Pamiętam kiedy czytałam każdy jeden tom z serii Igrzyska Śmierci. Pierwsze trzy tomy czytałam w 2012, byłam na stażu, szykowałam się na wyjazd na wesele. Pierwszy tom mnie pochłonął, drugi wciągnął, trzeci kojarzył mi się mocno z Powstaniem warszawskim. Całą trylogię oceniałam na plus, ale filmy ujęły mnie tak sobie. Natomiast Balladę ptaków i węży odbierałam z paczkomatu wracając z wesela w środku pandemii(czerwiec 2020), pamiętam, że czytałam ją i miałam fazę na używanie kubka z łowickim wzorem(muszę go wygrzebać), nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia, nie rozumiałam zachwytów. Film widziałam i też mam ambiwalentne uczucia(to eufemizm). Z prequelami jest ten problem, że nikt nie czyta w myślach i nie zna przyszłości. Ciężko napisać później książke, która rozgrywa się wcześniej, żeby bohaterowie byli logicznymi bytami, by akcja miała ręce i nogi. A tutaj mamy nie jakiegoś marginalnego bohatera, ale mentora z Dwunastego Dystryktu, pijaka i buca.

