Boy-Żeleński to postać
fundamentalna dla przedwojennej literatury. Od dziecka w domu miałam książki w
jego tłumaczeniu. Chociaż o zakupie tej biografii zadecydowały; po pierwsze
świetne recenzje, a po drugie to, że kojarzy mi się ze Lwowem. Może to nie jest
najweselsze skojarzenie, ale to w jaki sposób skończył życie i jak długo musiał
czekać na sprawiedliwość, naprawdę sprawiło, że mam do niego sentyment. Z tej
książki dowiemy się mnóstwa ciekawostek o nim, o tym jak ciekawą postacią był.
Ech, dwudziestolecie międzywojenne, jaki to był okres pełen barwnych postaci, A,
że to wszystko działo się przy oceanach alkoholu, jednej wielkiej imprezie i
ogromie skandali? No cóż…
Od jakiegoś czasu widziałam
wszędzie reklamy książek Sławka Gortycha i kusiły mnie coraz bardziej. Kilka
razy się powstrzymałam, zwalczyłam pokusę, ale w końcu stwierdziłam, że
naprawdę dawno nie czytałam żadnego kryminału. Akurat szykowało mi się kilka dni
wolnego, to poszukałam na sieci i udało mi się kupić cztery kryminały w niezłej
cenie. W międzyczasie znalazłam kilka dosyć sceptycznych opinii na temat tego
autora, ale było już za późno. Musiałam sobie sama zdanie wyrobić. A początek
czytania szedł mi opornie. Nie dlatego, że nudno, ale początek wolnego, to dla
mnie najpierw festiwal odsypiania.
Nie jestem jakąś wielką fanką kina.
Im starsza jestem, tym rzadziej mnie coś zachwyca, rzadziej sięgam po coś
nowego. Mam wrażenie, że powroty robią mi najlepiej. Jednak seriale Jana
Holoubka gweszły do mojej prywatnej kolekcji i lubię wracać, czy to do Wielkiej
wody czy do Heweliusza. Bardzo czekam na serial o zbrodni
połanieckiej, bo jeżeli ktoś jest w stanie nakręcić tę historię z wyczuciem,
bez tanich chwytów, to właśnie on. Czytałam fragmenty wywiadów przy okazji
premiery Heweliusza, aż w końcu zdecydowałam się na zakup książki. W końcu ja
naprawdę lubię wywiady rzeki, zwłaszcza z wartościowymi ludźmi. A przecież Jan
Holoubek mógł jechać na nazwisku i być kolejnym celebrytą od wszystkiego,
niczego i magicznych suplementów, a wybrał drogę ciężkiej pracy.
Stosikowe losowanie coś nie jest
ostatnio dla mnie łaskawe. I wiedziałam to w momencie kiedy zobaczyłam na co
padło to już miałam złe przeczucie. Kupiłam tę książkę dawno temu, w okolicach
premiery pierwszego sezonu o Sisi. Ponieważ serial prócz dobrej muzyki i ładnych
twarzy aktorów niewiele wniósł do mojego życia, to jakoś się obawiałam, że
książka też mnie nie porwie. Na szczęście czytałam ją w niedzielę, kiedy mogłam
podsypiać ile wlezie. Nie będę przedłużać, dla niecierpliwych. Książka jest
jeszcze słabsza niż serial, ale skoro autorka chce pisać biografie feministek.
W moim odczuciu Sisi była egotyczną neurotyczką. Feministką nie była. Wystarczy
przeczytać wiersz jaki wysmażyła o siostrze, która chciała uciec z gachem.
No w końcu pierwszy wrześniowy trup
z półki za mną. A kumulacja owej trupowatości jest spora. Książka trafiła do
mnie lata temu, bo oczywiście zafrapował mnie tytuł. Lubię te galicyjskie
klimaty, ale oczywiście nie aż tak, żeby zabrać się za lekturę niezwłocznie. A
rok temu na wycieczce w Wiedniu, nasza przewodnik bardzo negowała fakt, że
Rudolf zastrzelił sam siebie(i kochankę) i przywołała nawet zapiski guwernantki
małej Erzi. To przypomniało mi, że ja przecież mam tę książkę i wpisałam ją
wówczas do trupiej listy. No i w końcu przyszła jej kolej. Szkoda, że ta kolej
przypadła na okres mojego czytelniczego przestoju.
Po niebywałym sukcesie serialu Off
Campus nazwisko Elle Kennedy stało się znane, a my dzięki temu mamy
premierę jej kolejnej powieści. Po serii amerykańskich romansów sportowych,
zmieniamy kontynent i przenosimy się do Londynu. Jakkolwiek uważam, że lekkie
książki są dobre na taką jesienną pogodę, ale już starość mnie dopada i po
powrocie z roboty padałam na łóżko i dawałam radę nakarmić kota(bo on w
przeciwieństwie do książki on nie leży i jeść woła). Na szczęście nadszedł
długo wyczekiwany weekend, ja wyposażona w nowe wino do testowania(biedra wie
kiedy zrobić promocję, ale wino bez szału), mogłam w końcu doczytać.
Weszłam na nowy poziom
gospodarowania czasem. Zaczęłam słuchać audiobooka, zaczynając nowy tydzień z
psiakami, a że Bronuś był kochanym kompanem, Baboszek też, więc mogłam się
skupić na opowieści, ale że książka mnie wciągnęła a zaczął się US Open, a tam
przecież nie oczy są zajęte. Może kiedyś dorosnę na tyle, żeby zrozumieć, że
nie muszę oglądać meczu od pierwszej w nocy, skoro wstaję po piątej. Jak to
mawiała Marta Korczyńska „Wieczna głupota”. No, ale trzeci tom serii, którą
czytałam w okolicy wiosny, ciekawe czy coś jeszcze się pojawi.
Książki Marii Paszyńskiej mają
swoje rzesze fanów, a sama autorka była u nas w mieście na spotkaniu, ale
niestety ja nie mogłam być. A żałuję do dziś. Niektóre jej książki zrobiły na
mnie ogromne wrażenie. Największe chyba Owoc granatu oraz Dziewczyny
ze Słowaka. Nie pamiętam kto mi polecił książkę Tam, gdzie rzeki
wstrzymują swój bieg, okładka sielankowa, a fabuła obiecująca literacką
podróż na Polesie z okresu międzywojnia, wiele mi obiecywała. Zaczęłam czytać
na paznokciach i dzięki tej książce czas minął naprawdę szybko.
Sierpień jest słaby jeśli chodzi o
ilość czytanych książek, bardzo słaby. Ma to związek z mniejszą częstotliwością
spacerów z psami, a jednak spacerując mogę przesłuchać audiobook w dwa dnia,
dystans jaki pokonuję dojeżdżając do pracy znacznie zaniża średnią. Co mogę
przesłuchać w pół godziny dziennie? Jedno wielkie nic. Dawno na tapecie nie
było żadnego porno romansu o kowbojach. Nie byłam jakoś bardzo ciekawa tej
książki, dodałam ją do biblioteki siłą rozpędu, no ale jak już miałam pobraną,
to uznałam, że raz kozie śmierć. Zwłaszcza, że mój ulubieniec spacerowy,
narzuca niezłe tempo i nie mogę słuchać nic ambitniejszego niż porno-romanse,
bo muszę pilnować, żeby nogi mi się nie zaplątały i bym nie runęła w dół wału.
Po stosunkowo ciężkiej, bardzo
merytorycznej książce Imperium bólu potrzebowałam jakiegoś mózgotrzepa.
Nie jest to ordynarne porno, w stylu książkowego makdonalda(taki wjechał na
słuchawki), a że chociaż dawno nie jechałam nigdzie pociągiem, to jednak pamiętałam,
że najlepiej w pociągu poczytać i to coś co wciąga, a jednocześnie nie zajmuje
dużo miejsca i nie waży dużo(dlatego odpadł Dostojewski). Autorka tej książki
już napisała jedną która mnie ujęła, więc po zobaczeniu zapowiedzi tej,
zamówiłam od razu. Chociaż dalej mam ale, do książek, których tytuł jest po
angielsku. Nie rozumiem tej maniery. No może jestem za mało wysublimowana, jak
przystało na starą babę ze wsi.