Powieść o sile ducha, jaką dają zasady i odpowiedzialność, nie tylko za siebie.
Iga, poprzez kolejne zamążpójście, wchodzi w posiadanie olbrzymiego majątku. Nie musi pracować, firmą zarządza mąż, a nad maleńkim synkiem czuwa sztab opiekunek i rodzina. Kobieta może zająć się poszukiwaniem substytutów szczęścia w postaci zabiegów w SPA, spotkań z koleżankami w drogich knajpkach oraz nabywaniem ekskluzywnych ubrań. Kilka razy w roku wyjeżdża na wakacje do dalekich miejsc. Ale nie zawsze tak było… I nie zawsze tak będzie. Nad firmą wisi widmo bankructwa. Iga musi podjąć walkę o zachowanie części majątku i uratowanie kilkudziesięciu hektarów rodzinnej ziemi, w tym pełnego wspomnień z dzieciństwa domu złudzeń. Ratując rodzinną schedę, Iga pobiera lekcję skromności. Nie jest już zapatrzona w siebie, a bolesne doświadczenia są dla niej etapem na drodze do budowania szczęścia.
Iwona J. Walczak przyzwyczaiła
mnie do trudnych książkę Książek, które pomimo bajkowych okładek, wcale nie są
słodkie. Tym razem dostajemy książkę w okładce idealnej na lato. Zapraszającej
by zabrać ją na plażę i zresetować się. Nic bardziej mylnego. Książkę
przeczytałam jakąś godzinę temu, a wciąż układam ją sobie w głowie i nie wiem
co mam o niej myśleć.
Iga jest dojrzałą kobietą.
Poznajemy ją gdy na Wyspach Kanaryjskich odpoczywa… no właśnie, odpoczywa, ale
od czego. Wyszła za mąż, jej mąż – Leszek – z rozmachem prowadzi firmę, areały,
piękny dom, zwitki pieniędzy. Iga nie zajmuje się nawet własnym synkiem – Stasiem,
a dawno porzuciła wychowywanie córki z pierwszego małżeństwa. No dobrze, nie
odpoczywa, jest na wakacjach i pełnymi garściami wydaje pieniądze. Ze złością
reaguje na jedną odmowę zasilenia nowymi środkami. Po powrocie do domu wszystko
się wali, firma na skraju bankructwa, mąż odchodzi. Koszmar. Dla Igi to bolesne
przebudzenie z letargu i kolejne zaczynanie od zera, z bagażem porażek.
Iga jest bohaterką, której bardzo
nie polubiłam. Poznajemy ją w chwili, gdy ignoruje wszystkie symptomy i trwa
uparcie w domu swoich złudzeń, gdy dom ten się zawala, ona wcale nie mądrzeje.
Nie mogę Idze współczuć, każda z katastrof spotyka ją na własne życzenie. Ba!
Byłam na nią wściekła, gdy firmę jej męża spotyka katastrofa, a ona zamiast go
wspierać, współczuć mu, miota tylko pretensjami. Ok. później się okazuje jaki
był jej mąż, ale moim zdaniem jej to nie usprawiedliwia.
Nie polubiłam bohaterki jest
egocentryczna i rozkapryszona. Cały czas porzuca dziecko, zważa tylko na siebie…
Niemniej jednak książka daje do
myślenia i tylko dlatego doczytałam do końca, pomimo tak irytującej Igi. Jaką
naukę możemy wyciągnąć z tej książki? Po pierwsze – nieważne jak stabilnie się
czujemy, może nas świat runąć. Ale też nie ma dna, od którego nie da się odbić
Nie chcę powiedzieć, że to
książka z gatunku cukierkowych czytadeł, które każą nam podążać za marzeniami i
siłą woli czarować rzeczywistość. Iwona Walczak zbyt wysoko ceni sobie
czytelnika, by wciskać taki kit. Gorzka jest ta książka, ale daje nadzieję,
jest przypomnieniem, że nigdy nie można się poddawać i na poprawę nie jest za
późno, póki budzimy się w łóżku, a nie leżymy w trumnie.




