Nim przeczytałam pierwszy tom opowieści o charakternych teściowych napaliłam się na tom drugi. Ciągle to robię, nie zliczę ile razy kupiłam hurtem jakąś serię, a ona teraz leży na półce bo nie mogę przebrnąć przez tom pierwszy, nie mam weny by zabrać się za tom pierwszy, lub tom pierwszy niemalże wpędził mnie do grobu i spowodował zatrzymanie akcji serca z nudów. Jednak ja się na błędach nie uczę i ciąglę gromadzę te serię, bojąc się, że wyczerpie się nakład powieści a ja zostanę w rozpaczy, bo arcydzieło przejdzie mi koło nosa. Po lekturze pierwszej książki z cyklu byłam już trochę spokojniejsza, Alek Rogoziński okazał się nie taki zły, jak Go opisywali, a ja nawet się ubawiłam, więc pełna najlepszych chęci sięgnęlam po Teściowe w tarapatach i poczułam podekscytowanie, po pierwsze do książki dołączone najlepsze na świecie Krówki Opatowskie, jest to korona stworzenia, niebo w gębie, najlepsza rzecz słodka, krucha, lekko kremowa w środku. Kocham krówki. A skąd krówki z Opatowa? Bo akcja będzie w Opatowie, co dodatkowo mnie ekscytowało, Was pewnie nie, bo Świętokrzyskie to taki trochę Kopciuszek wśród województw, niby Ojciec Mateusz rozsławia, ale nawet okoliczni opowiadają sobie tylko żarty o kieleckim.

