Strony

wtorek, 30 września 2014

no i studentom się niebo skończyło...


...co oznacza, że pożegnaliśmy wrzesień i witamy październik. Wydaje mi się, że dopiero witaliśmy wrzesień, ja robiłam podsumowanie sierpnia,a  tu bach! i mamy październik. No będziemy mieli jutro, ale  ponieważ jutro najprawdopodobniej wezmę się za odsypianie, to wolę pisać dziś...


Wrzesień był bardzo pracowity, wrzesień zapowiada się jeszcze lepiej... ale mam nadzieję, że podołam. Trzymajcie kciuki.

We wrześniu oglądnęłam kilka filmów. Było tego trochę więcej, ale nie wszystko opisałam, jeszcze(ups!!).

Zwykle mam ogromny problem z wybraniem słabych książek, tym razem, niestety wrzesień był miesiącem w którym czytałam sporo książek męczących, po prostu złych.
Oto one, te które odradzam:


Na szczęście, aby zrównoważyć marniznę tych książek czytałam również wspaniałe książki:





Miałam też fazę na powtórki... "Pan Wołodyjowski" czeka na listopad : P

W sumie przeczytałam: siedemnaście książek, bo te które męczyły zabierały strasznie dużo czasu. Jeszcze jakieś książki czekają na recenzję, ale wliczę je w przyszłym miesiącu. Porządek musi być!!


A poniżej możecie zobaczyć mój miesiąc w zdjęciach z Instagrama, po więcej fotek zapraszam na Facebooka


"Powrót do Nałęczowa" - Wiesława Bancarzewska

Annie wydaje się, że wszystko w życiu ma już zaplanowane. Wykonuje wolny zawód, który daje jej dużo satysfakcji, ma partnera, z którym tworzy bezpieczny i wygodny dla obu stron związek na odległość. Jednak nie czuje się szczęśliwa. Nie potrafi odnaleźć się we współczesnym świecie. Zawsze była mocno związana z babką, ciotkami i rodzicami. Niestety wszyscy już nie żyją. Annie pozostały jedynie stare zdjęcia, pamiątki, wspomnienia i mieszkanie, w którym kryją się duchy przeszłości. Jednak pewnego dnia Anna otrzymuje niezwykłą szansę. Trafia do rodzinnego Nałęczowa, a konkretnie do 1932 roku. Wkrótce dowie się, że podróżowanie w czasie jest ekstremalnie niebezpieczne… dla serca. Romantyczna i urzekająca opowieść o sile rodzinnych więzi, magii miłości, poszukiwaniu szczęścia i swojego miejsca na ziemi.



 O urlopie zapomniałam, ale często odzywa się we mnie tęsknota za pięknymi chwilami w Nałęczowie. Na książkę „Powrót do Nałęczowa” miałam ochotę od dawna, zainteresował mnie opis fabuły. Jednym słowem napaliłam się okrutnie. I nawet będąc w uzdrowisku, ze dwa razy mi ręka zadrżała nad tą książką. Dobrze, że wytrzymałam.  W ubiegłym tygodniu, szukając natchnienia do lektury, wzrok mój padł na chwaloną bardzo, swego czasu książkę. A że sama miałam ochotę na powrót do Nałęczowa(tylko kiedy?) to po nią sięgnęłam… zabrała mi kilka dni. Parę razy bliska byłam porzucenia tej powieści. Dlaczego? Dowiecie się za chwilę. W takim razie dlaczego wytrwałam? O tym również za chwilę.

Czterdziestoletnia Anna mieszka i pracuje w Toruniu, od jakiegoś czasu jest związana z Bartkiem, ale żyją w dosyć swobodnym związku, osobne mieszkania, spotkania w wolnych chwilach. Annie brakuje rodziny, mamy, taty, ciotek i wujków, którzy wypełniali jej świat gdy była dzieckiem. Teraz, gdy bliscy umarli, ona ma poczucie pustki, niewyobrażalnej samotności. Tęskni za Nałęczowem z którego pochodziła jej mama.  I nagle – Bach!! Przenosi się w czasie, w jej łazience znajduje się portal i oto nagle staje przed możliwością swobodnego przemieszczania się w czasie – pomiędzy współczesnością, a latami trzydziestymi. I żeby było wspanialej, może przebywać w przeszłości ile chce, a współczesność po prostu się zatrzymuje – miał pan rację, panie Albert, czas jest pojęciem względnym! Anna trafia więc do Nałęczowa i wynajmuje pokój u własnej babci, poznaje córki swojej gospodyni, które są nieświadome pokrewieństwa. Anna chce pomóc im jak może, bo bieda, lata trzydzieste, kryzys. A że przy okazji zakochuje się w niej dwóch przystojnych wczasowiczów… będzie się działo, no… ma się dziać w zamyśle autorki.  



Ja w tej książce szukałam klimatu Nałęczowa i niestety go nie znalazłam. To na samym wstępie mnie bardzo rozczarowało. Miała być podróż w czasie, normalnie odkrywanie Nałęczowa międzywojennego, a miejscowość, która jest bodźcem do napisania tej książki, mogłaby się nazywać jak tylko chcecie, byle była mała… Wiem, że ciężko opisać urok Nałęczowa, bo on jest tak charakterystyczny i ulotny, że wymaga to naprawdę geniuszu, ale w takim razie dlaczego ktoś mi obiecuje że: „Autorka sugestywnie kreśli obraz dawnego Nałęczowa – jego urokliwych willi, intrygujących mieszkańców, malowniczej okolicy.”  Po lekturze tej książce wcale nie czuję się zachęcona do wizyty w uzdrowisku. Nie jest sugestywnie, a sztucznie, wille są urokliwe? Tak, te oryginalne, te w książce są płaskie i potraktowane po macoszemu, intrygujący ludzie? Wspomnienie o Żeromskim, czy o Prusie, w kilku zdaniach, to nie obraz intrygujących ludzi. A malownicza okolica? Na komercyjnych pocztówkach – turystycznej tandecie, zobaczycie więcej… Nie wiem czy autorka była w Nałęczowie, czy go faktycznie zna, ja nie czuję tej miejscowości w książce. I tyle.



Nie czuję też za diabła klimatu tamtych czasów… nie ma języka, realiów… strasznie wkurza mnie nazywanie sióstr matki bohaterki Leśniaczkami… sama uwielbiam się zabawiać różnymi formami nazwisk i według mnie jeżeli autorka koniecznie chce nazywać je zbiorczo(od czego można dostać mdłości) poprawniejsza byłaby CHYBA forma Leśniakówny, ale są Leśniaczki(czyżby analogia do Wieśniaka? Leśniak-Wieśniak, Leśniaczka-Wieśniaczka?).
Przez większą część książki myślałam o czym jest ta książka, w jakim celu ją napisano. A po głowie mi się tłukło, o ile gorsza jest od cudownej „Godziny pąsowej róży”, która jest spójna, a nie przypomina sen wariata. Bohaterka swobodnie przechodzi sobie pomiędzy światami, aby polepszyć życie biednej babci i jej córek… według autorki są one biedne, ale jak na te regiony powodzi im się wybornie…  więc gdy tylko czegoś w domu brakuje, Anna wraca do Torunia, wymienia i kupuje pieniądze i zaopatruje rodzinę w dobra wszelakie. Tak mnie znudziły te przeskoki, że gdy pojawił się wątek romansowy, spałam już z nudów i nie umiałam wykrzesać entuzjazmu. Później akcja nieco się rozkręca, po zmianie krajobrazu na Annopol, ale powrót wątku ze swobodną wędrówką jest usypiający, nie wprowadza żadnej adrenaliny, jest naiwny i taki bajkowy, że aż bez sensu.



Właśnie…  z książki wylewa się marysuizm… Anna jest cudowna, Babcia i jej córki, to po prostu święta rodzina. Autorka robi coś co mnie wkurza, zawsze, odbiera mi możliwość samodzielnego osądu, konstruując bohaterów, albo czarnych, albo białych. Żebym przypadkiem nie pomyliła się w ocenie. W efekcie bohaterowie są papierowi, sztuczni, płascy jak naleśnik i nie wczuwamy się w ich perypetie, a wręcz mamy ochotę, żeby stało się coś złego… bo ile można żyć w takim różowym, cukierkowym pudełku z lukrem?

Wybaczcie, nie umiem polecić tej książki… były fragmenty, kiedy czytało się przyzwoicie, ale na dłuższą metę – przemęczyłam ją okrutnie. Czytałam ją strasznie długo, a jeśli weźmiemy, że to zwykłe czytadło… to czas przeznaczony na czytanie podnosi się do kwadratu. Dramat…
Mam na półce drugą część, tak myślę czy sprawdzić co dalej… czy jednak odpocząć…

poniedziałek, 29 września 2014

Anna Karenina - Anna Karenina 1997

Ekranizacja najsławniejszej powieści rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja pod takim samym tytułem. Poznajemy w niej główną bohaterkę Annę Kareninę, żonę starszego, prowadzącego spokojny i stabilny tryb życia urzędnika, który jednak emocjonalnie nie dorasta swej żonie do pięt. Dla niego najważniejsze są pozory składnego życia małżeńskiego i jak najlepsza pozycja społeczna , a zachcianki żony typu- miłość, namiętność, bezpieczeństwo i porozumienie dusz są mu obce. Jedyną pociechą w tym nudnym życiu jest dla Anny jej mały synek, z którym spędza najpiękniejsze chwile. Pewnego dnia spotyka ona na stacji kolejowej młodego oficera, któremu i ona wpada w oko. Szybko nawiązują gorący i szalenie namiętny romans. Niestety, Anna jest mężatką, a Wroński wolnym strzelcem, dlatego to ona musi wyrzec się wszystkiego- męża, dobrej opinii, wstępu na salony, a przede wszystkim- własnego syna, wychowywanego odtąd w duchu nienawiści do matki. Wydaje się że Wroński jest w stanie wynagrodzić jej tą bolesną stratę, ale i on nie pozostaje wobec Anny zupełnie szczery. Dramat Anny, kobiety zbyt wrażliwej, by móc znosić takie cierpienia znajduje swój finał na peronie kolejowym, tam, gdzie poznała swojego kochanka i obietnicę innego życia.


Kiedyś pisałam Wam kilka moich refleksji o Annie Kareninie” z 2012 roku. Film… nie zachwycił mnie… delikatnie rzecz ujmując. A jak zaczęła się moja przygoda z Tołstojem? Z dekadę temu, do jakiejś gazety dodali film „Anna Karenina” i oglądnęłam. Później nawet napaliłam się na książkę. Niestety, ani wtedy, ani kilka lat później książka nie znalazła mego uznania. Dopiero w roku 2012 dojrzałam do tej książki… A dziś oglądnęłam z nudów film od którego wszystko się zaczęło.

Fabuła filmu jest ociosaną, topornie fabułą książki. Z debilną i nie wiadomo skąd wyjętą narracją. Zacznijmy od narracji, bo oto na początku filmu facet ucieka przed wilkami, wpada do szybu i chwyta się gałęzi, pod nim jest niedźwiedź, nad nim wataha wilków, a dookoła szczury. Facet dynda na tych korzeniach i mówi, że w tych strasznych chwilach nie był sam bo towarzyszył mu lęk o Annę Kareninę… (WTF?!) . Tym facetem jest Lewin(nie Włodzimierz i nie Lenin), zawalistej budowy mężczyzna, uosabiający nasz stereotyp o rosyjskich schłopiałym szlachcicu. Lewin jest zacny, ale przypomina prostaka… takiego o!! rosyjskiego Bogumiła, jest zacny, prawy, skupiony na pracy i wierny uczuciu. Niestety uczuciem tym obdarzył: śliczną i głupiutką(ale z winy wieku, niż upośledzenia mózgu) księżniczkę Kitty, żeby nie było różowo, Kitty kocha się w hrabim Wrońskim, który chyba też odwzajemnia jej afekt, ale niedługo cieszymy się szczęściem Kitty, bo oto do Moskwy przyjeżdża, szwagierka siostry Kitty – Anna Karenina, żona wysoko postawionego urzędnika, ma za zadanie uratować związek swojego brata i siostry Kitti – o wdzięcznym imieniu Dolly. Otóż, brat Anny Stiwa, zdradził żonę. Wysiadając z pociągu Anna natyka się na Wrońskiego, młodego, przystojnego, pełnego życia, zupełne przeciwieństwo jej męża. Wroński gapi się w nią jak sroka w gnat, lekceważy Kitty i jedzie za Anną do stolicy. I tak zaczynają się dzieje upadku kobiety(a opowiadający to wszystko Lewin jedzie na wieść, katować się myślą o tym, że Kitty go nie chciała). I o ironio!! O tym, że Lewin spotkał Annę, dowiadujemy się, na końcu filmu i o ironio!!(znowu) nawet nie rozmawiali. Całą ta konstrukcja nabiera przez to rysów parodii.

Jeśli porównamy tę wersję do tej z 2012 to mamy przed sobą arcydzieło, ale tylko dlatego, że ta teatralna wersja jest tak denna, że szok.  Film, który dostajemy, jest płytki, Anna Karenina to ciężka, do zekranizowania książka, opowiada o psychologii, niejednoznacznych postaciach, to nie jest tylko historia odrzuconego wieśniaka i kobiety, która zdradza męża.
Niestety ten film właśnie o tym opowiada. Nie opowiada nawet o miłości, owszem to słowo pada, odmieniane przez różne przypadki, ale ja nie widzę, żeby Anna kochała Wrońskiego, on jest przeciwieństwem jej męża, ot tyle. Za to fajnie widać to na przykładzie hrabiego. On początkowo jej pożąda, później ona go odtrąca, co wzmaga jego chcicę… ale w końcu on się w niej zakochuje. Bean świetnie zagrał, samym sposobem patrzenia… i to był detal, który zwrócił moją uwagę tym razem… Anna pod koniec jest irytująca. Wrońskiego mam ochotę przytulić. Sean jest jednak świetnym aktorem… zagrał autentyczny ból…

Muszę się zabrać za jeszcze starszą wersję Anny.

42/52



* opis i plakat - filmweb

rzecz o... salsie z mango i brzoskwini

Ufff. Wróciłam do domu po przecudacznym pracowym maratonie. Mogę spokojnie usiąść, wypić kawę, przejrzec blogowe zaległości, odpowiedzieć na komentarze(DZIEKUJĘ!!) i napisać notkę o najnowszym wosku, ale takim, któy zawojował mnie bez reszty!!

Lubię mango... moja ukochana herbata na wagę, to kupowana na wagę w lublinie gruszka i mango. Niestety jak wiecie, rzadko mogę odwiedzić stacjonarny sklep, a gdy ten wosk powrócił na polski rynek, byłam dopiero po zamówieniu w goodies.pl Na szczęście w poprzednią sobotę, byłam w Lublinie, a tam... TAK, wosk mango peach salsa, nie wahałam się ani chwili. Nikt by się chyba nie wahał... jeśli raz poczujecie taki soczysty, słodki, ale świeży zapach - przepadniecie. Śmiało może konkurować z mango od Kringla.


No, ale wiadomo, na sucho dużo wosków powala, a po roztopieniu śmierdzi, jak afera taśmowa. Dlatego w ubiegłym tygodniu, gdy za oknem była ściana wody, a za drzwiami rozgościła się jesienna plucha postanowiłam odpalić ten wosk, w kolorze słońca... 


On wygląda po prostu pięknie, tworzy smakowitą, spójną konstrukcję... Nie mogłam się doczekać, aż go odpalę. Chociaż - cholercia - trochę bałam się, że się zawiodę... ale odrobinę, intuicja mi mówiła, że pokocham i...


...i intuicja miała rację!! Jestem zachwycona. Było ponuro i paskudnie, a ja trafiłam do enklawy egzotycznej, słonecznej, pachnącej, z plażą, morzem i ciepełkiem. 
Wosk silnie pachnie mango i brzoskwinią, podobno powinno go być czuć i imbirem i różowym pieprzem i... cytrusami i Eru wie czym jeszcze.
Dla mnie wystarczy samo mango i nawet jeszcze ta brzoskwinka. To wyczuwam, tym się zachwycam. 
Cudnie, ciepło i słonecznie.

Kupując ten wosk, będę robiła zapas słońca i ciepła na słotę!!



 Ten  i inne zapachy kupicie na goodies.pl

sobota, 27 września 2014

"1913. Rok przed burzą" - Florian Illies

Rok 1913: moment szczytowego rozkwitu, rok, w którym wszystko wydaje się możliwe...
Florian Illies po mistrzowsku rozwija przed nami panoramę roku, który trudno z czymkolwiek porównać, roku, w którym zaczyna się nasza współczesność. Literatura, muzyka i sztuka łamią wszelkie granice.
Franz Kafka pisze nieskończenie długie i piękne listy do Felicji Bauer, za sprawą których pozbawia się szans na małżeństwo, Strawiński i Schönberg są sprawcami niesłychanych skandali, w Essen powstaje prototyp pierwszego supermarketu Aldi, w Mediolanie Prada otwiera swój pierwszy oddział, Zygmunt Freud i Rainer Maria Rilke idą w Monachium na jednego, piętnastolatek nazwiskiem Bertolt Brecht zostaje redaktorem naczelnym szkolnej gazetki w Augsburgu, a Ernst Ludwig Kirchner maluje wciąż od nowa Potsdamer Platz.
W Monachium austriacki malarz kartek pocztowych nazwiskiem Adolf Hitler sprzedaje banalne miejskie widoczki.
Autor zdołał w swej książce stworzyć zapierający dech w piersiach portret wyjątkowego roku, kiedy to długi dziewiętnasty wiek zderza się z hukiem z krótkim wiekiem dwudziestym, wiekiem wojen i skrajności.
FLORIAN ILLIES, urodził się w 1971 r., studiował historię sztuki w Bonn i Oksfordzie, a w 1997 r. został felietonistą "Frankfurter Allgemeine Zeitung"; od 1999 r. do 2001 r. kierował berlińskim dodatkiem gazety "Berliner Seiten" ("Berlińskie Strony"); był szefem działu felietonów nowo założonej "Frankfurter Allgemeine Sonntagszeitung" oraz współzałożycielem i wydawcą czasopisma artystycznego "Monopol". W 2008 r. przeszedł do tygodnika "Die Zeit" na stanowisko kierownika działu felietonu i literatury. Obecnie Illies jest partnerem w berlińskim domu aukcyjnym "Villa Grisebach", gdzie odpowiada za sztukę XIX w. Jego dotąd opublikowane cztery książki sprzedały się w ponadmilionowym nakładzie.








Wojna, która wybuchła w 1914 roku, przyniosła Polsce niepodległość. Zapewne dlatego, że Polska jako kraj na mapie nie istniała, mu Polacy nie emocjonujemy się rocznicą wybuchu wojny. Gdy był 2009 rok i rocznica wybuchu II wojny, pamiętam w radio audycję wojna, wrzesień – dzień po dniu. Świadomość II wojny jest stosunkowo spora, chociaż wciąż są osoby, które daty wybuchu II wojny światowej, nie umieją umiejscowić na mapie czasu. Jeśli bywa tragicznie z II wojną to z dziesięć razy gorzej jest z I wojną. Pamiętam, gdy w III klasie gimnazjum, a byliśmy naprawdę dobrzy, nasza wychowawczyni zapytała kiedy wybuchła I wojna światowa, obskoczyła z pytaniem, w sumie prawie całą klasę… że się nie przewróciła – teraz jako nauczyciel – rozumiem to.  Nasza świadomość początku wieku jest tragiczna, nie jestem socjologiem, historykiem… nie wiem dlaczego tak jest. Mogę gdybać i pewnie z wieloma osobami przy piwie, już to czyniłam.
Tymczasem Czarna Owca, wydawnictwo kojarzące się z genialnymi kryminałami podaje nam książkę o historii, o roku 1913, o tytułowym roku przed burzą… kiedy brzmiały ostatnie tony pokoju, piękna, niczym niezmąconej elegancji, klasy. Gdy podział na warstwy społeczne był nie do przeskoczenia.
Wiem, że wiele osób po ujrzeniu tej książki w zapowiedziach, zapaliło się słomianym ogniem… bo klimatyczna okładka, świetny opis. Wiele obiecywały… jak mąż przed ślubem… będzie bajka. Przebrzmiał marsz, mamy prozę, książka w dłoń i co dalej. Bo powiem Wam, wiele się spodziewałam, ale nie takiej formy.

Nie ukrywam, że oczekiwałam powieści, zbeletryzowanej opowieści o życiu na wulkanie… Bo czy Europa nie była wtedy takimi Pompejami? Ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego co nadchodzi, czai się już za rogiem. Bawili się jak na Titanicu, gra orkiestra, a z bocianiego gniazda widać górę lodową, jeśli są lornetki.
Czytałam sporo o wojnie, a więc siłą rzeczy o dniach, miesiącach poprzedzających jej wybuch. Nie spotkałam jednak książki takiej. Cholernie trudnej, przez którą, jeżeli próbujemy czytać ja na wdechu, brnie się jak przez zaspy na Syberii. Jej nawet nie da się czytać miesiącami, bo to pędzie za duża pigułka.

Ta książka to kolaż, zbór fiszek, migawek, które zestawione ze sobą tworzą barwny obraz roku 1913. Poznamy dzięki tej książce co robił Stalin, Mann, RIelke, Franciszek Józef… szereg postaci znanych, głośnych, ale również niszowych o których coś więcej wiedzą pasjonaci.
Zapewne taka forma nie do wszystkich trafi, u mnie w domu najpierw oczarowała Mamę i gdy widziałam, jak zawzięcie się zaczytuje, to aż mnie zazdrość wzięła. Najpierw próbowałam połknąć tę książkę, ale to najgłupszy pomysł. Nią trzeba się delektować, odkrawać małe kawałeczki.


Żałuję, że ją skończyłam, ale będę mogła zacząć od nowa… jest świetna. Naprawdę polecam!!

czwartek, 25 września 2014

"Niedokończone opowieści" - Charlotte Brontë

Charlotte Brontë jest bez wątpienia autorką trzech niezwykłych książek: Jane Eyre, Shirley i Villette. Do dziś nie wyjaśniono, czy pozostałe powieści sygnowane nazwiskiem Brontë (Wichrowe Wzgórza, Agnes Grey oraz Lokatorka Wildfell Hall) wyszły spod jej pióra czy też rzeczywiście całe rodzeństwo było na równi utalentowane i mamy do czynienia z twórczością trzech sióstr.Niewątpliwe jest również to, że Charlotte zostawiła w swoich papierach cztery Niedokończone opowieści. Jest to równie niezwykła proza, jak wszystko co wyszło spod jej pióra. Dlatego też dziś proponujemy czytelnikom i miłośnikom geniuszu Brontë te cztery niedokończone utwory, wierząc, że dalsze ich wątki rozwinie Wasza wyobraźnia.

Sekretu osobowości autorki Charlotte Brontë nie sposób do końca wytłumaczyć, można jedynie snuć przypuszczenia. Obserwując jej życie, decyzje i drogę twórczą, trudno nie zauważyć, że Brontë kapitulowała przed samą sobą. Rozwój jej talentu wyznacza właściwie dążenie do samopoznania. Jego eskalację odzwierciedla zaledwie rozpoczęta powieść, Emma, urywająca się po dwóch rozdziałach. Tu można postawić pytanie: dlaczego Charlotte odłożyła tę pracę, skoro nie zadecydowały o tym żadne gwałtowne okoliczności? Może dlatego właśnie, że przeczuwała, iż dojdzie w niej do samookreślenia?



Wszyscy zaczytujemy się nowościami. Literatura współczesna jest na fali. Zwykle, gdy mówię komuś, że moje ukochane książki to klasyka, a ulubieni Autorzy, zwykle nie żyją od kilku dekad, słyszę wymruczane – nuuuudy.  Z czego to wynika? Że moi znajomi to plebs  bez gustu? Nie…  wynika to z tego, że gdy szukamy natchnienia do lektury szukamy jakiegoś bodźca, jakiego? Ano wchodzimy do księgarni/biblioteki i szukamy… a tam zwykle eksponowane są nowości. Biada czytelnikowi klasyki, który chce kupić dobrą powieść w księgarni, albo nakład jest wyczerpany, albo zaoferuje się Nam koszmarka dla uczniów oraz ludzi bez mózgu, z dokładnym opracowaniem i przypisami w ramkach, abyśmy wiedzieli o czym czytamy.
Tak było… dawno nikt klasyki nie wznawiał, na szczęście teraz kilka wydawnictw, a zwłaszcza MG robi wyłom w tamie współczesnej prozy i przypomina o książkach, które warto znać i czytać, o książkach o których kiedyś mogliśmy tylko marzyć. Na dodatek wydanych tak pięknie, że cieszą nie tylko duszę, ale i oko.
Ale, ale… nie chcę pisać panegiryku, tylko ciężko mi inaczej zacząć, bo jeszcze do niedawna siostry Bronte, były wielkimi pisarkami, ale my wiedzieliśmy o tym tylko ze słyszenia. Na polskim rynku dostępne były „Wichrowe wzgórza” i „Dziwne losy Jane Eyre”,  ale teraz możemy sami sprawdzić, ze co Anglicy kochają Siostry z wrzosowisk.  Teraz wydawnictwo MG oddaje w nasze ręce zbiór czterech niedokończonych opowieści  Charlotte Bronte. Pierwsze w Polsce wydanie, pierwsza możliwość przeczytania jeszcze czegoś. Miłośnicy klasyki zapewne czytali tego newsa z wypiekami na twarzy.

No dobrze, dostajemy w swoje ręce książkę, pięknie wydaną, pasującą do poprzednich tomów z serii, jest bardzo elegancka, ciężko to opisać, trzeba samemu zobaczyć…  trochę ponad dwieście stron i cztery opowiadania…
W tym tomie zebrano cztery niedokończone opowieści: „Ashwoth”, która opowiada o losach pochodzącego z dobrej rodziny dżentelmena, który zszedł na złą drogę, roztrwonił majątek, niezbyt dobrze się prowadził, ale założył rodzinę i miał dzieci, a w dalszej części poznamy jego córkę. Niestety… akcja prędko się urywa i nie wiemy, jak autorka chciała dalej poprowadzić akcje… znamy jej styl, możemy spróbować odgadnąć, jak by dalej się potoczyło… szkoda… Następnym opowiadaniem jest „Emma”, chyba najbardziej przypadło mi do gustu to opowiadanie, jest takie angielskie, opowiada o szkole dla panien, klimatem przypomina trochę „Małą księżniczkę”. Do pensji dla panien, z wielką pompą zajeżdża nowa uczennica, z racji na swój majątek, doskonałe koneksje jest faworyzowana, chociaż niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale jej osoba skrywa tajemnicę… Braku rozwinięcia tego opowiadania nie mogę Bronte wybaczyć. Tu jest tak duże pole do popisu, że aż mnie serce boli…  Fajnie napisane. Kolejnym opowiadaniem jest to noszące tytuł „Państwo Moore”, opowiada ono o małżeństwie, niedługo po ślubie, a więc dość nietypowo jak na ten okres literacki, gdy pisarki, kobiety, zwykle na ślubie kończyły swoje historie. Tutaj mamy naszkicowaną interesującą parę, o ognistych temperamentach i to też, gdyby Bronte ukończyła swoje dzieło, moglibyśmy mieć dużą frajdę z czytania. Ostatnia historia: „Historia WIlliego Ellina”, to opowiadanie, które jest według mnie zbyt słabym szkicem, najmniej mnie ruszyło.  Całą jego treść zawiera się w tytule i być może byłoby w stylu dobrych, acz mrocznych i smutnych opowieści Dickensa, gdyby zostało ukończone. Nie zżyłam się z bohaterem, ani nie miałam kiedy się zaangażować. Ale zapowiadało się nieźle.


Takie niedokończone opowieści są świetne na jesień, współgrają ze słotną aurą… budzą smutek i melancholię, bo z jakiegoś powodu nie zostały ukończone. Mogły być samodzielnymi arcydziełami, ale niestety… Ciężko mi o nich pisać, bo Bronte pokazuje swój ogromny talent, kreuje cztery osobne historie, w różnym stylu, o różnej tematyce. Widać, że to tylko zarysy, że miały być dopracowane… nie udało się.

Ja jestem szczęśliwa, że mogłam je przeczytać,  cierpię na uzależnienie od dobrych tekstów, a Bronte pisze naprawdę interesująco.
Polecam Waszej uwadze ten zbiorek… dobra angielska proza… wielbicieli, nie trzeba zachęcać : )

środa, 24 września 2014

stos z dawna oczekiwany?

Dawno stosu nie nie było. Ponad miesiąc ... ZA Mało Czasu, w Domu Jestem gościem, Nie wiem co będzie od Tego weekendu i od Października, GDY obowiązków jeszcze przybędzie ... Wole o Tym nie nie myśleć, bo TYLKO globusa dostanę.

Czy się do SA WSZYSTKIE Książki ktore przybyły? NIE WIEM ... do te, które były w Pokoju i wpadły mi w Oczach. 
Pierwszego Stosik - recenzencki.


"Zakazane gole"
"Kubuś fatalista i Jégo Pan"
"Czy się jesteś psychopata"
"Otwórz Oczy"
"Niedokończone Opowieści"
"Znajdź MNIE"

Stosik obok "
"Życie Charlotte Bronte"
"Protokół"
"Skrzydła Czarne"
"Walizki hipochondryka"

Oto Mój prywatny Stos, na którym zabrakło NP. "Godziny pąsowej róży" - bo skleroza nie nie boli: / 


I TAK OD GÓRY:
"Mary Poppins" - zbiorowe Wydanie
"Niech w końcu cos sie zdarzy"
"Zapiski z Annopola"
"Powrót do Nałęczowa"
porządkowy drugi Stosik:
"Muminki. Księga Druga"
"Kości SA wieczne"
"Podróż na sto STOP"
"Tak sobie myślę"


Cóż moge napisać WIĘCEJ. Większość Książek z Tego zakupowego stosiku, pochodzi z wyprzedaży u anetapzn  . TO NIE Był Pierwszego Raz, GDY Dałam się skusić na Jej wyprzedaż I Wan tez POLECAM. Trzy Książki Z Literackiego do efekt ich wyprzedaży. Na Stronie okłamali, że Książki są uszkodzone, były w idealnym stanie !! Na Mary  i Muminki się czaiłam bo dziecinnieję: P

Co zrobić stosu recenzyjnego. Każda z Tych Książek jest wyczekana, chociaż po przeczytaniu niektórych recenzji ... hmmm obawiam się, ALE na niektóre się cieszę ... Kilku recenzji możecie się spodziewać na dniach. 
Teraz czytam sobie "Niedokończone Opowieści", a w kubeczku parzy się zielona herbata ... bo podobno oczyszcza. Mam Nadzieje, Ze oczyszcza lepiej, Niz melisa uspokaja. 
W sobotę bylam w Lublinie i imaginujcie sobie nie nie kupiłam ŻADNEJ Książki, ależ w Domu bylo zdziwienie. Oby tak DALEJ: P
Trzymajcie kciuki. I ZA WIĘCEJ Czasu Też:)

Na Koniec zapytam, ktora książkę polecacie szczególnie? Które znacie? Które odradzacie, na które Macie ochote?

"Ania z Szumiących Topoli" - Lucy Maud Montgomery

W życiu Ani nastąpiły istotne zmiany - zaręczyny z Gilbertem i uzyskanie tytułu magistra nauk humanistycznych. Solidne wykształcenie umożliwiło jej objęcie posady dyrektorki szkoły w Summerside. Niestety, z tym wiązały się pewne nieprzyjemności - walka z klanem Pringle`ów. Na szczęście Ania potrafiła stopić lód w najtwardszych sercach i wkrótce stała się powierniczką wielu mieszkańców miasteczka. Jak potoczą się jej dalsze losy? Czy ziszczą się dziecięce marzenia?


Bardzo ważne dla mnie jest, aby czytać nie tylko nowości, głośne bestsellery, ale również przypominać o klasyce. Jako człowiek, który nie ma problemu z zawieraniem nowych znajomości, często obracam się wśród ludzi i widać szybko czy ktoś jest oczytany w klasyce. Często bywa tak, że głośne książki, hity przemijają, ale znajomość Sienkiewicza, Tolkiena, Lewisa, czy Montgomery jest jakimś sitem. Nie chcę przez to powiedzieć, że skreślam każdego kto nie zaleje się łzami na słowa: „Nic to”, bowiem można czytać książki a być mimo wszystko głupcem i złym człowiekiem, ale sama mam szczególny sentyment do klasyki. Który jak widać odezwał się ze zdwojoną siłą, gdy liście zaczęły żółknąć.

W moim domu była seria książek o Ani  Shirley, książki były z serii: „każda od innej matki” i gdy Rodzice się przeprowadzali coś zginęło. Zginęła „Ania z Szumiących Topoli”, więc czytałam egzemplarz biblioteczny, niezmiernie uradowała mnie wyprzedaż na stronie Wydawnictwa Literackiego, które oferowało „uszkodzony egzemplarz”(wzięłam w cudzysłów, bo książka jest nówka nieśmigana, nawet według moich standardów). Kupiłam, razem z innymi książkami, których pożądałam, a gdy paczka przyszła, miałam spory kryzys, zaczęłam więc kartkować i tak stała się moją lekturą do posiłków…
„Ania z Szumiących Topoli” to powieść w przeważającej części,  epistolarna. Ania Shirley, opisuje swojemu narzeczonemu Gilbertowi miejsce do którego przybyła, aby pełnić obowiązki dyrektorki szkoły w Summerside. W listach tych, powycinano większość miłosnych wyznań Ani, znajdujemy tylko opis jej perypetii. A na początku było ich wiele. Ponieważ Ania zajęła posadę na którą ostrzył sobie zęby ktoś z rodu panującego w miasteczku, na Anię spada kara, że komitet szkolny wybrał ją. Dodatkowo w szkole uczy bardzo zgryźliwa nauczycielka, która cieszy się z porażek koleżanki i nie szczędzi jej złośliwości. A na samym początku Ania ma spore problemy ze znalezieniem mieszkania, na szczęście trafia na Ulicę Duchów, do domu zwanego Szumiącymi Topolami. W tym mieście Ania spędzi trzy lata, napisze wiele listów świadczących o miłości, tęsknocie i lekkim piórze. Spotka ją wiele przygód, zabawnych, wzruszających. Pozna nowych przyjaciół i napotka sporo zakrętów na swojej drodze.

Nie jestem fanką tej części, ale od czasu do czasu, wracam do niej. Niestety tym razem, czytając inne wydanie, spotkała mnie niespodzianka. Raczej niemiła. Mianowicie inne tłumaczenie… byłam przyzwyczajona do innych imion i nazw…  i nie miałam konfitury z dyni, która kiedyś zrobiłam zainspirowana książką. Bardzo nie lubię, gdy przywyknę do jednego tłumaczenia, zmieniać… czuję się jak schizofrenik, niby książka ta sama, a ja nie wiem o co chodzi i jestem okrutnie zdezorientowana

W tej książce wyjątkowo czuć jesienny nastrój, pewnie dlatego, że zawsze zaczyna się, na początku roku szkolnego, lecą liście, snują się mgły, a i Ulica Duchów jest  taka jesienna. Klimatyczna.
Chociaż, moim zdaniem, książka nie zapiera tchu w piersi, to jednak dla kilku epizodów warto znać…
Miałam ochotę dokupić sobie jeszcze jakiś brakujący tom z tej serii kioskowej, ale teraz trochę się boję… w sobotę przeglądałam „Anię z Avonlea”(mój tom się rozsypuje) i czy dobrze widziałam? Jaś  został Pawłem??

wtorek, 23 września 2014

rzecz o... jesiennym wietrze

Mój Ojczulek ma chyba dzień dobroci dla Córki, nie tylko wyjeżdżając, pozwolił mi wozić się Rydwanem Szatana, ale przede wszystkim oddał mi aparat i mogę okrasić notkę zdjęciem dobrej jakości, a nie tym badziewiem, robionym komórką.

Dziś mamy pierwszy dzień jesieni, uznałam że nie będzie lepszej okazji, żeby odpalić ten wosk. Zwłaszcza, że pogoda jest typowo jesienna. Ciemno, ponuro... światło musi się cały czas palić, a dookoła szumi i huczy wiatr. Sięgnęłam więc po Kringla, którego kupiłam przy okazji ostatnich zakupów. Nie powiem - uwiodła mnie etykietka. Czarowna... klimatyczna... Lubię te czerwono-brązowe kolory... są takie ciepłe.


Na sucho, nie mogę powiedzieć, by wosk mnie zachwycił, miał cieżkawo-słodkawy zapach, i to w połączeniu z etykietą nasuwało mi skojarzenia z ciepłym, lepkim i gęstym syropem klonowym. Byłam pełna jak najlepszych myśli. W końcu za oknem paskudnie, ja grzeję się w łóżeczku a tutaj czeka mnie jeszcze fajny, otulający zapach. Będzie pięknie.


Producent obiecuje nam to: Prawdziwie jesienny aromat spadających liści, drewna, przypraw i odrobiny waniliowej słodyczy.
Opis jest obiecujący... idealny na pierwszy dzień jesieni

Ukruszyłam standardową porcję.

\

Zwykle daję taką ilość... gdy zapach jest za słaby, oczywiście dodaję trochę. Odpaliłam kominek i czekałam, na mój otulający jesienny zapach.

Znienacka zaatakował mnie cynamon wymieszany z wonią wilgotnego parku. Wanilii nie stwierdzam, chociaż może to ona odpowiada za słodkie nuty. Od dużej ilości wilgotnego i cynamonowego zapachu rozbolała mnie głowa. Ja naprawdę nie jestem wielką fanką nut cynamonowych. Od nadmiaru korzennych zapachów boli mnie głowa... nieprzyjemnie... Niestety, jest to kolejny zapach, który mnie nie uwiódł i jestem ciekawa czy ma swoich fanów?


Ja kupowałam go w sklepie Pachnąca Wanna
Zapach może chybiony, ale zakupy tam to prawdziwa przyjemność.

poniedziałek, 22 września 2014

"Karolcia" - Maria Kruger

Rzadko kiedy 9-letnia osoba może wywołać taki galimatias! Karolci to się udało! Pytacie jak? Powiem Wam - wszystko za sprawą niebieskiego koralika, który znalazła w szparze podłogi. Dziewczynka szybko przekonała się, że spełnia on wszystkie życzenia swego właściciela, ale musiała być bardzo uważna, bo chrapkę na niego miała też zła czarownica Filomena. I wtedy zaczęła się cała masa przygód. Jakich? Nie - tego Wam już nie zdradzę, o tym przeczytacie sami!


 Jak być może zauważyliście mam obecnie nastrój do lektur reminescencyjnych. Wracam do czasów beztroskiego dzieciństwa. Zaczęło się to parę tygodni temu i nie ma dnia, by na stoliku przy łóżku nie leżała jakaś książka, którą czytała mała Kasieńka. W całym pokoju porozkładane są Anie, Pippi, Karolcie i Mary. Z takimi kompanami, nie jest mi straszna słotna i ponura pogoda, jaką chociażby teraz mam za oknem.  Miałam to szczęście, że dobre książki podsuwali mi Rodzice, zasobna domowa biblioteczka była jak drzwi do Narnii, za sprawą Mamy sięgnęłam po książkę o której Wam dziś chcę opowiedzieć. Książce, która jak widzicie, jest zaczytana na śmierć… prawie. A drugi tom jeszcze bardziej, muszę się wybrać i kupić nową, bo możliwe, że tom drugi ze starości rozsypał się i zniknął.

Karolcia… mała dziewczynka stworzona przez Marię Kruger. W pewien poranek, w  szparze podłogi znajduje błękitny koralik, śliczny ale tylko koralik. Nie wie jeszcze, że koralik spełnia życzenia. Nim się dowie, czeka ją sporo niespodzianek, a po odkryciu sekretów dziwnych zajść, czeka ją masa przygód, niekiedy też niebezpiecznych, zwłaszcza, gdy na scenę wkracza Filomena, zła czarownica, która pożąda koraliczka. Razem z Piotrem, Karolcią przeżyjemy przygody o jakich marzyliśmy, gdy byliśmy dziećmi.

To kolejna książka, która ma zasłużone miejsce na półce z klasyką literatury dziecięcej. Kto z nas nie czytał, która z nas nie marzyła o koraliku i nie nosiła jakiegoś niebieskiego paciorka w pudełeczku na wacie. Przecież tak jak ja ściskaliście koralik, marząc że tym razem życzenie się spełni, a nasz koralik ociupinkę zblednie.
„Karolcia” to książka o dużym walorze dydaktycznym. Maria Kruger z wielką mądrością i taktem przekazuje dzieciom dobre wzorce. Nie wali nas po oczach dydaktycznym smrodkiem, ale pisze tak naturalnie, że trzeba myć ręce, jeść to co dają, nie oszukiwać podczas zabaw, być grzecznym w stosunku do starszych i im pomagać. Może Wy jesteście młodsi, albo macie dzieci, bo według mnie ta książka jest uniwersalna i nadaje się dla dzieci z każdego pokolenia, jednakże mogę się mylić.



Cieszę się, że do niej wróciłam, od razu się odmłodziłam, leżałam w łóżku, paliło się małe światło i brakowało mi tylko ciastek z kremem i nalotu gości. 

sobota, 20 września 2014

"Jeżynowa zima" - Sarah Jio

Kiedy niespodziewany nawrót zimy paraliżuje miasto, Claire ma wrażenie, że pogoda doskonale odzwierciedla chłód panujący w jej sercu. Przeżyła tragiczny wypadek, po którym nie może się podnieść. Dopiero dziennikarskie śledztwo, jakie prowadzi w sprawie zaginionego przed laty chłopca, pozwala jej zapomnieć o nieszczęściu. W miarę jak kolejne tropy odkrywają przed nią historię uprowadzonego chłopczyka i poszukującej go pełnej nadziei matki, Claire powoli uczy się żyć na nowo. A to jeszcze nie wszystko: ślady zaginionego Daniela zaczynają w zagadkowy sposób splatać się z losami jej własnej rodziny...
„Jeżynowa zima” to wyjątkowa historia o miłości, rozpaczy i nadziei. Tej opowieści nie da się łatwo zapomnieć.


Wczoraj stanęłam przed częstym dylematem, czyli co czytać. Za każdym razem jak wybieram się w drogę, długie chwile poświęcam na wybór lektury. Wiadomo, do torby nie upchnę nawet promila biblioteki, toteż książkę, ta jedna musi być wyjątkowa. Nie za gruba, ale zajmująca, abym nie nudziła się, bo w pociągu nie kupię nowej książki. Ręka powędrowała ku „Jeżynowej zimie”, autorkę znam i chociaż „Marcowe fiołki” nie zrobiły na mnie wrażenia, to już „Dom na plaży” – owszem. „Jeżynowa zima”, książka o enigmatycznym tytule była wyborem przypadkowym, ale jak się okazało, bardzo trafnym.

Jest początek maja, rok 1933 Seattle, Vera – samotna matka wychodzi do pracy i musi zostawić ukochanego synka samego w domu. Takie czasy, Wielki Kryzys, bieda a ona musi pracować. Nie wiemy gdzie jest ojciec Daniela, czy umarł, czy porzucił Verę, nieważne. Kobieta hołduje miłość do ojca chłopca i zrobi wszystko by zapewnić dziecku to co najlepsze… na ile może. W nocy przychodzi zima… nagła burza śnieżna powoduje paraliż miasta, a gdy Vera wraca do domu okazuje się, że Daniela w domu nie ma. Kobieta szaleje ze strachu i rusza na poszukiwanie dziecka.
 
Najpiękniejsza zakładka od Asieńki 

Czasy współczesne, ten sam dzień, Claire budzi się rano, na początku maja i za oknem widzi nieprzeniknioną biel, oto nad Seattle nadciągnęła burza śnieżna. Claire jest dziennikarką, jej szef zleca jej napisanie artykułu o jeżynowej zimie, jak meteorolodzy nazywają niespodziewany atak zimy, w miesiącach, gdy powinno być już ciepło. Okazuje się, że w latach trzydziestych, dokładnie w tym samym czasie miasto borykało się z podobnym problemem, szef chce by Claire napisała coś dobrego. Kobieta znajduje wzmiankę, że w trakcie tej burzy śnieżnej zaginął trzyletni chłopiec, próbuje sobie wyobrazić dramat matki, tym bardziej że sama walczy z depresją i traumą, postanawia odnaleźć tego chłopca, wyjaśnić tajemnicę sprzed lat. Nie wie tylko jak wysoko sięga ta afera. Wie jednak, że jej małżeństwo od roku przeżywa kryzys. Kobieta będzie walczyła z przeszłością, własną i kobiety, która w `33 straciła dziecko… Jak to bywa u Jio, przeszłość płynnie przeplata się z teraźniejszością, tworząc wyrazisty obraz… poruszający i pełen dramatów.



Przeczytałam książkę błyskawicznie, pod koniec siedziałam w pociągu i płakałam, aż SOKiści patrzyli się na mnie jak na ofiarę przemocy… dobrze, że nie miałam czasu się umalować, bo bym wyglądała komicznie.
Książka wciąga, niepostrzeżenie… prędko przekraczamy punkt, gdy nie możemy się oderwać. Uwielbiam takie powieści, które porywają jak rzeka…. Tutaj strona leci za stroną i nim się obejrzymy jest już koniec, są łzy i smutek i katharsis.
Zwykle w książkach, w których akcja prowadzona jest dwutorowa, autorowi nie udaje się zachować równowago. Przeważnie, jeden wątek nas interesuje bardziej, ten drugi nudzi, tymczasem tutaj jest inaczej. Czy to rozdziały o Verze, czy rozdziały o Claire czytało mi się po prostu świetnie. Ta książka w żadnym fragmencie nie nudzi.

Chciałabym Wam, tę książkę gorąco polecić. Nie sugerujcie się tytułem i nie odkładajcie jej na zimę. Dla mnie ta książka jest uniwersalna, dobra na każdą porę. Tak jak zawsze jest pora na porywającą lekturę.
Ma to czego szukacie w dobrej książce. Nie przegapcie!!



Premiera 22 września!!


piątek, 19 września 2014

"Godzina pąsowej róży" - Maria Kruger

Szesnastoletnia Anda została nagle w czarodziejski sposób przeniesiona w dziewiętnastowieczną przeszłość. W jednej chwili znika cały znany jej świat: elektryczność, tramwaje, samochody. Zmieniają się stroje i fryzury. Anda zamiast wygodnych spodni nosi długą sukni, a pod nią sztywny gorset. Najgorsze jednak, że w nowej rzeczywistości panują zupełnie przestarzałe obyczaje, z którymi naszej rówieśniczce niełatwo jest się pogodzić. Anda, choć wygląda inaczej, wciąż mówi i zachowuje się jak współczesna dziewczyna, co prowadzi do wielu komicznych sytuacji, bo to, co normalne dzisiaj, okazuje się nie do przyjęcia w wieku XIX. Ta podróż w czasie, choć nie zawsze przyjemna, wiele Andę nauczyła. Prawdą jest, że podróże kształcą... także podróże w czasie!
W 1963 r. powstała filmowa adaptacja "Godziny pąsowej róży" w reżyserii Haliny Bielińskiej. Film cieszył się ogromną popularnością, został doceniony także przez krytyków - w 1963 r. zdobył główną nagrodę na MFF dla Dzieci i Młodzieży w Wenecji (Złoty Lew), a w 1964 r. przyznano mu Wyróżnienie Honorowe na MFF dla Dzieci i Młodzieży w Cannes.


Nawet największego mola książkowego dopada kryzys czytelniczy. Kryzys się pogłębia, gdy zamiast dobrej książki dostajemy tabletkę nasenną, okraszoną lawendą…  Z nadejściem września odczułam silną potrzebę powrotu do książek mojego dzieciństwa, młodości. Może uśmiechniecie się, czytając, że panna po dwudziestce pisze o młodości. Od pewnego czasu dochodzę do wniosku, że wiek, jak i czas, są pojęciami względnymi… ja czuję się stara jak Ent… mam wrażenie, że czasy mojej mentalnej młodości przeminęły z wiatrem… liście żółkną, wszystko przemija… a ja chciałam znowu poczuć się dziewczynką. Dlatego z półek wytargałam wszystkie książki, które czytałam jako dziecko, cierpliwie podsuwane przez Mamę. Zamarzył mi się powrót do jednej z ukochanej książek „Godziny pąsowej róży”. Daaawno temu Mama mi ją podsunęła. Stare, rozlatujące się wydanie, oklejone taśmą… przez te kilkanaście lat, chyba całkiem się rozsypała… kupiłam nową, z filmową okładką(filmu jeszcze nie widziałam). A książkę emerytkę znajdę…

Mamy lata sześćdziesiąte XX wieku, nastoletnia Anda, ma problemy, jak tysiące jej rówieśników,  dwója z matmy, nauczyciel który się uwiziął, rodzice goniący do nauki. I pewnego popołudnia, gdy próbuje wymknąć się na pływalnię, zamiast uczciwie zasiąść do lekcji, uruchamia niespodziewany łańcuch zdarzeń, w efekcie czego cofa czas o osiemdziesiąt lat, do lat osiemdziesiątych XIX wieku. Kobiety noszą gorsety, ogoniaste i bufiaste suknie, kapelusze są ozdobione jak wystawy sklepowe. Inne są nie tylko stroje, ale również myślenie, słownictwo i obyczaje. Anda, która w tej epoce zwana jest Anusią, musi się przestawić i zrozumieć Epokę. Nie będzie to łatwe, bo dziewczyna traktuje to wszystko jako niedorzeczny psikus i umówmy się – wcale się nie stara…
Cudowna klasyka książek dla panienek…

Przyznajcie się, kto z Was nie chciał przenieść się w czasie. Na pewno wielbiciele powieści historycznych mają problem z udzieleniem odpowiedzi na pytanie w jakie lata chcieliby się przenieść, do jakiego kraju. Swój urok mają krynoliny, piękne suknie, wytworni panowie, zwiewne panie. Anda swe myśli kierowała zwykle w stronę przyszłości, w której miałą odnosić sukcesy jako mistrzyni pływania. Nigdy nie zastanawiała się nad przeszłością, więc trafia tam, w ogóle nie rozumiejąc czasów w których się znalazła. Dopiero, coraz to nowe perypetie, uczą ją pokory, uczą doceniania tego co ma. Chociaż trzeba przyznać, że uczy się bardzo powoli…



Kiedyś to była świetna książka dla nastolatek, teraz sądzę, że panienki w wieku lat kilkunastu znudzą się opowieścią o tym, że pokazywanie i mówienie o nodze powyżej kostki jest nieprzyzwoite, nawet Anda z lat `60 ich znudzi… serio? Dziewczyna martwi się, że rodzice nie zastaną jej w domu po powrocie? Kto by się tym przejmował. No i zaplamiona spódniczka atramentem, która wszystko rozpoczęła – czysta abstrakcja. : P

Dla mnie to jedna z ukochanych książek dzieciństwa i cieszę się, że moja Kochana Najlepsza z Matek mi ją podsunęła, a ja chociaż początkowo się wzbraniałam… bo ja wtedy głupi pędrak byłam, a tu litery małe, obrazków zero, kartki żółciutkie… co może być fajnego… A tymczasem przeczytałam jedną z książek mojego życia… teraz mam dwa egzemplarze i będę sobie do niej wracać. Kto powiedział, że trzeba mieć porcelanowy zegar i prababkę w ogoniastej sukni w ramach z zielonego pluszu?
Wystarczy dobra książka i mamy podróż w czasie.

czwartek, 18 września 2014

"Lawendowy pokój" - Nina George

W swojej księgarni – o wiele mówiącej nazwie "Apteka Literacka" – Jean Perdu sprzedaje książki tak jak farmaceuta medykamenty. Umiejętnie rozpoznaje, co ktoś nosi w sercu, i proponuje odpowiednią fabułę na konkretny problem. Nie potrafi jednak uleczyć własnego cierpienia, które zaczęło się pewnej nocy wiele lat temu, kiedy odeszła od niego ukochana kobieta.
Wszystko się zmienia, gdy Jean w końcu otwiera pozostawiony przez nią list. Wcześniej nie miał odwagi go przeczytać…

Zachwycająca historia o miłości, która przywraca do życia.


Coś we mnie pękło… molestuję tę książkę od soboty i niestety… chociaż jest kopalnią świetnych cytatów, oblepiłam ją kolorowymi karteczkami i wygląda jak tęcza, to jednak pokonała mnie. Nie wyrzucam jej, nie oddaję, bo zapewne zrobię jeszcze jedno podejście do niej, nim to wszystko się się skończy, ale na obecną chwilę… NIE. Wielkie, stanowcze nie…

Zostajemy zaproszeni do Apteki Literackiej właścicielem której jest pan Perdu, prowadzi terapię książkami. Daje ludziom te książki, które powinni przeczytać. Przed kilkunastoma laty został porzucony przez kobietę i od tamtego czasu pielęgnuje w sobie poczucie żalu. Przeżywa, snuje się i ma żal do kobiety którą kocha, a która odeszła. Tuż po odejściu wysłała ona do niego list. On – zraniony, wrzucił przesyłkę na dno szuflady i właśnie na początku książki, list znów trafia w jego ręce… tym razem czyta go i przeżywa wstrząs, wszystko się zmienia. Rusza więc w podróż, która ma odmienić jego życie.

Wybaczcie, nie dokończyłam… mordowałam książkę w pracy, gdzie w chwilach nudny naprawdę nie mam co robić i wolałam uczyć się wybijać Marsza Radetzkiego palcami u stóp, bo na tej książce usypiałam.
Akcja jest tak leniwa, że leniwe kluski można raczej określić mianem klusek Stachanowa. Owszem, przemyślenia i niektóre zdania warte są uwagi, ale ja naprawdę nie rozumiem całego halo wokół tej książki.
Nie umiem więcej napisać, bo zmęczyłam się okrutnie. Jeśli drugie podejście będzie udane, wtedy napiszę coś więcej. Na razie – rozczarowanie miesiąca….

środa, 17 września 2014

rzecz o... źdźbłach trawy

Mam obsesję na punkcie zielonego koloru. Uwielbiam wszystko co zielone.Kiedy zobaczyłam ten wosk, ręka mi nawet nie zadrżała, a portfel, ani nie jęknął. Miałam problem z przełożeniem nazwy, nie wiedziałam czego się spodziewać. Wosk był ładny, ale wygląd, kolor wosku przecież nie przekłada się na zapach...


Wyczytałam, że ma pachnieć źdźbłami trawy... nooo to pojęcie jest baaardzo szerokie. Trawa pachnie różnie, powie Wam to, każdy kto mieszka na wsi, gdzie jest trawa, trawa i trawa. Inaczej pachnie trawka rano, skąpana rosą, inaczej wiosenna, zieloniutka, inaczej, soczysta i zielona rosnąca w cieniu, inaczej skoszona, inaczej... powiedzieć, że coś pachnie jak trawa to jakby nic nie powiedzieć.

Wczoraj w końcu wróciłam do domu na spokojnie. Nie musiałam gnać zaraz do innej roboty. Względny relaks. Myślę sobie, a niech to, odpalę ten wosk... a niech mnie spróbuje zawieść.



Ukruszyłam tyle, ile widzicie na zdjęciu. W przypadku wosków, to moja stała ilość... Odpaliłam, poszłam robić herbatę i poczekać na zapach... wróciłam i niczego mi nie urwało. Mama jest zachwycona, podoba Jej się bardzo, tymczasem ja... ostatnią rzeczą z czym mi się kojarzy jest trawa.... zapach jest bardzo perfumowany, pasuje raczej do stylu Kringli, takiej delikatnej, ale wyraźnej nuty perfum.  
Trawka jest lekka, elegancka... odświeżająca, ale ja nie umiem się nią zachwycić. Ten wosk naprawdę ładnie pachnie, ale dla mnie brakuje jakiejś nienazwanej nuty.... jakiegoś wyraźnego akcentu, który sprawiłby, że byłoby WOW. 

Dziś pale go drugi dzień i nie wiem czy to wina marazmu w jaki popadłam, ale nie zachwyca mnie ten zapach... Na pewno wielu z Wam się spodoba. Może i ja się w nim w końcu rozkocham? A kto za babą trafi.

Reasumując - fajny, lekki, świeży!!



 Ten  i inne zapachy kupicie na goodies.pl

wtorek, 16 września 2014

"Mary Poppins" - Pamela Lyndon Travers

Z okładki:Mary Poppins to wróżka przywiana wiatrem, która zjawia się pewnego dnia w domu zwykłych ludzi, poszukujących guwernantki, i zostaje nianią czworga dzieci. Akcja powieści toczy się we współczesnym, realistycznie ukazanym angielskim mieście, wśród codziennego otoczenia - ulic, sklepów, parków - ale za sprawą Mary Poppins dzieci ciągle przeżywają nieprawdopodobne, cudowne przygody, bo Mary, ilekroć chce, przekracza granice realnego świata, wiodąc swych wychowanków w świat czarów.


Nie jest to pierwsza praca, którą podjęłam, nie jest nawet drugą. Od ukończenia studiów nie próżnuję, ciężko pracuję, a przynajmniej tak mi się wydawało. Od kiedy zdarza mi się siedzieć w pracy 15 godzin, plus jeszcze dojazd, nie widzę na oczy i bywa, tak jak wczoraj, że po prostu nie mam siły czytać, oczy się zamykają, koncentracja – zerowa. Dziś niewiele też czytałam, ale zaraz się kąpię i idę do łóżka z książeczką.

A jeśli już jesteśmy przy książeczkach i usypianiu z opowiastką, chciałabym Wam zwrócić uwagę na nowe wydanie, bo samą historię pewnie znacie z dzieciństwa. Wpis absolutnie nie jest sponsorowany, po prostu chwyciłą mnie tęsknota za błogimi latami dzieciństwa i podczytywałam sobie historie z lat pacholęcych. Gdy zobaczyłam, że jedna z tych książek została wznowiona i wydania w pięknym tomie, od razu zapragnęłam wejść w posiadanie. Niestety cena jest trochę niesympatyczna… Długo się czaiłam, ale na allegro można dostać w cenie już nieco znośniejszej… Dla mnie taki format jest idealny do poduszki, ale chyba jako książka dla dzieci, którą chcemy dać dziecku, a nie tylko im czytać to już jest źle wydana. Piękna oprawa, twarda okładka, kolorowa, w środku czarno-białe ryciny, ale ciężkie to i raczej nie na dziecięce łapy. Ja sama mam raczej małe dłonie i dosyć nieporęcznie było. Tylko, że czego się nie robi dla Mary Poppins? Bo to w końcu o niej mowa. Mama moja podsunęłam mi te historie we wczesnym mym dzieciństwie.  Mieliśmy niejedną książkę o Mary, z wydawnictwa Nasza Księgarnia, stare, pasiaste tomiki, chyba jeszcze po mojej Siostrze, ale coś się w przeprowadzkach zgubiło i wreszcie… MAM, nowe śliczne wydanie. Zaczynam czytać.



Najpierw – oczywiście – tom pierwszy. Mary przybywa na ulicę Czereśniową, poznajemy rodzinę Banksów, dzieciaki, rodziców, służbę. Poznajemy sąsiadów i realia miejsca.
Dla tych którzy nie wiedzą. Mary Poppins to opiekunka do dzieci w rodzinie państwa Banksów. Nie jest to zwykła niania, bo powiem Wam w sekrecie, że chyba jest czarodziejką. Przyleciała z wiatrem, ma magiczną torbę i dzięki Niej dzieci przeżywają cudowne przygody. Mary jest surowa, ale weszła do kanonu jako niania idealna. Był czas, gdy byłam na książkę ewidentnie za mała, ale teraz jestem fanką, czytam sobie po rozdziale, wracam do przeszłości, bo i tłumaczenie i rysunki są te same. Mówię Wam – Bajka.
Mary jest cudowna, surowa, z pozoru chłodna, taki stereotyp angielskiej niani przestrzegającej bezwzględnej dyscypliny, ale to tylko pozory. Sami zobaczycie… Świetnie to widać w rozdziale, gdy Mary ma wychodne, ale nie tylko!!

Książka jest po prostu klasyką, świetnie napisaną, cudownie przetłumaczoną. Czy dziś jeszcze pisze się takie książki?

Ta książka, na razie powtórzyłam tom pierwszy, to po prostu klasyka, zachęcam wszystkich, czy to do powtórzenia, czy do zapoznania się z przygodami Mary. Jestem pewna, że się nie zawiedziecie.

poniedziałek, 15 września 2014

rzecz o... cytrynowej lawendzie

Po książce mocnej, takiej która rusza, daje po pysku szukałam czegoś lżejszego... Kupiłam "Lawendowy pokój", gdy zaś ułożyłam się do czytania, szukałam też jakiegoś nowego wosku do palenia. Wśród Kringli nic nie znalazłam i otworzyłam pudełko z YC do wypróbowania, a tam na wierzchu leży cytrynowa lawenda. O kurczę!! Co zapalić do książki o takim tytule? Tylko taki wosk. Chociaż, nie powiem... bałam się. Francuska lawenda to jeden z moich pierwszych niewypałów... ale YCmaniaczki na FB zachwycały się tym woskiem. Na sucho kilka razy go wąchałam i wąchałam się, nim go zamówiłam...  Przeleżał ponad miesiąc... w końcu przyszła jego pora. 





Lawenda i cytryna to dla mnie nieznane połączenie, nieco niebezpieczne, oba zapachy łatwo wpadają w nutę kibelkową, zalatującą tanim odświeżaczem. Cytryna łatwo staje się chemiczna, lawenda zaś jest od krok od zapachu zatęchłego. Kolor wosku jest pastelowo fioletowy, taki jasny bez, mleczny fiolet, dajny kolor, naklejka pokazuje po prostu czym to ma pachnąć.... Pachnie na sucho i przez folię, fajnie kojarzy mi się z jakąś żelową świeczką, którą przywoziłam rodzinie i znajomym z nad morza, wiele lat temu. Taki lawendowy zapach z orzeźwiającą nutką... zapowiadało się całkiem, całkiem. 




Ułamałam do kominka dużo...  zwykle daję mniej, ale zapach był niezbyt mocny, więc tak przezornie... odpaliłam kominek i Łooooo Mamo!! Killer. Nie miałam jeszcze wosku, który pachnie tak mocno. Po prostu MOC. 
Nuta cytryny przeplata się z lawendową i tworzy bardzo fajny warkocz zapachowy, nie wiesz kiedy kończy się  lawenda, a kiedy zaczyna cytryna. Zapach jest bardzo sympatyczny, letni i świeży, ale powtarzam - bardzo, bardzo mocny. Polecam dać połowę tego co dałam ja :P


 Ten  i inne zapachy kupicie na goodies.pl