Nowa Książka autorki bestsellera U mnie zawsze świeci słońce. Para Anglików, Victoria i Joe, skończyła właśnie przebudowę swojego życiowego nabytku - przytulnego domu w spokojnym, andaluzyjskim miasteczku. Trudy budowy oraz przetrwanie pierwszej hiszpańskiej zimy w opustoszałym El Hoyo zbliżyły Vicky i Joe do lokalnej społeczności. Teraz nasi bohaterowie wiodą ustabilizowane, wypełnione słońcem i dobrą kuchnią życie. Kiedy wydaje się, że już nic nie może zakłócić tej idylli, pod sąsiedni dom zajeżdża z impetem furgonetka z napisem „Ufarte. Ryby”. Jednak zamiast kontenera świeżych ryb, z ciężarówki wyłania się typowo hiszpańska rodzina. Mama Ufarte, Tata Ufarte, Babcia Ufarte, piątka dzieci Ufarte, a szóste w drodze. W jednej chwili spokój miasteczka El Hoyo zostaje zagrożony… Pełen humoru i autoironii styl autorki sprawia, że Andaluzja, Ole! jest idealną lekturą na wakacje oraz antidotum na wszelkie smutki. Galeria rewelacyjnie nakreślonych postaci na czele z Rodziną Ufarte oraz Geronimo, lekko podstarzałym i wiecznie „na gazie” fanem Realu Madryt, jest gwarancją, nieustających salw śmiechu. A pełne słońca i południowych smaków przepisy przeniosą nas do kraju hucznej fiesty i prawdziwej, latynoskiej radości życia. Która mimo pozorów senności tkwi w każdym hiszpańskim miasteczku. Pełen humoru i autoironii styl autorki sprawia, że Andaluzja, Olé! jest idealną lekturą na wakacje oraz antidotum na wszelkie smutki. Galeria rewelacyjnie nakreślonych postaci na czele z Rodziną Ufarte oraz Geronimo, lekko podstarzałym i wiecznie „na gazie” fanem Realu Madryt, jest gwarancją, nieustających salw śmiechu. A pełne słońca i południowych smaków przepisy przeniosą nas do kraju hucznej fiesty i prawdziwej, latynoskiej radości życia. Która mimo pozorów senności tkwi w każdym hiszpańskim miasteczku.
Wydaje mi się, że jestem
patriotką, nie wychowano mnie w kulcie zagranicy, w kulcie dolara, czy innej
waluty. Nie wpojono mi przekonania, że „zagranicą” jest raj na ziemi. Niemniej
jednak marzy mi się czasami wyjazd do Hiszpanii. Czasami myślę, że tam chciałabym
zacząć zupełnie nowe życie. Toteż lubię czyta książki o ludziach którzy
porzucili swoje dotychczasowe życie i przenieśli się na Półwysep Iberyjski.
Miałam nosa, przed tegoroczną zimą(która jest mroźna) przyszykowałam sobie
zapas takich książek. I gdy zima mi da się we znaki, biorę i czytam. „Andaluzja.
Ole!” to druga część opowieści o dwójce ludzi w średnim wieku, którzy porzucają
deszczową Anglię na rzecz słonecznej Hiszpanii.
Minęło kilka lat Viki i Joe
zadomowili się już w El Hoyo, wciąż nazywani się Anglikami, tu mała
niekonsekwencja tłumacza(chociaż nie sprawdzałam, czy obie książki tłumaczyła
ta sama osoba), w każdym razie w I tomie tłumacz nie przekłada hiszpańskiego
Ingles, tymczasem tutaj w tomie drugim – mamy przełożone na Anglicy! To nie razi, nie przeszkadza, to
określenie nie pada też, znów jakąś zawrotną ilość razy. Da się znieść.
Ciężko znieść szaleńcze napady
apetytu, gdy czyta się o iberyjskich przysmakach, gdy oczami przebiega się
przepisy. Tylko wyjątkowo silna wola i późna pora powstrzymywały mnie przed
udaniem się do kuchni i przygotowaniem sobie niektórych tapas, czy deserów. W
tej części jest zdecydowanie więcej dań nie dla mnie, albowiem nie jadam mięsa,
więc… niestety, ale jednak jest kilka przepisów dzięki którym będę mogła się
wyżyć kulinarnie.
No, ale nie jest to książka z
przepisami, li i jedynie, ani nawet, przede wszystkim. To zbiór zabawnych
historyjek związanych z przeprowadzką do innego państwa i próbą
zaaklimatyzowania się w nowej społeczności. Tak jak przypuszczałam, część druga
jest mniej zabawna niż część pierwsza. Niestety. Nie oznacza to że nie będzie
dobrej zabawy. Będzie, gwarantuję że się pośmiejecie, że lektura sprawi Wam
frajdę. Ba! Nawet wzruszycie się do łez.
Moim zdaniem jest to książka
słabsza od pierwszej części, jeśli się śmiałam, to nie były to już gwałtowne
wybuchy radości, bliżej im było do rozbawienia. Owszem Geronimo – wciąż niezawodny,
Paco z Rodziną, chociaż jest ich już
mniej, również dają radę. Miejsce Paco i jego rodziny zajęła bardzo
wielodzietna familia, która mnie by dobiła, gdyby zamieszkali obok mnie. Ale ich
wyskoki były źródłem rozrywki, zwłaszcza popisy i żądza zemsty osobnika nazywanego Fifi!
Dzięki tej książce przeżyjemy
Święta Bożego Narodzenia po hiszpańsku, poznamy nowe zwyczaje, nowe tradycje.
To była naprawdę ciekawa i miła lektura, ale jednak odrobinę słabsza od
pierwszego tomu. Tak ja to odbieram. Chociaż w tej części przeżywać będziemy
Mudnial i chociaż ja go tak dobrze pamiętam, nie znalazłam w tej książce emocji
towarzyszącej meczom, przeżywaniu, oczekiwaniu. Nic!
No trudno.
Nie żałuję jednak lektury ani
trochę. Wciąż chcę uciec do Hiszpanii!
.jpg)

