O zbrodni połanieckiej dowiedziałam się pierwszy raz czytając Ziarno prawdy gdzie motyw takiej makabrycznej zbrodni był przywołany i pamiętam jak działał mi na wyobraźnię. Wcale nie łączyłam tego z nie tak znowu odległym Połańcem, dopiero niedawno temat wrócił przy okazji rozmów w pracy i wtedy zaczęłam czytać intensywniej i krew mi mroziło. Długo wzbraniałam się przed czytaniem tego reportażu, ale uznałam, że no zobaczę. Zaczęłam czytać i już mnie pochłonęło bez reszty.
Wigilijna
noc 1976 roku mieszkańcy wsi Zrębin udali się na pasterkę do kościoła w
pobliskim Połańcu, w trakcie Mszy Krysia Łukaszkowa została wywabiona przez
kuzynkę informacją że jej ojciec rozrabia po pijaku. Krysia, jej mąż i jej brat
Miecio Kalita ruszają do autobusów, którymi mieszkańcy mieli wrócić do wsi. W
drzwiach drogę zastąpił jej samozwańczy król Zrębina, który wypomniał jej, że
to na jej weselu doszło do pomówienia jego siostry i nie wpuścił jej do
autobusu. Krysia z mężem i bratem ruszyli do domu pieszo. Pi kilkunastu
minutach dogoniły ich dwa autokary i duży fiat. Jej nastoletni brat został
potrącony przez samochód, z auta wyszedł Jan Wojda ze szwagrem i kluczem do
autokaru zaczęli bić męża Krysi, która zaczęła uciekać przez pola. Jan ją
dogonił, głuchy na prośby dziewczyny „wujku nie zabijaj mnie”, pobił
dziewczynę. Z autobusu obserwowało to kilkadziesiąt osób, później do tego
autobusu włożono zwłoki, kawałek podjechano bliżej Zrębina, gdzie upozorowano
wypadek. Od wszystkich świadków Wojda odebrał przysięgę na krucyfiks i kazał
podpisać krwią. Milicji zgłoszono wypadek samochodowy, taką wersję potwierdzono
na sekcji. Zbrodnia idealna. Nieprawdaż? Jak to się stało, że jednak doszło do
wyroków śmierci.
Cała
ta sprawa jest po prostu makabryczna. Zbrodnia w Boże Narodzenie i to na tle
nie tylko feralnego wesela, ale zadawnionych konfliktów między Wojdą(nazwisko
zmienione) a dziadkiem Krysi i Miecia. Tak straszna nienawiść i przeświadczenie
o własnej bezkarności. To się nie mieści w głowie. Ten reportaż jest tak
kompleksowy, wnikliwy i wielostronny, że daje wgląd w całą tę misterną intrygę,
w zmowę myślenia. Niesamowite jest to, że skazani do końca brną w swoją
historię, zapewniają o własnej niewinności, a po trzydziestu latach ich rodziny
nadal twierdzą, że ich bliscy zostali fałszywie skazani. Myślę sobie o tym, że
ja przecież jeździłam przez Połaniec, a tak niedaleko doszło do takiej zbrodni,
gdzie ciągle żyją świadkowie tego zdarzenia. Dopiero w 2023 roku zmarła mama
Krysi i Miecia, do końca życia mieszkająca wśród ludzi, którzy tak długo
milczeli o śmierci jej dzieci. Bardzo mi siadła na psychikę ta lektura,
namieszała w głowie.

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo niesamowite, jak ta historia wciąż budzi dreszcze, mimo upływu lat. Najbardziej przerażające w reportażu Łuki nie jest samo morderstwo, ale właśnie ta psychologia tłumu i „alternatywny kodeks moralny”, o którym piszesz. To, że strach przed właścicielem ciągnika i źle pojęta lojalność sąsiadów wygrały z sumieniem, jest po prostu nie do pojęcia. Świetnie ujęłaś to przejście od fikcji u Miłoszewskiego do brutalnej rzeczywistości Zrębina.
OdpowiedzUsuń