Strony

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

o romansach w ramach 30 dni

Dzień 23 - Ulubiony romans




Nie wierzę w miłość. Jestem zgorzkniałą i zadeklarowaną starą panna. Nie piszę tego aby ktoś się nade mną litował. Po prostu tak jest. Tak będzie. Tak ma być. Tacy egoiści jak ja lubią takie życie. Ale żeby było ciekawiej takie kaśki jak ja uwielbiają romanse.


wiecie już że Uwielbiam "Przeminęło z wiatrem", że kocham "Rozważną i romantyczną", że płaczę na "Panie Wołodyjowskim", że wzrusza mnie los Waltera w "Malowanym welonie".


Żyję romansami. Co jakiś czas muszę zrelaksować się, zresetować, niektórzy zapijają się w trupa, ja mam za mocną głowę na takie ekscesy, w związku z tym po prostu wybieram lekturę w której wiem, że będzie pięknie. Albo przynajmniej motylkowo. Bo przecież w tych wspomnianych książkach nie zawsze bywa pięknie. Lubię również "Wojnę i pokój" a to książka o pięknej miłości, ale również o niewyobrażalnej głupocie, naiwnej baby, która jak ćma do ognia...
Zresztą panna O`Hara mimo swego sprytu nie jest mądrzejsza....




O romansach mogę Wam prawić godzinami. Dla mnie istnieją na kartach książki i na ekranie :)




a jutro recenzyja i stos

niedziela, 29 kwietnia 2012

maj dokoła - maj(no prawie)

Wszyscy mają majowe zdjęcia - mam i ja.
Oto moje plany majówkowe. te ksiażki chciałabym przez weekend przeczytać.
Bo piwo już wypiłam. Bowiem dobre, zimne piwo w upał nie jest złe.


Chyba niestety skończy się wylegiwanie w słoncu gdyż przesadziłam i pieką mnie ramiona, kolana i twarz. Zaczytałam się w "Starciu królów".

Dać babie G. a nie za dużo słonka...


Nie wiem jak ja będę spała.


Ale szkoda mi siedzieć w domu. Chociaż w cieniu się zadekuję :)

"Wielka Czwórka" - Agata Christie

Porażenie prądem, otrucie kwasem pruskim, śmiertelny wypadek samochodowy, poderżnięcie gardła – oto metody, jakimi posługuje się równie bezwzględna, co tajemnicza organizacja. Czwórka bezwzględnych przestępców zamierza przejąć władzę nad światem. Na drodze do osiągnięcia celu stoi im jeden człowiek - nieustraszony Hercules Poirot. Mnożą się tajemnicze zdarzenia, niebezpieczeństwo wciąż rośnie. Wreszcie mały Belg znajduje się o włos od śmierci. Ale od czegóż każdy słynny detektyw ma brata bliźniaka?
Czy mi się kiedyś ta Christie znudzi? Oby nie! 

A jak przeczytam już wszystko co napisała, będę taka stara i z taką sklerozą że będę mogła zacząć od nowa :) 

Zaletą kryminałów Christie jest to że są do przeczytania w jeden dzień. Gdy siedzę sobie w bardzo specyficznym miejscu w pracy i gdy petentów nie ma mogę czytać do woli. Później wracam do domu – kończę i włala. 

 Tym razem wzięłam się za „Wielką Czwórkę”. Książkę która pokazuje nam z jednej strony obsesję Poirota a z drugiej jego geniusz, umiejętność kojarzenia i strategiczne myślenie. Gdy na światło dzienne zaczynają wychodzić informacje o tajemniczej, ale bardzo złowrogiej grupie nazywanej „Wielką Czwórką” Herkules stawia sobie za punkt honoru zdemaskowanie członków i udaremnienie im próby zawładnięcia światem. Przez dłuższy okres czasu będziemy mogi obserwować miotającego się detektywa, który chyba wziął rozbrat z rzeczywistością, gdyż zdaje się czeka go pierwsza porażka. 


 Kim są członkowie Wielkiej Czwórki, czy Poirot zaliczy pierwszą porażkę? Czy może stanie się coś jeszcze gorszego? 

 Książka jest dosyć specyficzna, składa się z kilku pozornie niezwiązanych ze sobą epizodów, spraw, śledztwa, które okazuje się mają jeden punkt styczny. Jestem przekonana, że ta książka przypadnie Wam do gustu, nie jest to klasyczny kryminał, taki że kogoś na początku zabito i cała ksiażka skupia się na odnalezieniu sprawcy. 

Ta książka jest bardziej sensacyjna, mamy organizację przestępczą, wybitnie inteligentnych sprawców, i tylko jednego genialnego detektywa. A czyta się świetnie… Dobrze, że mam jeszcze zapas Christie do czytania. I jedną książkę zamówion : )

sobota, 28 kwietnia 2012

30 dni z książkami. Znowu :P

Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza




Chyba! o zgrozo nie mam takiej. 
Nie kupuję książek z jakiejś konkretnej serii. Wszystkim rządzi przypadek. :P




Chociaż ostatnio! przepraszam za błąd nałogowo nabywam Klasykę Kryminału. Czyli konkretnie książki Agaty Christie :) 

Majowe tiramisu

Na początek majowego giga-weekendu(który  najprawdopodobniej wyjąwszy dni ustawowo wolne od pracy, spędzę zarabiając na książki, gdyż ciułam urlop na wesele brata).


Ale nie trzeba przecież leżeć plackiem w domu 9 dni, żeby móc się rozkoszować piękną pogodą i zalegać z dobrym ciachem, książką i czymś smacznym do picia.



Chcę Wam dziś zaproponować ciasto wyjątkowo mało fotogeniczne, ale za to przepyszne. Tiramisu, ciężko ładnie upozować. tylko że nie jemy oczami a gwarantuję, że kubki smakowe będą usatysfakcjonowane.


Przepis pochodzi z opakowania serka mascarpone nabytego w Biedronce. Wiem z zaufanych źródeł, że wiele osób testowało ten przepis i nie szczędzą słów zachwytu :)


Składniki:6 żółtek
6 czubatych łyżek cukru
500g serka mascarpone
4 łyżki amaretto(lub innego alkoholu)
200 g podłużnych biszkoptów
1,5 szklanki mocnej kawy, świeżo zaparzonej i wystudzonej
2 łyżki gorzkiego naturalnego kakao

Sposób przygotowaniażółtka utrzeć mikserem z cukrem pudrem na gładką masę
Dodawać stopniowo serek i ubijać do zgęstnienia masy.
Kawę połączyć z amaretto i wlać do miski. Połowę biszkoptów nasączyć w kawie i wyłożyć dno formy.
Następnie smarujemy biszkopty połową masy i posypujemy kakao.  Na to kładziemy drugą porcję biszkoptów. Również nasączonych. posypujemy kakao i wykładamy masę.
Na minimum dwie godziny do lodówki.
Posypać kakao przez podaniem
Smacznego :)

piątek, 27 kwietnia 2012

30 dni cd

Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś




I znowu nie mam takiej. Nie wstydzę się przeczytanych książek. Zwłaszcza tych, które sprawiają mi przyjemność. Był okres gdy chciałam za wszelką cenę stać się wytworną intelektualistką, piękną, mądrą i oczytaną. Teraz wiem, że jak urodziłam się głupia, tak umrę niewiele mądrzejsza, może jeszcze nawet głupszą umrę, bo życie zabija tą pierwotną mądrość, którą człowiek dysponuje na starcie.


Nie jestem i nie będę oczytana, a mam tak mało czasu i tak mało dbam o opinię ogółu, zwłaszcza jeśli dotyczy ona lektur których wybiera, że nie mam zamiaru wstydzić się, czy żałować, że oto przeczytałam książkę, która nie jest "ę" i "ą"




Winna jestem Wam przeprosiny za moją blogową absencję, (lub muszę wyjaśnić dlaczego mieliście chwilę spokoju) otóż, od środy byłam wyjęta z realnego życia. Teraz powoli będę wracać.




Bójcie się. Już jedna recenzja, czeka w kolejce :P (oczywiście Christie) :P

wtorek, 24 kwietnia 2012

"Jack London. Żeglarz na koniu" - Irving Stone


Opowieść o burzliwym życiu Jacka Londona, pisarza-włóczęgi, awanturnika, trampa, marynarza, kłusownika i poszukiwacza złota. Na dwa miesiące przed czterdziestymi pierwszymi urodzinami, będąc jednym z najbardziej uwielbianych twórców swego czasu, autorem "Białego kła", "Zewu krwi", "Wilka morskiego" czy "Martina Edena", zażył precyzyjnie wymierzoną śmiertelną dawkę trucizny. Ale przygód, które stały się jego udziałem, alkoholu, który wypił w dobrym i złym towarzystwie, pieniędzy, które zarobił i roztrwonił starczyłoby na kilka innych żywotów.



Znany pisarz. Z jego twórczością zetknął się prawie każdy, chociażby za sprawą lektur szkolnych. Człowiek, które miał życie niesamowicie barwne, pełne przygód – ideał młodych chłopców z mojego pokolenia i ciut starszych – bo czy obecna młodzież ma jakieś marzenia?

A przecież tak mało brakowało, aby Jack London wcale nie pojawił się na świecie. Ten skandal u zarania jego życia skutkował tym, że nie dane było mu poznać biologicznego ojca. W owych czasach był to skandal wielki, matka próbująca popełnić samobójstwo i jednocześnie chcąca zgładzić swoje dziecko. Samobójstwo spowodowane odrzuceniem – romantyczna głupota, ale w pewien sposób świetnie wpisuje się w biografię pisarza.

Dziś byłby słynny z oryginalnego sposobu życia. Wiele zawodów, ale dusza błękitnego ptaszka, nie lubił pracy fizycznej i chociaż życie zmusiło go aby na wiele sposobów pracował fizycznie kiedy mógł uciekła od pracy mięśniami. Kochał pisać i żeglować. Bezmiar wód, bezmiar wyobraźni, w pierwszym przypadku realizował się żeglując, w drugim pisząc.

Nie można powiedzieć, że prowadził życie szalenie moralne, godne naśladowania, ale na pewno było ciekawe, być może nie zrealizował swoich wszystkich planów, marzeń, aspiracji. Niepowodzeń było wiele, ale umiał cieszyć się życiem, umiał z niego korzystać.

A więcej się dowiecie się z książki. Z okładki patrzy na nas przystojny – moim zdaniem- mężczyzna w kwiecie wieku, włosy ma mokre od morskiego powietrza, zmierzwione wiatrem. Łączy pisanie z żeglarstwem. Robi to co kocha i to widać, w jego oczach, miękkości rysów twarzy. Zachęca nas do poznania jego historii.

I ja także zachęcam. Książkę czyta się wprost fenomenalnie, to wciągająca pasjonująca opowieść, którą po prostu się połyka w jeden dzień. Czytając z niesłabnącym zainteresowaniem.
Oby więcej takich książek!

30 dni z książkami XIX


Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych


Nie wiem. To zależy, pewnie od czego w czym ta ciasnota się przejawia. Bo nie utrzymuję kontaktu z osobami ciasnymi na całej linii.

"Pięć małych świnek" - Agata Christie


Herkules Poirot przyjmuje zlecenie rekonstrukcji wydarzeń sprzed szesnastu lat. Na prośbę fascynującej Karli Lemarchant ma ponownie zbadać okoliczności śmierci jej ojca, słynnego malarza Amyasa Crale,a, otrutego cykutą. Przed laty sprawa wydawała się zupełnie oczywista, a wszelkie dowody wskazywały na pozór bezsprzecznie, że morderstwa dopuściła się żona Crale,a, Karolina, zazdrosna o jego młodziutką kochankę. Ale profesjonalizm Poirota opiera się przecież na zasadzie, że nie ma niezbitych dowodów...





Jak widzicie realizuję wciąż ambitny plan zapoznania się z zagadkami rozwiązanymi przez Herkulesa Poirot i jego szare komórki. Aby mieć przerywnik w „Pieśni lodu i ognia” wybrałam małe świnki. Pięć ich było. Ajaja nie spodziewałam się, ze tak wciągnie, tak zaintryguje. Że będę czytać z otwartymi ustami. A Tata proszący mnie o zrobienie czegoś 20 str. Przed końcem wprawi mnie w stan tak wielkiej irytacji. Bo przecież muszę wiedzieć kto zabił!!




Sprawa jest z gatunku tych nie do rozwiązania. A właściwie, jest rozwiązana wszystko jest jasne. Od szesnastu lat. Sprawca nie żyje, po ofierze nie pozostał pyłek na pyłku. Kto i dlaczego angażuje Herkulesa w sprawę, która marnotrawi – z pozoru- jego talenta.
Otóż troszkę Wam zdradzę. Ale nie liczcie na rozwiązanie!!
Do słynnego detektywa przychodzi córka skazanej – szesnaście lat temu – kobiety, która zamordowała swojego męża. Kobieta nie została skazana na śmierć – chociaż prawo dopuszczało taką możliwość- ale zastosowano prawo łaski. Jej wina była niemalże bezdyskusyjna. Mąż był dziwkarz do potęgi entej. Malarz, artysta, który nie grzeszył wierności. Chociaż podobno kochał swoją żonę. Karolina – żona podobno utrzymywała, że popełnił samobójstwo. A jej córka wierzy, że matka jest niewinna bo przed śmiercią napisała do córki list. Czy możliwe jest odkrycie prawdy po tylu latach? A może wszystko jest jasne i Poirot traci czas? Sprawdźcie sami!! Nie pożałujecie : )



Książkę – jak większość Christie – czyta się błyskawicznie, z wypiekami na twarzy i burzą mózgu. Irracjonalnie staramy się ubiec detektywa w rozwiązaniu tej zagadki. Analizujemy fakty, składamy do kupy, szukamy motywu, sprawdzamy alibi, odtwarzamy przebieg zdarzeń. Jednym zdaniem – dajemy się Autorce złapać w pułapkę. Zaczynamy grać. I ta gra tym razem okazała się tak fascynująca, emocjonująca, że od książki nie sposób się oderwać. Wszystko co zmusza nas do odłożenia chociażby na pięć minut tej wciągającej historii jest złem koniecznym. I wrogiem!!



Dlatego ostrzegam. Książka nie jest obszerna. Wystarczy na jeden dzień czytania. Ale wciąga diabelnie!!




ps. tak eksperymentuję z ustawieniem daty publikacji posta. Post się publikuje a mnie nie ma przy kompiku tylko pewnie odkładam długopis po podpisaniu listy obecności. W pracy :P

Zaginam czasoprzestrzeń :D

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

30 dni z książkami po raz osiemnasty


Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat


w sumie pewnie sporo tych ksiażek było. Mogłabym połowę podręczników wymienić.
Książki historyczne. Np. "Norymberga. Ostatnia bitwa" jest to książka autora bardzo kontrowersyjnego, ale otworzyła mi oczy na wiele spraw związanych z II Wojną Światową. Zmusiła do szukania, doczytywania. Nauczyła, że nie można poprzestać, na historii pisanej przez zwycięzców, że dopiero konfrontacja wielu źródeł może nam w pewien sposób - li i jedynie - naświetlić sytuację. A wnioski musimy wyciągnąć sami. I chociaż autor - jak wspomniałam - jest bardzo kontrowersyjny, nie ma bodajże wstępu do Polski, jest ścigany za kłamstwo oświecimskie(przestępstwo z ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu) to jednak pozwolił mi spojrzeć na proces w Norymberdze z innej strony.


Otwierają mi oczy książki Szymona Holowni. Wszystkie.

Jodi Picoult zmusza mnie do myślenia, analizowania i roztrząsania. I również modyfikacji mych poglądów.

niedziela, 22 kwietnia 2012

XVII 30 dni z książkami i prywaty nieco :)


Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle

Chyba każda ekranizacja niesie ze sobą jakieś rozczarowanie. Do dziś czuję gorycz zawodu, gdy tak oczekiwałam filmowej wersji Walentynek w ekranizacji "Komnaty Tajemnic" i czekałam jak na Godota. Ten tradycyjnie się nie zjawił....


Każdą ekranizację, którą wymieniłam wczoraj mogłabym wpisać i tutaj. Bo w "Przeminęło z wiatrem" było za mało Ellen, a Melania była piękna, ale jej charakter zubożono. "Anię z Zielonego Wzgórza" haniebnie zmieniono. Haniebnie i niepotrzebnie. "Rozważna i romantyczna", aktorzy są świetni, ale nie da się zaprzeczyć, że za starzy. Nawet do ekranizacji "Władcy Pierścieni" można sie przyczepić, a może zwłaszcza do tej ekranizacji.


Mola książkowego się nie zadowoli. Jest stałym klientem, bo większość z Nas pójdzie zobaczyć ekranizację ukochanej książki, ale jest pewne, ze znajdzie wiele, wiele niedociągnięć i krytyka będzie tematem niewyczerpanym.



A tak przy okazji chciałabym się podzielić ogromną radością z powodu wygranego przez Real mój ukochany meczu. Wybrałam idealną lekturę na wczorajszy dzień. Czytałam "Starcie królów" i "Anatomię zwycięzcy". :P

Wiem, że to jeszcze niczego nie przesądza, ale raduje mnie bardzo. Szkoda, że nie było powtórki z Pasillo. Czyli szpaleru, jakim uhonorowała Barcelona, przybywając na Bernabeu mistrza(bo Real był już mistrzem Hiszpanii, mimo że do końca Ligii brakowało kilka rozgrywek. Ale przewaga punktów była taka, że nikt nie mógł zagrozić Królewskim). szpaler - pasillo był przepięknym wydarzeniem, do dziś suszę zęby na samo wspomnienie. Chociaż wtedy Barcelona nie pokazała honoru, oj nie... głośno było wtedy o barcelońskiej hańbie, o braku honoru piłkarzy, którzy nie mieli tyle odwagi, aby wypić piwo, którego sami nawarzyli... a później mi się ludzie dziwią, że wygłaszam twierdzenia, które wygłaszam...

Ale wygrane Gran Derby tylko nas zbliża do tytułu, nie jest równoznaczne z fiestą na Cibeles. To tylko kolejny krok... oby cel nie uciekł :)


Poupajam się wspomnieniem owego pasillo historico.... powspominam młodość, stare dobre czasy, oby wracały


Nadal zdechalm, ale umiera mi się już przyjemniej. Male świnki mi w tym towarzyszą :P

sobota, 21 kwietnia 2012

30 dni z książkami XVI

Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano


Tu musi być kilka pozycji.
Uwielbiam "Przeminęło z wiatrem" i to była chyba moja I ekranizacja która widziałam. Miałam ze trzy latka. Natural
nie książki nie znałam. Ale pamiętam ucieczkę z Atlanty, ciszę i ciemność Tary i smutek jaki towarzyszył mi śmierci Bonnie.


Druga książka którą lubię i uwielbiam ekranizację to "Rozważna i romantyczna" wiem, że ta książka przegrywa z "Dumą", film też zresztą. Ja będę do końca swoich dni darzyć ogromnym sentymentem tą ekranizację i cudownego Brandona <3

"Ania z Zielonego Wzgórza". Jedynie pierwsza filmowa część może poszczycić się wiernością w stosunku do książkowego oryginału. I chociaż dwie kolejne części są tak wolną Amerykanką, że to aż boli, mi to aż tak nie
przeszkadza. Jasne, że chciałabym zobaczyć wierną ekranizację, dzieci Gilberta i Ani, ale chociaż tutaj mogę sobie popłakać. Porządnie. I kojarzy mi się to z maturą :P





Zresztą jako maniak ekranizacji i filmów kostiumowych mogłabym wymieniać długo :)

"Gra o tron" - George R. R. Martin


W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy oraz starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, ale tyranowi udało się zbiec, śmierć dosięgła go z ręki gwardzisty. Niestety, obalony władca pozostawił potomstwo, równie nieobliczalne jak on sam... Opuszczony tron objął Robert najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.




Coraz mniej lubię ludzi – dochodzę do takiego wniosku. Chociaż nie do końca… lubię ludzi ale coraz częściej dochodzę do wniosku, że nie mam o czym z nimi rozmawiać. Gdy nie czytają książek zwykle tematy do rozmowy kończą się błyskawicznie. A jakoś szkoda mi czasu na rozmowy o bzdurkach. Trochę się boję, że to snobizm i ze zaczynam przypominać Ojca Borejko, którego za ten snobizm właśnie nie lubię. Ale staram się wyrzut sumienia uśpić.
Pewnego dnia w pracy od słowa do słowa zeszło na seriale i książki – jakoś tak… i oto usłyszałam o ogromnych zaletach książki, którą mam od roku na półce, ale jeszcze nie miałam okazji się za nią zabrać. A przecież, podobno „Gra o tron” jest świetna!! Nie mówiąc już o serialu. Zrobiło mi się troszkę głupio i postanowiłam nadrobić. Minął tydzień a chwyciłam za książkę. W dniach bezrobocia, lub studiów zajęłaby mi ona góra dwa dni. Ale niestety, lub stety delektowałam się nią dłużej. A jest czym!!



Nadchodzi zima! Dla nas, zima się właśnie skończyła, więc jest to abstrakcją. Jednak takie słowa „Nadchodzi zima” są dewizą Starków – rodu mającego siedzibę na północy, dalej jest tylko Mur oddzielający Dziekie Plemiona od cywilizowanej części krainy Westeros. Kraina ta w pewnym sensie przypomina średniowieczną Europę. Nie kształtem, nie warunkami geograficznymi czy meteorologicznymi, ale politycznymi. Mimo iż królem jest Robert niemalże wszyscy dookoła knują jak zdobyć władzę dla siebie, przynależność rodowa ma tutaj kluczowe znaczenie.



Poznajemy kulisy i główną arenę walki o tron. Ci którym na władzy nie zależy są jedynymi aby włożyć koroną i zasiąść na żelaznym tronie, ot tragizm życia. Gdy ruszy machina wojny o tron każdy będzie musiał opowiedzieć się po którejś stronie. Neutralność nie będzie możliwa.



A zaczyna się z pozoru tak spokojnie. Ned Stark, przyjaciel króla, jego niedoszły szwagier, jest proszony przez króla o przyjęcie awansu na królewskiego Namiestnika. Ani Ned, ani jego żona nie chcą tego zaszczytu. Ale królowi się nie odmawia. Aby dodatkowo związać ze sobą dwa rody, król proponuje małżeństwo między jego następcą a najstarszą córką Neda. Wydaje się że ród Starków czeka tylko splendor i chwała… czy tak będzie rzeczywiście? Jaką rolę w tej książce ma do odegrania żona króla i jej rodzina? Wreszcie co z młodą, słodką dziewczyną sprzedaną za żonę dzikiemu władcy Dothraków? Czy transakcja się uda i jej brat jako zapłatę otrzyma tron?
Niewiadomo… na pewno nie po pierwszym tomie. Wszak czeka nas jeszcze sześć części przygód : )



O tak jest czym się delektować. Książkę się chłonie. Niemal fizycznie wchodzi się w ten świat, czuje chłodny powiew wiatru, słyszy szum morza, lub szum łanów traw. Lubię książki które porywają, przenoszą do innego świata. Owszem w tym wypadku groźnego, bezlitosnego, gdzie honor i prawość zdają się być li i jedynie wadą. Autor rzuca nas w sam środek intryg, kopania dołków, knucia spisków. Poczujemy zapach krwi, śmierć będzie nas muskała swoją szatą.
Aby być całkowicie szczerą powiem że był moment gdy moja lektura stanęła w miejscu, ale gdy się przemogłam poleciała piorunem. Jest to bowiem książka napisana z punktu widzenia kilku bohaterów, nie wszystkich lubiłam jednakowo, więc niektórych opowieści mnie nudziły. Do końca nie mogłam zapałać sympatią do pewnego karła, ale już opowieści z Muru w pewnym momencie mnie wciągnęły.



Odnoszę wrażenie, że jestem ostatnią osobą która wyrusza w magiczny świat Martina.



piątek, 20 kwietnia 2012

powrót do 30 dni z ksiażkami - 15


Dziś przyszła kolej na ulubioną ksiażkę o obcych kulturach. Zależy co rozumieć pod pojęciem obcej kultury. Ja kocham wszystko co dotyczy Hiszpanii a zwłaszcza Camino de Santiago. Czytając książki "Nie idź tam człowieku", "Na szlaku do Compostelli" i inne o tej tematyce mam ochotę rzucić wszystko i w drogę poznawać tak starą kulturę i uczyć się radości życia...


Ostatnio zapuściłam bloga. Ale miałam ciężki tydzień i jak się okazało brała mnie grypa lub inne paskudne choróbsko bo teraz leżę i zdycham zmagając się z tym dziadostwem.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Pani Walewska


Składniki na kruche ciasto:
500 g mąki pszennej (3 szklanki minus 1 łyżka)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
pół szklanki cukru pudru
200 g masła lub margaryny
6 żółtek


Wszystkie składniki wyrobić. Powstałe ciasto zagnieść w kulę i podzielić na pół.

Składniki na bezę:
6 białek
1,5 szklanki drobnego cukru lub cukru pudru
1 łyżka mąki ziemniaczanej


Białka ubić na sztywną pianę. Następnie dodawać stopniowo (to bardzo ważne) i małymi partiami cukier. Na koniec dodać mąkę ziemniaczaną, delikatnie wymieszać.

Ponadto:
1 słoiczek dżemu z czarnej porzeczki (450 g)
120 g płatków migdałowych

Formę o wymiarach 25 x 33 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Jedną część ciasta wyłożyć na spód, rozwałkować i wyrównać. Na nim posmarować połowę dżemu z czarnej porzeczki. Następnie wyłożyć połowę masy bezowej. Na masę bezową wysypać połowę płatków migdałowych. Piec w temperaturze 175ºC przez około 40 minut. Identycznie postąpić z drugą częścią ciasta. Można obydwa placki piec razem w piekarniku (w termoobiegu) lub jeden po drugim (jeśli nie mamy dwóch takich samych form); wtedy najlepiej drugą drugą bezę przygotować bezpośrednio przed pieczeniem. Placki ostudzić.

Masa kremowa:
2 szklanki mleka (500 ml)
3 łyżki mąki pszennej
2 łyżki mąki ziemniaczanej
2 żółtka
3 łyżki cukru
16 g cukru migdałowego*
200 g masła
kilka kropel aromatu migdałowego**


Jedną szklankę mleka zagotować z cukrami. Drugą zmiksować z żółtkami i mąką (jak na budyń), dodać do gotującego się mleka, zagotować. Ostudzić, przykrywając folią spożywczą.

Miękkie masło utrzeć na puch (można mikserem), stopniowo dodawać ostudzony budyń, cały czas ucierając (miksując). Dodać aromat migdałowy i zmiksować.

Gotowe, ostudzone placki przełożyć masą kremową. Schłodzić przez minimum 3 godziny w lodówce.

Smacznego :)

* można kupić w sklepach, w takich opakowaniach jak cukier wanilinowy (lub zastąpić cukrem wanilinowym lub pominąć i dodać tylko aromat migdałowy)

** można dodać również z 2 łyżki Amaretto, jeśli akurat macie w domu


robiłam przepis z powyższego przepisu przekopiowanego z mojewypieki.blox



Prywatnie zjadłam dwa kawałki ciasta. Resztę pozarła moja rodzina i zawiozłam do pracy gdzie owszem spotkało się z dużym entuzjazmem.

Osobiście mnie nie zachwyciło i powiedziałabym, po raz pierwszy w życiu chyba- że jest za słodkie. I wymaga sporo roboty i brudzenia naczyń, zbyt wielkiej ilosci w stosunku do pracy.

prędko kolejny raz nie zrobię...

środa, 18 kwietnia 2012

majówka z kryminałem :P



Zadzwoniono do mnie dziś do pracy z wiadomością że mam przesyłkę, z tej i z tej miejscowości.

Nie powiem - zdziwiłam się. Nic mi to nie mówiło. Po 6 godzinach intensywnej pracy o majowce zapomniałam. Moja majówka jest bowiem gotowa. czeka aż pojadę do Lublina i wyślę. Ale może jeszcze jutro mi się uda....

Ale nie o tym.

Przybyłam do domu zmęczona i zła jak osa. A tu cudo od Sabinki.
Ludzie ja z mikołajków się tak nie cieszyłam. Widzieliście takie cuda?
Ja nie!!

Ach!! po prostu oczy mi z orbit wyszły, i serce zabiło radośnie.

Sabinko ja nie mam jak nawet Ci podziękować!!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

30 dni z książkami XIV


Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej


Według mnie Władca Pierścieni. Kocham tą książkę i chciałabym żeby każdy miał okazję sięgnąć po tą ksiażkę. Z drugiej strony podobno lektury są żeby ich nie lubić. A ja Tolkienowi źle nie życzę :P

niedziela, 15 kwietnia 2012

30 dni z książkami pechowa? trzynastka?


Dzień trzynasty. Czyli ukochana książka z dzieciństwa....


Tak dziś snuję się po domu, bo ciśnienie niskie i zanurzona w "Grę o tron" staram się rozstrzygnąć plebiscyt na ukochaną książkę z lat szczenięcych.

Niestety nie wychowano mnie na Tolkienie, ani na Bazylowie. Jako dziecko byłam jeszcze w miarę normalna(i nie mogę dojść, kiedy zaczął się proces dziwaczenia, który osiągnął dzisiejszą - prawdopodobnie już szkodliwą dla społeczeństwa fazę). Owszem nie lubiłam lalek Barbie i zamiast tego wolałam książki.
Nie lubiłam się stroić, chociaż to podobno normalne u dziewczynek. Wolałam łazić po drzewach, grac z bratem w piłkę. A dodatkowo wszędzie nosiłam ze sobą coś do czytania. To wszystko zostało. Po drzewach nie mogę chodzić, gdyż dbam o przyrodę a ma słuszna waga, mogłaby się zabójczą dla konarów okazać.

I tak wspominam i wspominam i zastanawiam sie co czytałam jako dziecko. Oczywiście historyjki o zwierzątkach, ładnie ilustrowane, kolorowe. Ale zawsze byłam zwolennikiem dłuższej fabuły, więc szybko moje serce zdobyły książki: "Dzieci z Bullerbyn", "Tajemniczy ogród", "Mała księżniczka". Do dziś lubię wracać do tych historii.


Ale chyba hitem dzieciństwa była seria o Mikołajku. i do dziś jest. To wciąż książki które mnie bawią do łez. Mimo krótkiej formy są świetną rozrywką. Mam komplet na swojej półce i jestem z tego dumna :). Zresztą wszystkie książki o których wspomniałam w tym poście mam w domu, bo książek nie umiem się wyzbyć. I chociaż mało prawdopodobne, że będę miała dzieci i one odziedziczą to domowe Ossolineum, to jednak mam te książki-przyjaciół w pobliżu, czasami biorę do ręki, głaskam i wspominam beztroskie lata. A książki dożywają swych dni u mnie w pokoju - jak ciotki rezydentki.

sobota, 14 kwietnia 2012

Kwiecień plecień...


...to przeplata, część to recenzyjna, a większość - prywata :)


Takim zgrabnym rymem chciałabym Wam przedstawić Stos kwietniowy.

W większości to moje zakupy. recenzyjna jest tylko "Złocista Dolina" recenzowana niedawno i "Starcie królów" któe czeka aż "Grę o tron" przeczytam.

reszta to efekt zakupów. Pierwszej wypłaty itp. Mało? Wiem... ale jadę do Lublina za tydzień :D i resztkę wypłaty na ten szczytny cel zostawiłam :)

30 dni z książkami XII


Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas.


Pisałam o tej Książce we wrześniu ubiegłego roku. Chodzi o "Kata z Listy Schindllera" Jest to opowieść o Amonie Goth-cie. komendancie obozu w Krakowie-Płaszowie, który zabił wiele tysięcy ludzi w czasie II wojny. W większości Żydów. Książka to nie tylko zapis "dokonań" zbrodniarza. Autor sięga do początków życia Amona i daje nam naprawdę wielką zagadkę. W którym momencie ten człowiek zaprzedał duszę złu.

Czytając książkę, mając przed oczami panoramę obozu, na pewno nie czułam się zrelaksowana. Męczyłam się strasznie, to był wysiłek,, a jednocześnie nie mogłam się od tej książki oderwać. Chociaż przeżywałam ją strasznie. I długo o niej myślałam. Do dziś nie mogę myśleć bez silnych emocji. Przerwę w czytaniu wymusiła Mama. I jestem Jej za to ogromnie wdzięczna.

Tej ksiażki nie można "połknąć" trzeba ją czytać z szacunkiem. I przeżywać.

piątek, 13 kwietnia 2012

30 dni z książkami już XI


Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem

U mnie czytanie jest chorobą wrodzoną, genetyczną i wszystko wskazuje że nieuleczalna.

Jak definiuje wikipedia
Choroba przewlekła – choroba charakteryzująca się długim czasem trwania i wolnym postępem zmian chorobowych.

Zgadza się.


Choroby genetyczne (gr. genetes = rodzic, zrodzony) – grupa chorób wywołana mutacjami w obrębie genu lub genów, mających znaczenie dla prawidłowej budowy i czynności organizmu.


tu też nie mogę polemizować :)
A że mam to od urodzenia to wrodzona

Mnie nic nie musiało zarazić. Być może naukowcy nie znaleźli jeszcze genu, którego mutacja odpowiada za bibliofilię, to jeszcze nic straconego. Medycyna a zwłaszcza genetyka się rozwija błyskawicznie, czekam cierpliwie. Bo cieszyłabym się gdyby był za to gen dominujący... chociaż, jeśli odpowiadałby za to gen recesywny znaczyłoby to, że mam dwa takie geny... i wystarczyłoby znaleźć chłopa z takimż samym zestawem i mogłabym zniszczyć mój testament. O książki byłabym spokojna :) I przemysł wydawniczy kwitłby wciąż dalej. A my bylibyśmy mieszkańcami biblioteki :)

Piękna wizja...


Odeszłam troszkę od tematu, ale to u mnie normalne.


A Wy mole... zróbcie przerwę od czytania, idźcie się dotlenić, jako i ja czynię. Wrócę ze spaceru i pogrążę się weekendowo w lekturze, ale po tygodniu pracy należy odpocząć, na powietrzu. Bo oczy się zbuntują i pójdą w świat!

czwartek, 12 kwietnia 2012

"Tajemnicza historia w Styles" - Agata Christie


Ranny podczas pierwszej wojny światowej Kapitan Hastings przebywa rekonwalescencję w Styles - posiadłości rodziny Cavendishów. Gdy pani domu zostaje zamordowana przez nieustalonego sprawcę, z pomocą w wyjaśnieniu zagadki przychodzi jeden z belgijskich uchodźców mieszkających w ufundowanym przez nią ośrodku. Nazywa się Herkules Poirot.





Po kilku kryminałach Christie i tych z Herkulesem poi rot przyszła pora na I książkę z udziałem słynnego detektywa . Długo miałam ebooka, ale ja i ebooki się nie lubimy. Później ciągle zapominałam tytuł tej książki i nie mogłam nabyć. Więc jak w księgarni zobaczyłam, aż zapiszczałam z radości.
Myślałam, że dowiem się jak to było na początku, skąd Herkules się wziął(że z miłości w kątowni to wiem :P ). To spotkał mnie zawód, nie-zawód. Nie ma opisanych początków kariery Poirota. Nie dowiemy się jak rozwijał swą dedukcję, jak uczył się na błędach. Tak sobie myślę, że może to i lepiej. Na takim pójściu do źródeł, łatwo polec można. A tak pojawia się, nie znikąd, jest uchodźcą z Belgii gdzie przed wojną był świetnym policjantem, rozwiązującym najtrudniejsze sprawy. Wichry historii rzuciły go na spokojne łąki Anglii, ale z pozoru tylko spokojne.




Angielską wieś poznajemy oczywiście nie oczami Herkulesa, a jego pomagiera przy rozwikłaniu zagadki. Mamy urokliwą miejscowość – Styles, gdzie w dworze mieszka pewna wdowa, która onegdaj powtórnie wyszła za mąż, nie jest to babka do rany przyłóż, ale miała klasę i dzieci z I małżeństwa męża nieboszczyka wychowywała jak własne. I one traktowały ją jak matkę. No w skrócie – nie była naprawdę najgorsza. A tu pewnej nocy dostaje dziwnego ataku. Wiele osób chce uznać, ze to naturalna kolej rzeczy, że umarła śmiercią naturalną. Niestety są osoby, które uważają, ze została zatruta strychniną. Kto? Jak? Kiedy? Dlaczego? To wydaje się nie do rozwiązania.



Wtedy do akcji wkracza Herkules Poirot.



I jak to u Agaty, mąci, kręci, zwodzi, odpowiednio naświetla fakty i czytelnik gubi się jak dziecko we mgle. A zaskoczenie na końcu? Gwarantowane!



Czytałam, że ta I powieść nie przysporzyła wielu wielbicieli Herkulesowi. Owszem nie wgniata w fotel, ale czyta się bardzo dobrze i szybko : )

30 dni z książkami X

Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie


I mam zagwozdkę bo tytułu mojej pierwszej książki samodzielnie przeczytanej nie pamietam. Wiem, ze leżałam z nią w szpitalu, za oknem był śnieg i zima a ja w łóżeczku, takim dziecięcym miałam ksiażkę i sobie czytałam.
Później były ksiażki z serii o Leśnym ludku, później dostałam wybór opowiadań do I klasy(jeszcze do szkoły nie chodziłam) i czytałam o Plastusiu między innymi(nie wiem niestety gdzie jest ta ksiażka, a część poszła do Siostrzenicy która ksiażek nie szanowała). A Później były oczywiscie "Dzieci z Bullerbyn" mam podniszczony tom do dziś....


Ale przyznam się Wam szczerze, że nie lubiłam książek dla dzieci. bajki, baśnie - tak. Ale inne mało mnie interesowały...


A dziś będąc w księgarni(miałam się Wam pochwalić że w piątek chciałam kupić ksiażkę, weszłam do księgarni i wyszlam z pustymi rękoma, ale dziś niestety się złamałam) była Mama, lub babcia z chłopczykiem i ten z szacunkiem i uwielbieniem ksiażeczki wybierał.


Mole książkowe wciąż nie są na wymarciu!!!

środa, 11 kwietnia 2012

30 dni z książkami IX


DZIEŃ 9: Książka wielokrotnie czytana

Nie umieściłam dnia I a wstyd mi był. Wiec umieszczam teraz. „Władca Pierścieni” ile razy bym tej książki nie czytała odkrywam coś nowego, wzruszam się. Zachwycam. Dla mnie to ksiażka nad książkami. Tolkiena wielbię, mogłabym do sekty jakowejś się zapisać…. A Władca to po prostu Mistrzostwo świata. Howgh

"Rendez-vous ze śmiercią" - Agatha Christie



Młodzi Boyntonowie byli całkowicie zdominowani przez macochę – złą kobietę, opanowaną patologiczną żądzą władzy; za młodu była strażniczką więzienną – teraz jak w więzieniu trzyma swoją rodzinę, odmawiając pasierbom spadku po ojcu i swobody. Tyrania pani Boynton wypaczyła charaktery jej ofiar – najmłodsza córka ma początki schizofrenii. „Trzeba ją zabić” – słyszy Hercules Poirot pewnej nocy w Jerozolimie. W czasie wycieczki po Ziemi Świętej pani Boynton umiera. Czy to śmierć naturalna, czy morderstwo? Poirot ma dwadzieścia cztery godziny na rozwiązanie zagadki.





Chyba nudna się robię z tą Christie i kryminałami. Wracają jak bumerangi. Ale chwilę przerwy robię, zbrodnie, kary i śledztwa chwilowo 8 godzin dziennie mi zajmują. Pasuję na parę dni, zajmowanie się tym po godzinach :P



Tym razem w moje łapska wpadł ostatni egzemplarz Christie w mojej ulubionej taniej księgarni w Lublinie. Tytuł nic mi nie mówił. Jedyne co było ważne, że Christie i Poirot. No czego chcieć więcej. Książkę zaczęłam czytać czekając na autobus do mojej wsi, już na moich terenach. Niestety byłam tak zmęczona, że nawet dziwna rozmowa podsłuchana przez Herkulesa nie sprawiła, że zarwałam dla niej noc. A później podczytywałam przy kawie w pracy, jednym okiem patrząc na to z kim plotkuję a drugim w książkę. Dopiero święta były mi okazją do zagrzebania się w pościeli i podróży po piasku rozgrzanym w towarzystwie pewnej, wielce męczącej damy.



Rendez-vous ze śmiercią to kolejna powieść z Herkulesem Poirotem w roli głównej, kolejna tocząca się poza granicami Imperium Brytyjskiego. Tym razem wśród upału, gorących skał ma miejsce kolejna zbrodnia, która z pozoru jawi się jako oczywista. Łatwa. Banalna do wyjaśnienia. Autorka – tradycyjnie już – jednak nas zaskakuje. I chociaż mamy podane wszystkie informacje to rozgryzienie zagadki nie jest wcale prostsze niż w innych powieściach. Owszem zaskoczenie jest mniejsze niż w książkach – moim zdaniem – wbijających zaskoczeniem w fotel, tak jak „Morderstwo w Orient Expressie”, „Zabójstwo Rogera Acroyda” czy „Dziesięciu murzynków”. Tu nie będzie takiego zdziwienia, bo to „zwykłe” morderstwo, ale biorąc pod uwagę sytuację, spodziewałam się że mordercą okaże się ktoś inny. Ale to dobrze, kryminał w którym od polowy wiemy kto zabił i tylko ślimaczymy się z akcją, nie przyciąga uwagi. Tutaj nasza uwaga, myśli są skupione, autorka monopolizuje nasze myśli. I chociaż nie można powiedzieć, że wodzi za nos, ale sprytnie akcentuje fakty z pozoru istotne, a w rzeczywistości takie które do sprawy niewiele wnoszą…



Ale jak zwykle świetne chwile nad książką. Jak na razie wciąż realizuję Herkulesową misję i wiem, że to był dobry wybór. Na tych książkach nie można się zawieść!

wtorek, 10 kwietnia 2012

30 dni z książkami - 8 -


Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być.

Seria o Don Camillo. Wiem że to malo modne. Bo ksiądz i wydane przez katolickie wydawnictwo. Ale seria tych ksiażeczek jest tak cudowna, zabawna i tak świetnie poprawia humor, że przecież wyznanie jest nieważne. Liczy się naprawdę Genialna zabawa!!

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Dzień z książkami (VII)


Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć


Nie jestem(już wiem) w tym wyborze oryginalna. Wstyd przyznać, nie przeczytałam, bo nie dałam rady "Gry w klasy", chciałam, ze względu na to że autor jest hiszpańsko-języczny i słyszałam tyle dobrych opinii, wręcz zachwytów nad tą książką. A ja nie mogę przebrnąć.
Robiłam podejście przy okazji wyzwania z noblistami bodajże. I nic.... Może muszę dorosnąć do tej ksiażki?

"Biały gołąbek z Kordoby" - Dina Rubina


Zachar Kordobin to ceniony znawca malarstwa, z którego usług korzysta wiele muzeów i galerii oraz koneserzy sztuki na całym świecie. Ten profesor Uniwersytetu Jerozolimskiego, genialny fałszerz obrazów i poszukiwacz przygód, kosmopolita i uwodziciel, spryciarz, naciągacz i lekkoduch, a jednocześnie człowiek o szlachetnym sercu, wplątany w czasach studenckich w ciemne sprawki półświatka handlarzy obrazów, rezygnuje ze sławy i trwoni talent, podporządkowując swoje życie jednemu celowi - zemście na zabójcach najlepszego przyjaciela, do którego śmierci się przyczynił.

Goniąc po całym świecie za sprawcą zabójstwa, próbuje jednocześnie uciec przed wysłannikami mafii i własnymi wyrzutami sumienia. Niebezpieczna gra z potężną organizacją zainteresowaną kupnem jednego z jego falsyfikatów zmusza go do przekroczenia ustalonych przez siebie granic moralnych; postanawia więc sam wymierzyć sobie karę i zejść ze sceny z godnością.

Podążając za szybką akcją powieści czytelnik przenosi się wraz z głównym bohaterem do słonecznej Toskanii, włoskich Dolomitów, na mroczne uliczki Kordoby, zamglone place ponurego Leningradu u schyłku komunizmu i przepojoną zapachami dzieciństwa beztroską ukraińską Winnicę.




Mniej więcej rok temu wpadłam po uszy w serial „White Collar”, serial opowiada o losach wybitnego fałszerza, który dzięki swojej specjalistycznej wiedzy na temat sztuki może dokonywać przeróżnych przekrętów. Neal – bo tak się zwie ów czarujący oszust, ma niesamowity urok osobisty a kobiety lecą do niego jak ćmy do ognia. Gdy przeczytałam opis książki „Biały gołąbek z Kordoby” poczułam, że oto mam wersję papierową serialu o Nealu. Co się świetnie składa bo seriale mnie ostatnio nudzą a książek wciąż nie mam dosyć.

Oczywiście chodziło mi wyłącznie o analogię, bo wiedziałam, że nie będzie to fabuła jednego z bardziej lubianych – ostatnio- przeze mnie serialu na papier. Zresztą nie chciałabym tego. Nie spodziewałam się jednak tak dobrej książki

Pisząc o dobrej książce pragnę przypomnieć, że ostatnimi czasy staram się spijać literacką śmietankę delektując się herbatą w towarzystwie Agathy Christie. A po jej książkach większość wydaje się nędzną namiastką literatury(w dziedzinie kryminału przynajmniej) . Tymczasem „Biały gołąbek trzyma poziom i przenosi nas w cudowny świat sztuki, ciemnych interesów i tajemnic. Coś co tygryski lubią najbardziej.

Zachar Kordobin to wybitny znawca sztuki, jego rady szukają tak słynne galerie sztuki jak osoby prywatne chcące dokonać zakupu dzieł sztuki z ominięciem, że tak powiem rozgłosu towarzyszącego zwykle takiej transakcji. Mało osób wie, że opiniowanie dzieł sztuki, czy są oryginalne, czy nie to dodatkowe zajęcie Zachara, tak naprawdę jest genialnym fałszerzem, który przez swoje ciemne interesy stracił swojego przyjaciela. Niestety ciemne interesy mają to do siebie, że toczą się zwykle o tak wielką stawkę, że życie ludzkie które staje na przeszkodzie w drodze do celu, jest tylko insektem, niszczy się je bez mrugniecia okiem. Ale Zachar nie zapomniał. Przysiągł zemstę… przyszło mu długo na nią czekać, ale wiadomo zemsta najlepiej smakuje na zimno…

Książkę podzielono na trzy części, każdą czyta się bardzo dobrze i płynnie. Wciąga od pierwszej strony. Przynajmniej mnie wciągnęła. Od pierwszej strony intryguje, nie pozwala się oderwać, pobudza ciekawość.

Zwykle, w książkach długie wstawki poświecone sztuce nudzą laika, tutaj jest inaczej, wstawki nie zabijają długością, a jeszcze dodatkowo pobudzają do dalszych pytań, bo gdy się człowiek naczyta o jakimś obrazie i jeszcze opisanym tak interesująco to chce wiedzieć więcej. Naprawdę nie zdarza mi się to tak często.
Biorąc pod uwagę moją hiszpanofilię książka zyskuje dodatkowe walory i jestem pewna, że przekona się każdy zbzikowany na tym punkcie mol książkowy. To nie jest prosty, zwykły kryminał, to gatunkowy miks, którego lektura będzie rozrywką nie tylko w świątecznym, luźniejszym okresie, ale także po całym dniu pracy będziemy mogli wypocząć nad inteligentną rozrywką. Czyli czego więcej trzeba?