędnego, któremu szajba nie odbiła, sława go nie zniszczyła, który tym co ma dzieli się z innymi. Śmiało można go stawiać za wzór.
Książkę się czyta fenomenalnie, ale uwaga! Nie jest to książka dla dziewczyn które podkochują się w Ikerze wyłącznie dzięki jego wyglądowi, niestety, lub dla mnie stety jest to biografia sportowca, znajdziemy w niej opis jego kariery, najlepszych parad, analizę kilku, kluczowych meczów, wysłuchamy opinii jego trenerów, które skupiają się – co oczywiste – na sprawach technicznych. Jego rodzice, przyjaciele, owszem powiedzą trochę o Ikerze jako człowieku, synu, bracie, przyjacielu, ale nie wiem czy komuś będzie się chciało brnąć przez trzysta stron dla kilku zdań oderwanych od sportowego życia bramkarza Realu Madryt i Reprezentacji Hiszpanii.

Ikera szanują, lubią praktycznie wszyscy, ponad drużynowymi podziałami, jest zrównoważonym odpowiedzialnym człowiekiem, który mimo ukończenia trzydziestu lat wcale nie stracił tej istoty siebie, nie zmienił się… zmężniał, wygrał wszystko co mogł wygrać a wydaje się że jest cholernie nudny, żadnych skandali, tuzina kochanek, dziesięciu rozwodów, dzieci z nieprawego łoża brak… a w lipcu ma być ślub z Sarą którą pamiętnego wieczoru – finału Mistrzostw Świata w RPA pocalował na oczach całego świata, tą którą jeszcze kilka tygodni wcześniej obwiniano za porażkę ze Szwajcarią w pierwszym meczu na Mundialu, stojąc za bramką miała rozpraszać bramkarza i w ten sposób przyczynić się do niekorzystnego wyniku….
Jak widać Iker zaznał też ludzkiej zawiści, a jest pamiętliwy. W książce doczytacie o innych jego charakterystycznych cechach, jaki ma przesądy, nawyki, czy jest religijny...

Jak wspomniałam nabyłam wersję de Lux, zwaną wersją królewską, książka jest oficjalnym produktem, licencjonowanym przez Real Madryt, część wpływów zasili kasę mego ukochanego klubu. Sama książka jest pięknie wydana, twarda oprawa, błyszczący papier, piękne zdjęcia, tu mój żal żadne nie jest opisane, a moim zdaniem szkoda, trzeba się domyślać kogo(oprócz  Ikera) przedstawiają i w jakim momencie. Nie obyło się bez literówek, drobnych błędów drukarskich, ale to młode wydawnictwo więc jest czas na poprawę drobnych potknięć. Duży plus, książka jest bardzo aktualna!! Zawiera najświeższe informacje, jeszcze z końca kwietnia.

Jestem po prostu szczęśliwa że mam tą książkę na półce, mogę ją głaskać i Mizia i jestem smutna, że już ją przeczytałam bo to ta książka co to by się chciało przeczytać, ale i mieć jeszcze do czytania. 


A już jutro zaczyna się Euro i już - tradycyjnie maluję na paznokciach flagę Hiszpanii.

Ku przypomnieniu piękny moment sprzed czterech lat
Wciąż słyszę ten krzyk i czuję radość :) 

A tutaj bohater ksiażki na premierze hiszpańskiego oryginału, nie chcę się czepiać, ale tamtejsza okładka ma ładniejsze zdjęcie(nie uważacie?) a mnie intryguje dlaczego jest 120 stron obszerniejsza?


wtorek, 5 czerwca 2012

mam wymiankę

Dziś siedzę sobie w pracy, staram się nie zasnąć bo deszcz siąpi, ziąb i człowiek tęskni do ciepłej łożnicy.
Dzwoni Mama, że paczka jakaś do mnie a tam cuda jakoweś(Mama otwiera moją korespondencję na mą prośbę bo gdy dzwonię do domu lubię wiedzieć na co się cieszyć).

Przyszłam do domu i cuda zastałam. Od Ani


Dostałam trzy książki, w tym jeden harlekinik na skołatana mą duszę, dwie które zapowiadają się fenomenalnie, pyszne herbatki w tym gatunek której miałam okropna ochotę spróbować, ale cena mni odstraszała, bo na próbę to sporawo. Ania jakby rozsypała worek świętego Mikołaja.
Mam przepis na ciasto do wypróbowania i wybornego kompana do lektury. Widocznego na fotografii Misia.


Moja Mela też się paczką zauroczyła, bo nie dało jej się odgonić... i macie gratis :D


Sabince i Ani dziękuję bardzo, bardzo... no brak słów jak dziękuję :* :* :*

poniedziałek, 4 czerwca 2012

"Altana" - Mary Nichols


Mistrzowsko splecione ze sobą losy dwóch kobiet, którym los nie szczędził trosk i dramatów. Przez wojenną zawieruchę rozdzielone ze swymi ukochanymi musiały odważnie stawić czoła rzeczywistości. Lady Helen Barstairs zgodnie z wolą rodziców poślubia przyjaciela swojego brata. Gdy małżonek wyrusza na front, ona przeżywa krótki, ale namiętny romans, którego owocem jest córka. Laura Drummond pochodzi z prostej robotniczej rodziny. Poznajemy ją w przeddzień jej ślubu z młodym arystokratą, pilotem myśliwców RAF-u, Robertem Rawtonem. Niestety, Bob ginie, a ona zostaje sama z ich wspólną, wielką tajemnicą. Bombardowany Londyn, angielskie wyższe sfery i mimo wszystko szczęśliwe zakończenie.


Sabinka mi zaraz krzyknie „A nie mówiłam”, a ja odrzeknę, wiedziałam, że masz rację, dlatego zachorowałam na tą książkę. I przeczytałam ją Hyżo, nie bacząc na inne obowiązki i to pilne.
Właśnie zamknęłam książkę, jeszcze jestem troszkę upłakana, jeszcze wzruszona i pozytywnie zaskoczona. Zwykle gdy nastawię się, że książka jest genialna, cudowna, ach i och to w najlepszym przypadku okazuje się przeciętną. Ta książka, poprzedzona świetną recenzją, miała wysoko zawieszoną poprzeczkę, jedna na milion książka sprostałaby takim wymaganiom. Ta sprostała, jest to wyjątkowa opowieść. Zbieram myśli, aby skleicić coś sensownego, ale brakuje mi słów, a wierzcie mi że dla Katarzyny Mastalerczyk taki stan jest rzadkim, praktycznie niespotykanym fenomenem. Staram się znaleźć jakieś adekwatne porównania, ale wszystko jest takie blade, puste… wybaczcie proszę me nieskładne myśli, biedne zdania, bo chyba słowa nie są w stanie oddać piękna tej historii.

Poczatek ta historia ma w końcówce I wojny światowej, kiedy zamożna arystokratka Helen, dopuszcza się zdrady swego męża, walczącego za Ojczyzne, gdzieś we Francji. Nie kocha go, wydana za mąż za człowieka ledwo jej znanego, Helen była bardzo młoda, a cały dom tańczył, jak gral despotyczny tatulek. Gdy na drodze Helen staje przystojny Kanadyjczyk, serce zaczyna bić szybciej, a młoda dama zapomina o konwenansach, przyzwoitości i o wszystkich zasadach jakie wpajano młodym angielskim damom. Snuje błogie wizje wspólnej przyszłości, gdy wojna się skończy, przyszłość staje się jeszcze piękniejsza gdy okazuje się, że Helen jest w ciąży.

Trwa druga wojna światowa Laura przygotowuje się do śluby z przystojnym lotnikiem, wojna dopiero się praktycznie zaczęła, niemieckie bombowce niszczą Londyn, ale  dziewczyna stoi u bram nieba, czy może chcieć czegoś więcej? Ma wspaniałą matkę, pracę która daje jej satysfakcję, oddanych przyjaciół i przede wszystkim mężczyznę z którym będzie dzieliła całe przyszłe życie… Na dodatek pod sercem nosi pewien słodki ciężar…

Dwadzieścia lat dzieli te dwie kobiety, zresztą nie tylko upływ czasu, różna jest ich pozycja, ale w gruncie rzeczy obie chcą tylko kochać i być kochane. Mówi się że historia się powtarza, w pewnym sensie powtórzy się i tym razem, ale w taki sposób, ze nie zgadniecie za żadne skarby.
Autorka opowie nam losy bohaterów w trakcie całej II wojny światowej, dowiemy się gdzie walczyli, o czym marzyli, czego się bali. Przewinie się cała procesja pozytywnych, pełnych ciepła osób, negatywna bohaterka, tak naprawdę będzie tylko jedna. Reszta będzie miała i wady i zalety i zżyjecie się z nimi wszystkimi. Wszystko jest tak klarownie opisane, że na pewno nie będzie problemów z orientacją.

Zakończenie mnie zaskoczyło, spodziewałam się, bałam się że autorka inaczej to rozwiąże, ale cieszę się, bo akurat happy end to coś czego potrzebowałam, chociaż nie jest to taki hollywoodzki happy end, słodki i przelukrowany, to  takie szczęśliwe zakończenie jakie może nam zapewnić życie, nigdy nie będziemy w stanie oderwać się od goryczy, tragicznych przeżyć, które napotkaliśmy na drodze do tego, jednego szczęśliwego – kulminacyjnego momentu, nasze szczęście nigdy też nie będzie absolutne, będzie ono podszyte lękiem o przyszłość, nigdy pewnością, co najwyżej nadzieją, na to że szczęśliwa chwila będzie trwała dłużej niż… chwilę.

Reasumując – świetna książka, idealny materiał na klimatyczny film przy którym słynne Pearl Harbour się schowa. Piękna wzruszająca historia!!

Polecam z całego serca!! 

niedziela, 3 czerwca 2012

"Carska roszada" - Melchior Medard



Opowieść prawie sensacyjna, momentami romansowa, częściej zagadkowa, niekiedy erotyczna

Koniec XIX wieku, Warszawa. Miasto niespokojne, dopiero co spacyfikowane po kolejnym spisku antycarskim. Miasto wielkich interesów i ekskluzywnych hoteli, ale też dzielnic biedy i zawszonych burdeli.Miasto, w którym ktoś w okrutny sposób morduje kobiety...

Estar Pawłowicz Van Houten, tajny urzędnik do zadań specjalnych, przyjechał ze stolicy Imperium, by wyjaśnić sprawę zabójstw młodych kobiet. Radził sobie już z podobnymi wyzwaniami, nie tylko w Rosji. W pracy śledczego wykorzystuje najnowsze zdobycze nauki i techniki, czym czasem wywołuje podziw, a czasem niesmak kolegów z policji.Dopiero w Warszawie Van Houten orientuje się, że sprawa ma drugie, a nawet trzecie dno. Zaczyna się rozgrywka sięgająca szczytów władzy i europejskich dworów monarszych. Szpiedzy, mordercy, zboczeńcy, piękne kobiety, spiski, zabójstwa – oto świat tajnego radcy Estara Pawłowicza.

Carska roszada jest nie tylko emocjonującą, trzymającą w napięciu opowieścią kryminalno-szpiegowską. To także bogaty, soczysty i chwilami szokujący obraz dawnej Warszawy, w której krzyżowały się interesy największych ówczesnych mocarstw.






I znowu kryminał, czy tak się objawia pracoholizm i jakieś przestawienie trybików w główce, że nie ma się dosyć tych zbrodni, krwi i śledztw?

Ja nie mam, na dodatek opis książki, a zwłaszcza okładka tak mnie nęciły, że nie myślałam zbyt wiele i zabrałam się za lekturę. Pragnę na wstępie zaznaczyć, że ostatnio zostałam rozpieszczona przez Mistrzynię Kryminałów, a mimo to książkę Melchiora Medard`a czytało mi się wybornie… nawet przeziębienie nie było w stanie mnie oderwać.
I tak mi się nasunęło… może p. Medard stworzy naszą polską wersję Murdocha? Bo miałam takie ciągłe skojarzenia z Willem czytając książkę. Ktoś powie, ze całkiem dziwne to skojarzenie, bo główny bohater Estar Pawłowicz Van Houten tajny urzędnik do spraw specjalnych naprawdę w małym stopniu przypomina prostolinijnego Murdocha,  ale klimat tej książki, Warszawa XIX wieku, mroczna, tajemnicza, ciemiężona przez zaborcę i wśród tych ciemnych, ciasnych uliczek, pełnych grozy – rodem z dobrego horroru panoszy się tajemniczy morderca, który w okrutny sposób zabija kobiety.

Czy fakt, że Estar wkracza do akcji, razem z całym arsenałem nowinek, na jakie stać XIX-wieczną kryminalistykę oznacza, ze chwile tryumfu mordercy są już policzone? Zerknijcie i zobaczcie.
A niech Was zachęci fakt, że to nie są z pozoru wybryki szaleńca kierującego się tylko rządzą krwi, to wymyślna intryga polityczna, która sięga najwyżej postawionych osób w państwie… gratka dla wielbicieli powieści z teorią spiskową w tle…

Rzadko się zdarza – stosunkowo rzadko, że książka jest tak dobra jak napisał to wydawca na tylnej okładce, zwykle te opisy dzielę na dwa i odejmuję połowę… tym razem nie musiałam tak czynić książka jest po prostu świetna, trzyma w napięciu, wywołuje emocje, dreszczyki, a na koniec w aneksie sięgniemy za kulisy pracy Estara… mamy darmowy dostęp do jego kajeciku z notatkami.

Polecam gorąco i czekam na kolejne tak dobre kryminały.