Ostatnio mam wrażenie, że czas mi
się kurczy i nie lubię go marnować. W drodze do pracy, zbierając się do pracy
słucham, albo podkastów, albo audiobooków. Poprzedni tydzień był tygodniem podkastów
i nieco wyprał mi mózg, zatem odpaliłam kolejnego audiobooka. Akurat niedawno
wyszła druga część serii „Grzechy Edenów”, ładna zielona okładka, a przede
wszystkim kojarzę, że tom pierwszy nie był taki zły. Zaczęłam słuchać, a że
miałam paznokcie, to i nadgoniłam sporo. Inna sprawa, że ta książka nie jest
obszerna, a fabuła też jest raczej prosta jak konstrukcja cepa, więc idzie
szybko.
Jestem zagorzałą fanką powieści
Edyty Świętek i wypatruję każdej serii z wypiekami na twarzy. Po Sandomierzu,
Krynicy, Niepołomicach przyszła pora na Kazimierz. Och jak liczyłam dni do
premiery tej książki. Do Kazimierza jeszcze nie dotarłam, chociaż już byłam
blisko kilka razy, może ta książka będzie dobrym pretekstem. Tradycyjnie,
lektura zajęła mi jeden dzień, ale weekendowy, więc liczy się inaczej. Teraz
znowu pozostaje czekać na następny tom. Ciekawa jestem, ile tomów jest
zaplanowanych/
Tematyka wsi i życia chłopów,
zwłaszcza doli kobiet na wsi, jest mi w szczególny sposób bliska. Gdy
zobaczyłam zapowiedź tej książki wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Oczywiście
kupiłam i odłożyłam. Dopiero stosikowe losowanie dało impuls do sięgnięcia po
nią. Bardzo żałuję, że moja Mama nie mogła jej przeczytać. Na pewno długo byśmy
ją omawiały, chociaż Mama nie była typową dziewczyną ze wsi, dziadkowie nie
mieli gospodarki, dziadek był wykształcony i z miasta, a i nasza wioska za
sprawą COPu nie była typową zabitą wsią na Wschodzie.
No bywa tak, że ktoś znajomy poleca
książkę, mam nadzieję, ze w dobrej wierze, a tu okazuje się, że przeczytali
tylko jeden tom, a ja jak już zacznę to lubię lecieć dalej i poznać całą serię.
Pierwszy tom skończył się tak, że musiałam przeczytać następny tom. Tom drugi
już był mniej porywający i szczerze trochę mnie zmęczył, ale uznałam, że trzeci
tom da mi wiedzę o tym jaką koncepcję miała autorka. Nauka na przyszłość, ja
polecam znajomym dobre książki, a mnie polecają jakieś randomowe, wystawiają
moją cierpliwość na próbę.
Po przeczytaniu Przysięgi
kłamstwa ewidentnie miałam syndrom sztokholmski. To jest książka o bardzo
patologicznej relacji i naprawdę daleko jej do ckliwych romansideł. Gdyby nie
to, że zakończenie bardzo mnie zszokowało i chciałam wiedzieć co tam się
wydarzyło, pewnie odpuściłabym tę serię. Drugi tom poszedł piorunem, ale może dlatego,
że był weekend. Trzeci tom już nie pójdzie mi tak prędko, głównie dlatego, że
albo dopadło mnie jakieś choróbsko, albo moja alergia wyjątkowo mocno
zaatakowała.
Sprawdziłam, tę książkę kupiłam w
styczniu 2023, to jest ogromny plus wyczytywania trupów, jeśli kupiłam książkę
z polecenia, to jeśli mi się nie spodoba, to było tak dawno, że nie wiem na
kogo pluć jadem. Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale kojarzę, że ktoś ją
bardzo polecał. Okazało się, że to śląska saga, co nawet pasuje, bo jakiś czas
temu było wiele książek, sag rodzinnych, właśnie o mieszkańcach Śląska, o historycznych
zawirowaniach. Dzięki tej książce możemy prześledzić ludzkie losy od
międzywojnia, po lata siedemdziesiąte.
Wypłata była tydzień temu, więc to
naturalne, że książki od biedy do bogactwa, szczególnie ze mną rezonują. Praca
prócz bycia źródłem dochodu, może być też źródłem książkowych inspiracji. Razem
z koleżanką mamy taki mini klub miłośniczek porno-romansów i niedawno żaliłam
się, że szukam romansidła w stylu Cory Reily a ona poleciła mi właśnie Przysięgę
kłamstwa. Audiobook ma nieco ponad osiem godzin, czyli dwa wieczory
haftowania, plus dojazd do pracy. Gdy zaczęłam słuchac miałam ochotę koleżankę
obsztorcować, bo ta książka jest bardzo odległa od tego co lubię u Cory, ale
jak w syndromie sztokholmskim nie mogłam przestać. No a zakończenie… zaczęłam
już drugi tom, nie tylko dlatego, że mam naprawdę dobrą fazę na haft.
Wróciłam do haftu krzyżykowego, a
żeby mieć jakieś tło i poczucie, że nie marnuję czasu odpaliłam sobie
audiobooki. Nie czytuję zwykle książek w stylu Żon Konstancina. Jednak
czasami zafiksuję się, na punkcie jakiejś książki i ten tytuł wpadł mi jakiś
czas temu w oko. Nie tak, żeby polować na niego nawet na promkach, ale skoro
miałam ten tytuł w subskrypcji, to w sumie dlaczego nie. Według opisu, audiobook,
to nieco ponad sześć godzin słuchania, a że słucham na przyspieszeniu, to
poszło piorunem. Pół poranka przeżywałam świat opisany w tej książce i w sumie
ja to się cieszę, że jestem biedna.
Od kilku lat każdą książkę Idy Żmiejewskiej kupuję od razu w przedsprzedaży. Uwielbiam te kryminały retro, bo
to nie tylko jakaś zagadka, to przede wszystkim prawdziwa podróż w czasie. Mamy
bohaterów, mocno osadzonych w realiach epoki, z prawdziwymi dylematami i emocjami.
Uwielbiam. Teraz zaś miała być powieść w której ważną rolę odkrywa książę Józef
Poniatowski, który mnie kojarzy się przede wszystkim z nurtami Elstery i długą
ulicą w moim mieście, przy której mam dentystę i jest tam wiecznie jakieś
ograniczenie prędkości, progi zwalniające i nie lubię tam jeździć. Jednak dla
autorki Poniatowski jest takim kraszem, jak dla mnie Franz Joseph, więc w imię
solidarności fanek denatów z historii, musiałam przeczytać.
Ostatnio mnie trochę życie
dojechało i niestety nie spaceruję z psami(ale koniecznie muszę do tego
wrócić), zatem ilość słuchanych audiobooków znacząco spadła, a dodatkowo ten
tak mnie zmęczył, że chociaż miałam kilka dłuższych tras, to jednak tak mi nie
było z tą książką po drodze, że chyba z miesiąc jej słuchałam. To
nieprawdopodobne, że Póki lato nas nie rozłączy było świetną, lekką
książką którą pochłonęłam, a ta szła mi jak krew z nosa. No, ale jestem uparta
i w końcu skończyłam, widziałam, że jest drugi tom, oby mnie nie skusiło.