Ile
to już klasyków? Ile nerwów? Ile włosów wyrwanych, obgryzionych paznokci, łez,
śmiechu, szczęścia. Tej euforii, radości, że aż od środka pali, oczy się
ślizgają, a reszta jest milczeniem.
Kto nie zapłakał po ostatnim gwizdku, z rozpaczą nie zwiesił głowy, kto nie
poczuł tego zimnego skurczu serca, gdy piłka omiata siatkę nie tej drużyny, ten
nigdy nie poczuje tego cudownego, uskrzydlającego momentu, gdy po ciężkim meczu
może wznieść ręce i po prostu być radością. Czucie jest słowem za małym,
eufemizmem. Wtedy po prostu jest się szczęściem. Tak mam Rawie trzy dekady na
karku a kocham piłkę nożną, przeżywam mecze na równi z własnymi
egzaminami. Klasyk, El Clasico, Gran Derby, Gran Derbi to wydarzenie na skalę światową.
Gdy na jednej linii stają adwersarze, dwie najlepsze drużyny, Hiszpanii, świata,
piłkarski świat – nie tylko zaprzysięgli fani, wstrzymują oddech, kierują swoje
oczy na arenę na której rozpoczynają się igrzyska.
Te
igrzyska, już kolejne będą miały miejsce za dwa tygodnie. Nie wiem dlaczego
uroiło mi się, że dziś – żyję chyba w innym świecie. Aby się wprawić w ten
stan, w te emocje, chociaż wiadomo, że bez Ikera, to będzie bardzo dziwny
Klasyk, sięgnęłam po książkę Wrogowie,
którzy nie mogą bez siebie żyć, najlepszego sportowego wydawnictwa Sine Qua Non, które nie pierwszy już raz dostarczyło misportowo-książkowych wzruszeń. Jak dobrze, że są!
