poniedziałek, 15 września 2014

rzecz o... cytrynowej lawendzie

Po książce mocnej, takiej która rusza, daje po pysku szukałam czegoś lżejszego... Kupiłam "Lawendowy pokój", gdy zaś ułożyłam się do czytania, szukałam też jakiegoś nowego wosku do palenia. Wśród Kringli nic nie znalazłam i otworzyłam pudełko z YC do wypróbowania, a tam na wierzchu leży cytrynowa lawenda. O kurczę!! Co zapalić do książki o takim tytule? Tylko taki wosk. Chociaż, nie powiem... bałam się. Francuska lawenda to jeden z moich pierwszych niewypałów... ale YCmaniaczki na FB zachwycały się tym woskiem. Na sucho kilka razy go wąchałam i wąchałam się, nim go zamówiłam...  Przeleżał ponad miesiąc... w końcu przyszła jego pora. 





Lawenda i cytryna to dla mnie nieznane połączenie, nieco niebezpieczne, oba zapachy łatwo wpadają w nutę kibelkową, zalatującą tanim odświeżaczem. Cytryna łatwo staje się chemiczna, lawenda zaś jest od krok od zapachu zatęchłego. Kolor wosku jest pastelowo fioletowy, taki jasny bez, mleczny fiolet, dajny kolor, naklejka pokazuje po prostu czym to ma pachnąć.... Pachnie na sucho i przez folię, fajnie kojarzy mi się z jakąś żelową świeczką, którą przywoziłam rodzinie i znajomym z nad morza, wiele lat temu. Taki lawendowy zapach z orzeźwiającą nutką... zapowiadało się całkiem, całkiem. 




Ułamałam do kominka dużo...  zwykle daję mniej, ale zapach był niezbyt mocny, więc tak przezornie... odpaliłam kominek i Łooooo Mamo!! Killer. Nie miałam jeszcze wosku, który pachnie tak mocno. Po prostu MOC. 
Nuta cytryny przeplata się z lawendową i tworzy bardzo fajny warkocz zapachowy, nie wiesz kiedy kończy się  lawenda, a kiedy zaczyna cytryna. Zapach jest bardzo sympatyczny, letni i świeży, ale powtarzam - bardzo, bardzo mocny. Polecam dać połowę tego co dałam ja :P


 Ten  i inne zapachy kupicie na goodies.pl





niedziela, 14 września 2014

Brioche

Już we wczorajszej recenzji wosku pisałam, że wzięłam się za pieczenie. Mama wspomniała, że ma ochotę na ciasto o którym Jej mówiłam, drożdżowe kulki upchane w keksówce, które rosnąc, sczepiają się i tworzą fajną bułę do odrywania kawałków. W czwartek miałam robić ostatecznie, ale wróciłam za późno i masła nie miałam na tyle. Więc na sobotę zaplanowałam wyrabianie ciasta, a na niedzielę wielkie pieczenie. Byłam zaintrygowana tym przepisem. Do tej pory robiłam brioszki z przepisu >>>TEGO<<< i bardzo je lubię. Do herbaty gorącej... nie ma nic lepszego, chyba że inne drożdżowe...


Przepis znalazłam na moichwypiekach jeszcze z tradycyjnych czasów:




Składniki na 2 bochenki:
375 g mąki jasnej chlebowej50 g drobnego cukru7 g saszetka drożdży suchych lub 14 g drożdży świeżych1 łyżeczka soli100 ml mleka3 jajka + 1 do posmarowania175 g miękkiego masła
W mikserze wymieszać mąkę, cukier, drożdże i sól; dodać mleko, 3 jajka i kontynuować miksowanie do otrzymania gładkiej masy (5 minut mikserem lub 8 minut ręcznie). Dodać miękkie masło i miksować dalej (5 minut mikserem lub 10 minut ręcznie). Gotowe, gładkie ciasto przełożyć do naoliwionej miski, przykryć folią i pozostawić na całą noc w lodówce.
Nieduże keksówki (u mnie jedna forma o dolnych wymiarach 21 x 11 cm i druga trochę mniejsza) wysmarować masłem, wysypać bułką tartą lub kaszą manną. Ciasto wyjąć z lodówki, podzielić na 16 równych kulek. Układać je w keksówce w dwóch rzędach, aż wypełnią całe dno (po 8 kulek na formę).


Teraz moment wymagający najwięcej ... cierpliwości. Przykryć, pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na 3 godziny (u mnie 3h 15m), aż ciasto podwoi objętość.
 
Wyrośnięte, posmarować roztrzepanym jajkiem. Piec w temperaturze 180ºC przez około 20 minut. Można przykryć od góry folią aluminiową, by się zbyt mocno nie spiekły. Studzić na kratce.

 Ponieważ Tata wciąż nie oddał mi ŻADNEGO aparatu, fotki są robione moim badziewnym telefonem, toteż są jakości tak beznadziejnej, że powinno mi być wstyd... i trochę jest, no było, bo wszamałam sobie kawałek tej bułeczki i... o mamuńciu. 

Kilka uwag o cieście.... 

* Dopiero dziś doczytałam o metodzie dla maszynistów i zagniatałam ręcznie, wyszło mi to na dobre, bo nic tak nie uwalnia od energii jak zagniatanie ciasta - super sprawa.

* Konsystencja... nigdzie nie czytałam jakie ma być to ciasto, było po wyrobieniu gładkie i elastyczne, ale miało konsystencję lepkiej KUPY, to był dramat... lepiło się do rąk, ponieważ nie miałam cukru drobnego, dałam zwykły i zanim się ich pozbyłam... ręka mi odpadała od wyrabiania.. ale i tak konsystencję miało denną.

* Konsystencja po wyjęciu z lodówki po całej nocy, schłodzona, lepka kupa, która trochę urosła i wyszło z niej masło...  kulanie z niej kuleczek - trudna sprawa i lepka.

* Keksówka, nie miałam takiego rozmiaru. Moja była węższa i dłuższa...



Ciasto jest wyborne... już skonsumowałam kawałek z herbatą... suuuuper. Ciasto będzie u mnie częstym gościem w jesienne wieczory!!

"Kobiety" - Stanisława Kuszelewska-Rayska

Bohaterkami książki Stanisławy Kuszelewskiej-Rayskiej są zdeterminowane i dzielne kobiety, które biorą czynny udział w walce z Niemcami. Są wśród nich te wykształcone i te proste, ale łączy je jedno, miłość do ojczyzny i miłość do synów oraz mężów walczących w obronie swego kraju. W obliczu zagrożenia stają do walki. Odnajdują w sobie niezwykłą siłę i podejmują ryzyko. Drukują ulotki, ukrywają Żydów, organizują szpitale powstańcze, szyją ubrania z tego, co mają pod ręką, oddają krew, by za zarobione pieniądze kupić na czarnym rynku to, co niezbędne. To obraz kobiet walczących każdego dnia o przeżycie. Nie dla siebie, ale dla ukochanych, którym trzeba pomóc, przygotować i dostarczyć paczki do obozu pracy.
W książce "Kobiety" Kuszelewskiej prosta kobiecina prowincjonalna, "mamuleczka", udziela reprymendy nie dosyć ostrożnemu wysokiemu dygnitarzowi konspiracji. "Podziemny oficer odruchowo sprężył się na baczność". I my tak robimy, zamykając przeczytaną książkę. Melchior Wańkowicz, Książka o kobietach w Polsce ("Wiadomości", 6 X 1946). 
Na obecne wydanie książki Kobiety Stanisławy Kuszelewskiej-Rayskiej składają się dwie pozycje: Kobiety oraz Dziwy życia, posłowiem opatrzył Sławomir Cenckiewicz.




Sierpień był w tym roku szczególny, rocznicowy, głośny od syren, ale i wrzesień skłania do refleksji. Tyle lat… tyle lat minęło od chwili gdy zawaliło się życie tylu osób „a lato było piękne tego roku”. Lubię wykorzystywać rocznice, jako pretekst do przeczytania jakiejś książki. Często patrzę w kalendarz, czytam jakąś notkę i bach! Okazuje się, że za dwa dni wypada jakaś fajna rocznica i bach! Ja na półce mam książkę związaną z tym wydarzeniem, czy osobą i czytam. Jednak muszę być z Wami szczera, do lektur tej książki nie skłoniła mnie rocznica wybuchu II wojny. Gdy przeczytałam zapowiedź tej książki byłam zaintrygowana, nawet już samym tytułem.
W ostatnich latach autorzy przypomnieli sobie, że historia nie była tworzona przez samych mężczyzn, że nie tylko oni walczyli i ginęli. Mnożą się książki o kobietach na froncie, w powstaniu, u boku dyktatorów z prędkością z jaką rozmnażają się li i jedynie bakterie… ale nie jest to zarzut, bowiem wśród tych książek znalazłam już tyle perełek, że po prostu warto po nie sięgać.

Aby przybliżyć Wam fabułę tej książki pozwolę sobie zacytować wstęp. Wstęp dający do myślenia i dobrze napisany: „Wkraczając do Polski w 1939 roku, Niemcy nie doceniali roli kobiet polskich. Mordowali je przez wrodzone okrucieństwo, lub w celu biologicznego wytępienia narodu polskiego, nie dostrzegali natomiast w kobiecie przeciwnika. Kobiety niemieckie są przeważnie bierne, mało inteligentne i z reguły stojące z dala od życia politycznego. Niemcy przypisywali te same cechy kobietom polskim. Pierwszy rok okupacji otworzył im oczy. Przekonali się ze zdumieniem, że Polka na równi z mężczyzną występuje czynnie do walki o niepodległość. Że dorównuje mężczyźnie w odwadze, inicjatywie, wytrwałości, gotowości bojowej, a góruje nad nim w wytrzymałości na tortury(…).”
Stanisława Kuszelewska-Rayska tworzy kolaż, opowiada o kobietach, które walczą, czekają, oddają życie, czas, zdrowie dla dobra Ojczyzny(znowu to dulce et decorum, est pro patria mori ). Na ten kolaż składają się notki o kobietach, dzielnych, wspaniałych. Nie wszystkie umarły, nie wszystkie cieszyły się z przeżycia. To taki obrazek ułożony z puzzli, tylko, że każda część układanki jest osobną historią i tworzy interesujący widok.

Ta książka ma przewagę nad „Bohaterkami powstańczej Warszawy”, chociażby przez to, że autorka nie skupia się na życiorysach. Już w samym wstępie mamy informację, że bohaterstwo kobiet było ponad podziałami, poza warstwami społecznymi, w bohaterstwie bratała się hrabina ze służką. Autorka nie częstuje nas kilkunastostronicową mini-biografią, nie wyciąga dziadków, dzielnie przelewających krew w powstaniu styczniowym i ojców pijących z Piłsudskim, ona pokazuje migawki z życia. Liczy się tu i teraz… bo w tej chwili żyjesz.

To była jedna z lepszych książek jakie czytałam, bardzo mocna… niekiedy potrzebowałam dłuższej chwili, żeby zaczerpnąć oddechu i zdystansować się. Ta książka przypomina zbiór opowiadań, lakonicznych, wyważonych napisanych w reporterskim, zwięzłym stylu i to jest największą zaletą tej książki, te krótkie zdania wbijają w fotel, lepiej niż barokowe, okrągłe pełne zawijasów zdania. Lakoniczność zabija metodą tysiąca cięć.

Za co autorka ma ogromny plus? Ona nie pisze o bieganiu z bronią, strzelaniu i krwi, ona pisze o takim codziennym bohaterstwie… mężczyźni chowali się w lasach i walczyli, kobiety czekały i płakały i cudownie zdrowiały gdy trzeba było syna nawrócić i Niemca zabić.

Autorka pokazuje, że wojna to nie była tylko Warszawa, nie tylko powstanie. Bardzo kompleksowa książka.

Ta książka jest piękna i wzruszająca, cudownie napisana, wzrusza i przykuwa uwagę. Jeżeli się wahacie… nie czyńcie tego dłużej, sięgnijcie po książkę tak prawdziwą i dobrą w doskonałym stylu.


Top, po prostu TOP!!

wieczór - po tygodniu pracy. 

sobota, 13 września 2014

rzecz o... świeżo pieczonym chlebie

Jak zapewne zauważyliście, mniej mnie na blogu. Otóż, jak już wspominałam, od sierpnia podjęłam dodatkową pracę(kolejna rzecz, którą lubię robić, lubię wychodzić do mojej pracy). Ponieważ dużo czasu spędzam w pracy, a tam nie palę wosków, jeszcze... to i woskowych recenzji jest niewiele... bo jak przychodzę do domu, albo mam ochotę na coś wypróbowanego, albo po prostu padam, idę spać i nic nie palę...

Pachnąca Wanna skusiła mnie promocją, miałam przyobiecaną piękną świecę do zakupu. Od razu, w pracy weszłam na stronę sklepu i zaczęłam dokonywać selekcji. Ten świeży chleb mnie kusił. Diablo mnie kusił. Słyszałam różne opinie. Skrajne, albo zachwyt, albo fuj i be.




W mojej wsi, niedaleko mojego domu, a prawie po sąsiedzku domu mojej Babci jest piekarnia. Zapach świeżego chleba od moich najmłodszych lat uwielbiałam ten zapach. Pamiętam wycieczki do piekarni o 13-14 po świeży chleb i powrót z jeszcze gorącym bochenkiem i odgryzanie piętki. I te żartobliwe połajanki za odgryzione tyle chleba :P(chleba nikt nam nie żałował, a połajanki były ze śmiechem : P ). 
Później, kupiłam maszynę do chleba, sama zaczęłam piec chleb, eksperymentować... ciasto drożdżowe, chlebowe, świeże, prosto z pieca pachnie tak obłędnie, że chyba żadne z nas nie przejdzie obojętnie obok piekarni, czy nawet odpowiedniego stoiska w markecie. Kocham, jestem uzależniona od tego zapachu. W lecie rzadko chleb piekę, ale w zimie wolę upiec niż przedzierać się przez zaspy....


Wiecie, że ja i woski spożywcze, to... no właśnie, czyżby ten wosk miał mnie zauroczyć?


Wróciłam dziś z pracy, a ponieważ ostatnio miałam sporo stresów, a to zamieniłam się zmianą, a to zostałam dłużej i miałam Brioche upiec już dawno, ale a to nie poszłam po masło, a to wróciłam o 20, a to o 24 i dziś mogłam zagnieść ciasto(ma leżakować przez noc w lodówce, więc oryginalny, bajeczny zapach będę miała dopiero jutro). A ponieważ tęskniłam za zapachem ciasta odpaliłam wosk i poszłam na obiad...

W tle - przepis na brioche
'


Na sucho... wosk pachniał chlebem, bezdyskusyjnie, ale raczej nie świeżym... no nic - pomyślałam, może rozpalony kominek złagodzi zapach, zrobi z niego subtelną i delikatną woń?

Niestety... gdy wróciłam do pokoju po obiedzie poczułam zapach... niestety nie jest to świeży chleb. Świeży chleb, dla tych którzy nie kupują chleba, nie pieką, lub kupują zafoliowany, pachnie świeżo, apetycznie ale i lekko... Ten zapach nie jest ani lekki, ani świeży, jest ciężki i przypomina raczej woń czerstwego chleba.

Nie tylko mnie ten zapach nie zachwycił, Mama skrzywiła się nie dzień dobry... nie wiem jak zużyję ten wosk. Pewnie dam mu jeszcze jedną szansę, ale to nie jest mój zapach. Wiem, że ma swoich fanów, ale ja - jak na obecną chwilę, na pewno się nie łapię. 

płonie - Fresh Baked Bread


A Ty? Jesteś fanem, czy wrogiem, aby przekonać się o tym, nabyć wosk możesz w sklepie Pachnąca Wanna



Zdjęcia pochodzą z mojego profilu na Instagramie

piątek, 12 września 2014

"Dobre dziecko" - Roma Ligocka

Nowa, długo oczekiwana powieść Romy Ligockiej!
Intymne wyznanie nastoletniej „dziewczynki w czerwonym płaszczyku”. Autorka odkrywa w niej nowy, do tej pory skrywany, fragment historii swojego życia. To opowieść o niezwykle emocjonalnej więzi córki z matką, o dojrzewaniu nastolatki, miłości, samotności i cierpieniu.
Punktem wyjścia jest odkrycie przez córkę romansu matki z żonatym mężczyzną. Roma, dojrzewająca nastolatka, czuje się przez matkę zdradzona. Przeraża ją cielesność i zmysłowość miłości, szpieguje więc matkę, aby uniemożliwić ten związek, ale też by poznać nieznane oblicze najbliższej jej osoby. Niezgoda na rzeczywistość jest w Romie tak wielka, że prowadzi ją do anoreksji. Autorka śmiało i szczerze po raz pierwszy opowiada o tym doświadczeniu i walce z pragnieniem śmierci.
Dziewczyna musi także stanąć do walki o życie swojej matki, która nie wytrzymując presji otoczenia i dramatyzmu sytuacji, podejmuje próby samobójcze. Jest to dla wrażliwej nastolatki przyspieszona lekcja dorosłego życia.
W powieść wkomponowane są fragmenty Pamiętnika Anny Abrahamerowej – babci Romy. Jest to piękny opis przedwojennego żydowskiego świata Krakowa: bale, stroje, luksus… Lektura pamiętnika jest dla Romy ucieczką od rzeczywistości, przeniesieniem się do ulubionego świata wyobraźni, ale też do historii własnej rodziny.



Ta książka chodziła za mną od ponad roku… nie wiem czy nie od dwóch lat. Wiedziałam, czułam, że jest warta przeczytania, ale ciągle coś mnie wstrzymywało. Dopiero promocja na stronie Wydawnictwa Literackiego, które sprzedaje książki – nówki, według Wydawnictwa bardzo zdewastowane, za pół darmo(stan świetny – wyprzedaż polecam), skusiła mnie skutecznie. Wyczekiwałam listonosza jak wyzwolenia… Zaczęłam podczytywać, tak od niechcenia… w końcu stwierdziłam, że nią będę się bronić, bo książka zasługuj na czytanie. Tak jak rzadko która. Nie jest dynamiczna, ale uczucia i świat w niej opisane, są jak gęsty roztwór, zanurzamy się w nim, w cudzym smutku i traumie i bodźce ze świata są przytłumione. Kraków, lata pięćdziesiąte… tam jesteśmy… Jedna z najbardziej wstrząsających książek jakie czytałam, chociaż spokojna jak płynąca leniwie rzeka, w której, pod powierzchnią jest cały burzliwy kosmos.

„Nie wiem, czy tam, dokąd lecę, może mnie spotkać nieoczekiwane szczęśliwe zakończenie – czy nasze losy kiedykolwiek mogą mieć jakiś happy end?”. Takie słowa czytamy już niemalże na samym końcu książki. „Dobre Dziecko” kończy się tam, gdzie Roma Ligocka zaczęła swoją opowieść, w Buenos Aires, siedząc nad brzegiem Rio de la Platta, z dystansu tysięcy kilometrów autorka patrzy na swoje życie. Bo tu jest inny świat. „Tutaj widać, jak nieważny jest czas. Może czas jest osobą? Trochę despotyczną, trochę złośliwą? Może tylko kpi sobie z nas, a my traktujemy go poważnie?” i tak od dumania nad naturą czasu przechodzi do własnego życia. Wiele przeżyła, na swój temat usłyszała wiele. Czy przeżyte w czasie wojny traumy pozwolą jej, tak po prostu żyć? Kochać? „Umiem tylko kochać. Nie umiem być kochana. Nigdy nie umiałam – nawet jako dziecko. Prosiłam, modliłam się o czyjąś czułość, o uwagę 0 zawsze dostawałam jej za mało. Byłam tylko samotną dziewczynką w obcym świecie i chyba ciągle nią jestem.” Holocaust zabrał jej dzieciństwo, rodzinę, korzenie, spokój i beztroskę.  Nie czytałam JESZCZE „Dziewczynki  w czerwonym płaszczyku”, wyobrażam sobie jaka to musi być mocna książka, bo Ligocka pisze o uczuciach dotykając duszy czytelnika, a skoro w czerwonym płaszczyku opisze życie w getcie, o którym w „Dobrym dziecku” mamy tylko wzmianki, to… książka będzie jak mocna i ostra jak policzek. Ligocka patrząc na swoje życie widzi, co zabrała jej wojna, z powodu żydowskiego pochodzenia musiała się ukrywać, porzucić dom, zmienić nazwisko. „Nigdy nie miała domu ani nawet własnego nazwiska – kazano jej zapomnieć, jak się nazywa. Kazano nauczyć się nowego nazwiska, kupionego za pieniądze. Po to żeby przeżyć. DO dziś, kiedy się przedstawiam, mam dziwne uczucie, wiem, że moje nazwisko tak naprawdę nie jest moje, a to prawdziwe moim być przestało.”  Dziecko, tylko dziecko, ale już zaszczute, nauczone ucieczki i strachu, a tej nauki się nie zapomina, nawet gdy Niemcy odchodzą, przychodzą komuniści, którzy nie są aniołami…

Roma wspomina życie po zakończeniu okupacji, chociaż czasami przewijają się również klatki z życia w getcie, w ucieczce przed Niemcami… to ją ukształtowało, nauczyło strachu, pozbawiło rodziny. Została z matką, owdowiałą i osieroconą kobietą, która wpędzi córkę w najgorsze kompleksy i neurozy. Tylko czy można ją za to winić? Matka Romy pochodziła z zamożnej rodziny(książka jest przeplatana fragmentami dziennika babci Romy), wyszła za mąż za gorzej sytuowanego mężczyznę, ale się kochali. Mąż umarł zaraz po wojnie, a reszta rodziny umarła w obozach, Ci co przeżyli stoją w rozkroku, pomiędzy życiem i śmiercią, przeszłością i dniem dzisiejszym. Wpadają w dziwną schozofrenię, z jednej strony chcą używać życia, bo po tej strasznej wojnie widać, jak krucha jest granica pomiędzy życiem, a śmiercią, a z drugiej pęta ich trauma, smutek… Gdy jeszcze Roma odkrywa, że matkę łączy romans z żonatym mężczyzną dziewczynka odsuwa się od niej. Jednocześnie kochając matkę, troszcząc się o nią, Roma brzydzi się tego co mama robi i nie pozwala się dotykać. „Myślę, że trudno jest komuś pokazać, że się go koca, bo ten ktoś nie zawsze może zrozumieć, dlaczego się coś mówi albo dlaczego się coś myśli… i czasem się kogoś kocha, ale się myśli, że on jest obcy… i nie wiadomo, jak mu to powiedzieć.” Kwintesencja nieporozumień z ludźmi, których kochamy.
Cała książka jest poruszającym wyznaniem, spowiedzią kobiety, która przeżyła już trochę i nie wstydzi się mówić o swoich traumach. Ligocka pokazuje nam swoje wnętrze, rozdarte, zastraszone… i mówi: „Wszyscy jesteśmy przedziwną mieszaniną strachu, słabości, dobrych intencji i złych uczynków. Szczególnie kiedy tkwi w nas zadawniony, nieuświadomiony lęk.

To co przeżyła autorka jest wstrząsające, metody wychowawcze, nerwice i historia, która od czasu do czasu upominała się o daninę.  To historia duszy, której odmówiono stabilizacji i ciepła… Poruszająca.

Naprawdę chciałabym Wam polecić tę książkę. Jest osobista, trudna bo sączy się z niej obezwładniający smutek,   warta jest uwagi i tego by ją przeczytać. Podobno niedługo ma wyjść kontynuacja… nie mogę się doczekać!!

Dobrze, że to mój egzemplarz, oblepiony karteczkami indeksującymi






Wszystkie cytaty pochodzą z książki: R. Ligocka, "Dobre dziecko", Kraków 2012

środa, 10 września 2014

Spotkanie

Poproszono o puszczenie dalej ten informacji. Ponieważ jedyna - jak na razie - książka Ziemca, zrobiła na mnie duże i pozytywne wrażenie. Przekazuję info



Nie wiem dlaczego ja nie spotykam na swojej drodze takich poukładanych ludzi...

Kto może być, temu zazdroszczę!


I drugie spotkanie, na które też bym się wybrała, ale niestety :( Praca



"Ogniem i mieczem" - Henryk Sienkiewicz

Ogniem i mieczem - pierwsza z trzech powieści historycznych napisanych ku pokrzepieniu serc przez Henryka Sienkiewicza w latach 1884-1888. Akcja powieści rozgrywa się w latach 1648-1651 w okresie powstania Chmielnickiego na Ukrainie. Pozostałe części Trylogii to Potop i Pan Wołodyjowski. Powieść była pierwotnie wydana w odcinkach w latach 1883 - 1884 w warszawskim dzienniku Słowo i, z minimalnym opóźnieniem w stosunku do Słowa, także w dzienniku krakowskim Czas. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się w 1884 w Warszawie. Wydanie książkowe miało inne zakończenie powieści aniżeli wersja wydrukowana w czasopismach. Część rękopisu powieści przechowywana jest w Ossolineum we Wrocławiu. Autor mija się chwilami z historyczną prawdą, co nie ujmuje dziełu wartości literackich. Sienkiewicz tworzył swoją powieść, aby podnieść na duchu żyjących pod zaborami Polaków


W sobotę, przypadkiem usłyszałam o akcji „Czytamy Trylogię”, a że dzień wcześniej Asieńka pisała mi, że choroba ją zmogła i czyta „Ogniem i mieczem”, przeto porzuciłam zamiar, aby zabrać się za mój ukochany, trzeci tom Trylogii ku pokrzepieniu serc pisanej i pomyślałam, że oto świetny pretekst do powtórzenia sobie „Ogniem i mieczem”. Do „Potopu” nikt mnie nie namówi, czytałam TO już ze cztery razy i – dla Boga Panie Wołodyjowski – nie namówicie mnie.
Pomysł czytania „Ogniem i mieczem” zaowocował. Oto otwierając tom drugi znalazłam kartkę z kalendarza… 135 dni przed moim narodzeniem. Matecznik czytała Trylogię, przepytywana przyznała się jeszcze do „Nocy i dni”, to wiele wyjaśnia, moje literackie gusta i aberracje.  Znalezienie tej kartki było miłym przeżyciem…. Polecam popytać Mamy co czytały, nosząc Was pod sercem… fajnych rzeczy można się dowiedzieć.



Ad rem, jednakże… Akcja pierwszej części Trylogii rozpoczyna się w dziwnym roku 1648. Pierwsze zdanie tej książki weszło do kanonu. Pewnie często słyszycie… jest też jednym z lepszych książkowych początków. Wprowadza klimat, intryguje. Cudo. Sienkiewicz ma to do siebie, że pisze tak, iż czytając przenosimy się w czasie, ja oprócz wędrówki do czasu buntu Chmielnickiego cofnęłam się do chwili, gdy pierwszy raz „Ogniem i mieczem” czytałam, a było to dawno. Bardzo dawno temu…


Jest przeto rok 1648, czas niespokojny, znaki fatalne, na Zaporożu się gotuje, a Rzeczpospolita słaba. Chociaż tak naprawdę o całym kraju wiele nie przeczytamy, Sienkiewicz zabiera nas na Ukrainę, gdzie straszny kniaź Jarema rządzi ręką żelazną, ale miłościwą. Tu wtrącę dygresję, musimy pamiętać, że Sienkiewicz pisząc ku pokrzepieniu serc historię traktowała instrumentalnie i naginał fakty do swych racji. Powiem Wam, że zakochałam się w Jeremim Wiśniowieckim stworzonym przez Sienkiewicza… Pomimo rządów mocnej ręki Ukraina stoi na skraju wojny, o racjach, które pchnęły Kozaków1) do buntu uczyliście się w szkole… Sienkiewicz zaś opisuję tę wojnę w sposób epicki, barwny, krwawy i sarmacki. Skrzetuski, namiestnik w wojsku Wiśniowieckiego wraca z Krymu, gdzie był z poselstwem, na stepie ratuje życie nieznajomemu, który na odjezdnym wyjawia mu swą tożsamość – Bohdan Chmielnicki. Chmielnicki ucieka na Sicz, a Skrzetuskiego z młodej piersi wyrwie się serce, wkrótce po spotkaniu ze strasznym wodzem, który utopi Rzpitą w krwi braterskiej. Otóż zmierzając ku swej destynacji Jan Skrzetuski poznaje Helenę Kurcewiczównę z jej stryjną, którym to białogłowom, psuje się wóz. Pomagając paniom w opałach Skrzetuski od pierwszego spojrzenia traci głowę dla Heleny, jak okazuje się – z wzajemnością, chociaż kniaziówna przeznaczona Bohunowi, kozakowi z iście ułańską fantazją. W samym środku kozackiego buntu Sienkiewicz z rozmachem opowiada nam dzieje trójkąta: Skrzetuski-Helena-Bohun. Opowiada o problemach Rzeczpospolitej, o porażkach o tryumfach o wielkich wodzach i tchórzach. O kanaliach, ale i rycerzach czystych i słodkich jak Longinus Podbipięta, a także o typowych sarmatach reprezentowanych przez pana Zagłobę.  Powieść wielowątkowa, barwna, żywa, skrząca humorem i wyciskająca z oczu łzy.



Naprawdę – nie znać to wstyd.

Kiedyś te książki znało całe społeczeńśtwo. Naród wychował się na przygodach Skrzetuskiego, kobiety kochały się w Bohunie, rogatej duszy ale mężczyźnie kochającym tak ognistą miłością, że aż destrukcyjną.



Być może mnie zganicie, ale ja należę do obozu Bohuna – zatraconej kozaczej duszy.  Gdy jako młoda, nastolatka czytałam tę książkę, łyknęłam afekt Skrzetuskiego, ale po kilkunastu latach przychodzi mi to trudniej, Sienkiewicz wali nas taką miłością od pierwszego wejrzenia, że Mniszkówna by się tego nie powstydziła.  Skrzetuski kocha, ale tak spokojnie, owszem miłość nie jest prosta, napotyka wiele przeszkód, które Skrzetuski przeżywa – tak jak powinien. Ale Bohun… sięgnijcie na początek tomu II, gdy uwozi Helenę do Jaru i przemawia do niej, namiętnie, pięknie, tak że niewieście serca topnieją. A później… zakończenie mówi samo za sibie. Zasmuciło mnie. Bohun dożywający swych dni w Rozłogach, które podniósł z popiołów…  szukający resztek ciepła we wspomnieniach minionych chwil, gdy ta którą miłował była blisko… gdy była obok, chociaż prawie jak siostra i czasami dała dobre spojrzenie.  Biedny Bohun…



Wątkiem, który od kilkunastu lat wyciska mi łzy z oczu jest, wątek śmierci pana Podbipięty. Ukochałąm tego słodkiego Litwina miłością wielką. Pan Zagłoba dworuje, książkę i rycerstwo kochają się w mocarzu, a ja za każdym razem trzymam kciuki za happy end dla niego. Prawdę o nim rzekł ksiądz podczas pogrzebu… wtedy to ja już płaczę i łkam na całego… Sienkiewicz kanalia umiał pisać takie sceny… już ja sobie z panem Henrykiem porozmawiam w zaświatach… Dlaczego Longinus nie mógł spełnić ślubów i ułożyć sobie życia… i nie mówicie mi, że wtedy z Anusią wątek by się zmienił…

Wiem, że ta książka to popkultura pozytywizmu, wiem jakim celom miała służyć i wiem, że to propaganda, ale wiem jak ja ją przeżywam, jakich wzruszeń doświadczam. Nie mogę sobie wyobrazić, że nie ma jej w moim życiu. Gdy ledwo umiałam chodzić, trzy tomy czerwieniły się z najwyższej półki w biblioteczce, dla małego Kaśka był to dystans równy temu dzielącemu Ziemię od Księżyca, spoglądałam, na te, w sumie sześć książek, emanowała z nich przygoda, piękno i dobro… były dla mnie symbolem zaklętego świata do którego muszę dorosnąć. Dorosłam, a one spełniły swą obietnicę…
Czytając  Trylogię pojąć możemy lepiej pokolenie Kolumbów, wychowane na tych książkach, które miłości do Ojczyzny uczyło się od Skrzetuskiego, którzy nad własne życie, prywatne szczęście cenił służbę Ojczyźnie. Czy zdziwi nas przeto, los jaki spotkał Michałka?


Przy okazji ostatniego czytania wzruszyła mnie scena, gdy do Skrzetuskiego zbolałego na ruinach Rozłogów przychodzi ksiądz i modli się przy nim modlitwą Pańską… i gdy próbuje przypomnieć Janowi, że to co go spotkało, od wyższej instancji pochodzi, próbuje dać mu pocieszenie w wierze…  mocna, poruszająca scena. Pierwszy raz AŻ TAKIE wrażenie wywarła…

Za to właśnie kocham Trylogię, powieści te czytam kolejny raz i znowu odkrywam fragment, który mnie zachwyca, który pokazuje się w innym świetle, z innej perspektywy… Wciąż i wciąż… nie mogę się doczekać, aż powtórzę sobie „Pana Wołodyjowskiego” : )


poniedziałek, 8 września 2014

"Gwiazd naszych wina" - The Fault in Our Stars






Hazel (Shailene Woodley) i Gus (Ansel Elgort) to para nastolatków, których połączyła błyskotliwość, niechęć do tego, co przeciętne i wielka miłość. Ich związek jest wyjątkowy - poznali się na spotkaniu grupy wsparcia dla osób chorych na raka. Hazel ma 17 lat i nadopiekuńczych rodziców, których bardzo kocha, mimo że czasem ją irytują. Z Gusem łączą ją nie tylko podobne doświadczenia związane z chorobą, ale także miłość do książek. Dziewczyna marzy, aby poznać autora ulubionej powieści, Petera van Houtena (Willem Dafoe). Wielokrotnie próbowała nawiązać z nim kontakt, ale bezskutecznie. Wytrwałość Gusa zostaje nagrodzona. Udaje mu się dotrzeć do pisarza i zostaje zaproszony na spotkanie w Amsterdamie. Postanawia zabrać ze sobą Hazel...



Nie jestem już nastolatką, ma to swoje plusy i minusy, do plusów zaliczyć muszę fakt, ze nie grożą mi zagrożenia na semestr,  luksus samodecydowania o sobie, a minusami wiekowe niedostosowanie do filmów i literatury młodzieżowej, która obecnie przeżywa renesans. Gdy z moimi młodszymi znajomymi wychodzimy gdzieś i ja nie chcę pójść z nimi wymawiając się, że jestem stara, słyszę że wszyscy jesteśmy 20+, niestety ja jestem ewidentnie 30- i to widać. Między innymi po tej ekranizacji. O dziwo… książka przecież mi się podobała >>>KLIK<<<

Hazel ma 17 lat żyje z wyrokiem. Rak tarczycy przerzucił się do płuc ograniczając jej możliwości oddechowe i zapewnił jej życie na wulkanie. Hazel wie, że długo nie pożyje, a wszędzie musi ruszać się z butlą tlenową. Zaniepokojeni rodzice wysyłają ją na spotkania grupy wsparcia osób z rakiem w Dosłownym Sercu Jezusa. Tam Hazel poznaje nieco starszego Augustusa, który żyje z protezą nogi, pomiędzy nimi rodzi się pokrewieństwo dusz, które przekształca się w zakochanie i miłość. Relację tę ułatwia fakt, że oboje mierzą się z rakiem, wiedzą co to cierpienie i lęk przed śmiercią, nie domyślają się – wiedzą.  Hazel czyta w kółko jedną i tą samą książkę, AUgustus kontaktuje się z autorem i wykorzystuje swoje marzenie(analogicznie do polskiej fundacji Mam Marzenie), na wizytę w Amsterdamie… pamiętajcie tylko, że książka jest o dzieciakach z rakiem, nie może mieć happy endu.

O ile na książce prawie się popłakałam, o tyle film oglądałam beznamiętnie… ba krytycznie patrząc, bo film jest robiony pod publiczkę, z zastosowaniem tak amerykańskich i przewidywalnych chwytów, że momentami, aż boli. No dobra, ale dlaczego pisałam o nieszczęściu bycia już nie-nastolatkiem, ano dlatego, że gdybym miała te naście lat może w oko wpadłby mi bohater grający główną rolę, ale on jest tak chłopaczkowaty, tak nieletni i niemęski!!! Że to było awykonalne. Justin Biber. Hazel zaś wygląda staro, ale jest ładna…

Nie chcę krytykować ludzi, którym film się podobał, ale on jest tak komercyjny, że przez to wyprany z wszystkich emocji. Hazel nie jest dzielną dziewczyną, ale rozkapryszonym bachorem, który ma pretensje do rodziców, że nie powiedzieli jej że znaleźli sobie zajęcie na czas, gdy ona już umrze. O wiele bardziej utożsamiam się z poglądami Pisarza-dupka.

Moim zdaniem film nie zachwyca niczym, ani muzyką, ani zdjęciami, ani nowatorstwem… jest spłyconą wersją książki. I tyle.

Przykro…


41/52










plakat i opis z filmweb

niedziela, 7 września 2014

"Powrót" - Izabela Sowa

Chcesz mieć coś na całe życie – zrób sobie tatuaż, bo z miłością różnie bywa. 
Dorotka rozczarowała wszystkich – zamiast skończyć ASP, zajęła się robieniem tatuaży, zamiast realizować gotowy scenariusz, zdecydowała się napisać swój własny – wyjechała.Teraz wraca: do kraju, do rodziców, do siebie.I choć nadal nie pasuje do wyobrażeń swoich bliskich, nie chce się już buntować i walczyć. 
Bo jeśli miłość i przyjaźń kiedyś się kończą, to czy dla kilku chwil szczęścia warto ryzykować?

„Powrót” Izabeli Sowy to opowieść o młodej kobiecie, której wydaje się, że dawno opuściła szkołę złudzeń, bo stanęła oko w oko z tym, przed czym ucieka pokolenie trzydziestolatków – z dorosłością. Okazuje się jednak, że życie potrafi zaskoczyć bardziej niż magia krainy Oz. 
Czy Dorotka okaże się na tyle silna, by na przekór wszystkim pozostać na swojej drodze?



Jak głosi wieść gminna Izabela Sowa pochodzi z miasta w którym i ja zaczerpnęłam pierwszego wdechu. Ponieważ moja przygoda z autorką zaczęła się w ciemnych latach, w których internet był dobrem luksusowym, a informacja o pochodzeniu autorki nie była podana na okładce, przeto fakt ten umknął mi. Po Sowę sięgnęłam przez/dzięki Mamie, która usłyszała o tej serii w radio(w której stacji były i chyba są nadal czytane fragmenty książek), kazała nabyć owocową serię i tak sobie czytałyśmy.  W sumie na półkach zgromadziłyśmy kilka książek Sowy, ale ja sama nie łasiłam się na kolejne, wydawane książki. Nim jeszcze dowiedziałam się, że Sowa to krajanka i mogłaby mnie zalać małomiasteczkowa zazdrość, uznałam jej książki za zbyt pesymistyczne…Taki realizm pozowany na fatalizm… specyficzna sprawa…

Najnowsza książka Sowy opowiada o Dorotce, kobiecie dojrzałej, dorosłej, która sporo już przeżyła, ale wciąż przez otoczenie postrzegana jest jako dziecko, stąd wieczne zdrobnienie jej imienia. Dorotka, porzuciła ASP(ku zgrozie matki) na rzecz nieco mnie prestiżowego zajęcia, mianowicie robienia tatuaży.  W salonach tatuażu zjawiają się różni ludzie, chcą się wygadać, opowiedzieć o tym co chcą wytatuować i dlaczego.  Dorotka nolens volens słucha…  słucha, ale z dystansu, bowiem jest , chce być? Wyalienowana. To może odruch obronny, bo każdy kogo dopuszcza bliżej zaraz organizuje jej życie, pokazuje lepsze ścieżki do szczęścia itp. A Dorotka ma swoją wizję i chce być sobą, począwszy od oryginalnego wyglądu, ubioru, aż po światopogląd…

Będę z Wami szczera, zmęczyłam tę książkę okrutnie… chciałabym napisać panegiryk, bo regionalna solidarność zobowiązuje, ale nie umiem. Nie śledzę kariery Sowy,  czytałam raptem jej pięć książek, ta jest szósta, wydaje mi się, że pozostaje wierna swojemu stylowi, to brutalny realizm z unoszącą się mgłą fatalizmu. Te książki są smutne… Świat Sowy nie jest światem miłym i przyjemnym, to arena nowej gigantomachii a człowiek skazany jest na rozdeptanie.

Książka jest przegadana, a właściwie przemyślana, w sensie, że przez większość czasu Dorotka snuje swoje przemyślenia, wspomina, czyni dygresje, co sprawiało, że gubiłam się jak ciotka w Czechach, bo nie wiedziałam, gdzie w danej chwili jesteśmy i co najważniejsze, w jakimż celu udaliśmy się w to, a nie inne miejsce w umyśle Dorotki.

Nie mogę tej książki odradzić, bo czytałam, że zyskała sobie grono fanów… mnie nie porwała, a znudziła, uśpiła i trochę zmęczyła. Jeśli już mam czytać Sowę, to pomimo pesymizmu, krwi płynącej po płytkach i oddartych warstw naskórka, które dyndają z bohaterów, sięgnę po Owocową serię…

sobota, 6 września 2014

"W garniturach" - Suits 2011

z filmweb
Dzięki swojej fotograficznej pamięci i ponadprzeciętnej inteligencji Mike Ross zdobywa pracę u Harveya Spectera. Jednak firma, w której pracuje, zatrudnia jedynie prawników z Uniwersytetu Harvarda.


Lubię seriale prawnicze. Zapewne jest to spowodowane moim wykształceniem i tym, że bardzo lubię oglądać procesy w systemie common law. Suits oglądałam niemalże od premierowych odcinków, niestety długie przerwy spowodowały, że porzuciłam przystojnych panów w garniturach, ale równo tydzień temu postanowiłam do nich wrócić. I wciągnęłam się, może bardziej niż pierwotnie.  Chociaż zwykle, gdy stracę do jakiegoś serialu serce... to rzadko wracam i się zakochuje.

Fabuła jest interesująca, młody chłopak Mike Ross uciekając przed policją trafia na spotkanie rekrutacyjne w dużej prawniczej firmie, która zatrudnia tylko absolwentów Harvardu, jednak jego inteligencja, buta a także fakt, że pozostali kandydaci są bezjajeczni, sprawiają, że Harvey Specter postanawia zaryzykować i zatrudnić chłopaka, który nie ma prawa uprawiać prawa. W ten sposób Mike Ross zaczyna pracować z Harveyem i razem tworzą naprawdę interesujący tandem. Ciężko to opisać, należy to zobaczyć. Harvey jest prawnikiem ze stereotypów, krwiożerczy, zadufany i - o bogowie - nieziemsko przystojny(a może to te garnitury?), Mike jest pracowity, ale okazuje dużo serca i przejmuje się ludźmi.

W kancelarii pracuje jeszcze szereg innych pracowników, każdy jest godny uwagi i wiele wnosi do akcji serialu. Pierwszy sezon jest naprawdę świetnie zrobiony, a ponieważ jestem w połowie następnego, mogę Wam szczerze polecić. Nie trzeba znać się na prawie, nie trzeba być amerykańskim jurystą, naprawdę nie pożałujecie czasy spędzonego na oglądaniu. 

Polecam!!


40/52
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Wg. Autorów ( w trakcie tworzenia)

Agata Christie (35) Agnieszka Lingas-Łoniewska (7) Aleksandra Szarłat (2) Alex Bellos (1) Alice Hoffman (1) Alina Białowąs (2) Aly Cha (1) Alyson Richman (1) Amy Hatvany (1) Andrzej Kępiński (1) Andrzej Markowski (1) Angele Lieby (1) Angelika Kuźniak (1) Ann Brashares (1) Anna Bikont (1) Anna J. Szepielak (1) Anna Jean Mayhew (1) Annabel Pitcher (1) Anne Brontë (2) Anne Tyler (1) Arthur Conan Doyle (1) Astrid Lindgren (1) Barbara Mutch (1) Barbara O`Neal (3) Becky Wade (1) Bill Bryson (1) Bożena Keff (1) Brenda Reid (1) Brigitte Hamann (1) Brygida Grysiak (1) Carla Montero (1) Carlos Ruiz Zafón (1) Cat Patrick (1) Cecilia Samartin (1) Cesarina Vighy (1) Chandra Hoffman (1) Charles Dickens (1) Charles Frazier (1) Charlotte Brontë (3) Cheryl Strayed (1) Chris Columbus (1) Christian Jacq (1) Chufo Llorens (1) Clive Staples Lewis (2) Colin Campbell (1) Conor Grennan (1) Consilia Maria Lakotta (2) Dan Brown (1) Daniel Silva (2) Danielle Steel (1) Danuta Awolusi (1) Debbie Macomber (2) Denis Brian (1) Dennis Lehane (1) Diane Chamberlain (6) Doda Około-Kułak (1) Dodie Smith (1) Donald Spoto (2) Dorota Combrzyńska-Nogala (1) Dorota Terakowska (2) Dörthe Binkert (1) Elizabeth Gaskell (4) Elżbieta Cherezińska (1) Emilia Sokolik (1) Emily Jane Brontë (1) Emma Donoghue (1) Eric Lomax (1) Erin Morgenstern (1) Eva Weaver (1) Ewa Bauer (2) Ewa Stachniak (1) Federico Moccia (4) Fern Britton (1) Fern Michaels (1) Francine Rivers (3) Francis Scott Fitzgerald (1) Gavin Extence (1) Georgia Bockoven (1) Giovannino Guareschi (5) Grażyna Jeromin-Gałuszka (1) Greg King (1) Grzegorz Sokołowski (1) Grzegorz Strzelczyk (1) Hanna Cygler (1) Helena Mniszkówna (1) Helga Hoškova-Weissowá (1) Hellmut Andics (1) Horacio Verbitsky (1) Håkan Nesser (1) Ibn Warraq (1) Izabela Jung (1) J.J. Renert (1) Jadwiga Czajkowska (1) Jan Miodek (1) Jan Paweł II (1) Jane Austen (2) Janina Fedorowicz (1) Jaume Collel (1) Jean-Jacques Sempé (1) Jean-Paul Roux (1) Jeannette Kalyta (1) Jennifer Kaufman (1) Jennifer Teege (1) Jerzy Bralczyk (1) Jerzy Sosnowski (1) Jill Barnett (1) Joanna Konopińska (1) Joanna Szczęsna (1) Joanne Harris (1) Joanne Kathleen Rowling (5) Jodi Picoult (19) John Boyne (1) John Curran (1) John Green (1) John Grogan (1) John Ronald Reuel Tolkien (2) Jolanta Kwiatkowska (1) Jordi Pons Salas (1) Julia Alvarez (1) Julia Child (1) Julia P. Gelardi (1) Julie Orringer (1) Józef Witko (2) Jürgen Thorwald (2) Ka Hancock (1) Kamil Janicki (1) Kard. Jorge Mario Bergolio (2) Karen Mack (1) Karolina Lanckorońska (1) Katarina Mazetti (2) Katarzyna Archimowicz (1) Katarzyna Kwiatkowska (2) Katarzyna Michalak (13) Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (2) Kate Lord Brown (1) Kerstin Ekman (1) Krzysztof Ziemiec (1) ks. Jan Twardowski (1) Leah Fleming (1) Lena Najdecka (1) Lily Koppel (1) Lisa Genova (2) Lisa Kleypas (1) Lisa Scottoline (1) Louisa May Alcott (1) Lucy Ferriss (1) Lucy Maud Montgomery (3) Lucyna Olejniczak (1) M.L. Stedman (1) Maciej Stuhr (1) Magdalena Kordel (2) Marc Llewellyn (1) Marcin Prokop (2) Marek Aureliusz (1) Marek Rybarczyk (1) Margaret Dilloway (1) Maria Dąbrowska (1) Maria Sveland (1) Maria Ulatowska (3) Marilyn Brant (1) Marina Stepnova (1) Martin Sixsmith (1) Matthew Quick (1) Małgorzata Gutowska - Adamczyk (1) Małgorzata Hayles (1) Małgorzata Maj (1) Małgorzata Szejnert (1) Małgorzata Tusk (1) Małgorzata Warda (2) Małgorzata Łukowiak (1) Melchior Wańkowicz (1) Melissa Hill (1) Meredith Goldstein (1) Mhairi McFarlane (2) Michał Heller (1) Mieczysław Mokrzycki (1) Mike Carson (1) Mira Suchodolska (1) Miriam Karmel (1) Mitch Albom (2) Monika A. Oleksa (1) Monika Szwaja (8) Nadine Gordimer (1) Natasha Walker (1) Ned Vizzini (1) Olle Lönnaeus (1) Papież Franciszek (2) Patrick Ness (1) Patrick Pesnot (1) Paul Arden (1) Paullina Simons (3) Penny Jordan (1) Peter Heller (1) Peter Kreeft (1) Platon (1) Pola Kinski (1) Priscille Sibley (1) Rachel Hauck (2) Rebecca Johns (1) Regina Brett (2) René Goscinny (1) Richard Paul Evans (6) Richard Phillips Feynman (1) Robert J. Woźniak (1) Roma Ligocka (2) Ryszard Legutko (1) Sally Bedell Smith (1) Sam Pivnik (1) Samantha Hayes (1) Samantha van Leer (1) Sarita Mandanna (1) Seré Prince Halverson (1) Shelley Emling (1) Stanisław Zakościelny (1) Stephanie Evanovich (1) Stephenie Meyer (1) Sue Eckstein (1) Sue Woolmans (1) Sylwia Chutnik (1) Szymon Hołownia (9) Szymon Sokolik (1) Terry Pratchett (1) Trygve Gulbranssen (2) Tullio Avoledo (1) Victoria Twead (2) Walter R. Brooks (2) Wiesław Myśliwski (2) Wilkie Collins (1) Yrsa Sigurdardóttir (4) Zośka Papużanka (1) Łukasz Maciejewski (1)

Pogoda w mojej okolicy