Bohaterką Wytwórni Wód Gazowanych jest nestorka rodziny Eleonora Jarecka, de domo Pstrońska, którą czytelnik poznaje jako Babkę w chwili jej gwałtownej i tajemniczej śmierci. Potem narracja cofa się o sto lat do momentu narodzin, dzieciństwa, czasu pierwszych miłości, małżeństwa i walki – nie zawsze etycznymi środkami – o dobre życie w czasach realnego socjalizmu. Relacje Eleonory z innymi nigdy nie są letnie, zawsze pragmatyczne, jak w przypadku ocalałego z zagłady Żyda Bluma, w którego domu zamieszkuje z rodziną, połączona więzią niechęci, poczucia winy, interesów i umiejętnością manipulowania ludźmi. To jego właśnie Eleonora namówi go do reaktywacji zniszczonej wytwórni wód gazowanych. Ale okaże się, że wszystko ma swoją cenę. Niekiedy krwawą.
W miarę jak płyną lata Eleonora próbuje rozliczyć się z własną przeszłością. Toczy spory z wnuczką, z którą łączy ją bardzo bliska, choć niełatwa, relacja. Sara zarzuca jej kreatywną pamięć i bardziej wyczuwa niż wie, że Babka nie do końca jest szczera. Ta nieustannie wraca do przeszłości, żeby ją sobie obejrzeć z innej perspektywy, uwypuklić jakiś jej detal, ujawnić prawdziwą historię, lub ją zatrzeć, ale nadal najważniejszy jest dla niej czas teraźniejszy. Smakuje ostatnie okruchy swojego życia i ukrywa stare tajemnice, których wierzchołek pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Wtedy okazuje się, że witalna i charyzmatyczna Eleonora, była trochę inna niż się wszystkim wydawała.
Kilka miesięcy temu przeczytałam
u Kasi, entuzjastyczną recenzję pewnej książki. Przypomniało mi się, że
chciałam ją przeczytać. Dlaczego do tej pory tego nie uczyniłam? Ano… może
poczta zgubiła… nie wiem. Postanowiłam jednak nadrobić ten brak. Bo na Kasinych
polecankach się nie zawodzę. Gdy zobaczyłam tę książkę u siebie w domu,
zdziwiłam się, nie przypuszczałam że jest taką cegiełką, ludzie – to mały
pustak. Ucieszyłam się, lubię duże książki, są obietnicą długich godzin, litrów
herbaty(od kiedy pijam w mojej, jednej czy drugiej 0,5 l filiżanusi, litr
herbaty to nie abstrakcja). Czytałam ją
powoli, delektowałam się, chociaż… spodziewałam się nieco innej treści, po
okładce i po pierwszych zdaniach…
Posłuchajcie:
Umiera Eleonora, to nie jest
takie niezwykłe, dożyła prawie stu lat… żyła długo i do końca zachowała
sprawność i umysłu i ciała. Czy śmierć osoby w tak zacnym wieku może smucić?
Jej pierworodna wnuczka Sara nie czuje, ani zmęczenia, ani obezwładniającej rozpaczy.
Śmierć Eleonory jest pretekstem do podróży przez wiek, przez różne ustroje,
sytuacje, poznanie świata przez pryzmat ludzi z którymi się spotykała, przez
namiętności jakie nią targały.
Ciekawe i długie życie, taka była
egzystencja Eleonory. Niemalże od narodzin była wyjątkowa, niepokorna, stająca
okoniem. Dążyła do realizacji swoich celów i umiała wydrzeć życiu to co
chciała. Najpierw walczyła z matką, która miała również mocny charakter i
wybujały temperament. Gdy Eleonora poczuła, że ma dosyć kolejnych ciąż matki,
kolejnych dzieci do niańczenia – wyjechała do miasta i tam, jak mogła
korzystała z życia. Miłostki, przyjaźnie, wreszcie małżeństwo – zawarte z
jednego z dziwniejszych powodów o jakim czytałam. Później trudy wojny, otarcie
się o śmierć i powojenna rzeczywistość realnego socjalizmu. O fabule książki
można by pisać i pisać i streścić całą książkę, a i tak o połowie bym nie
wspomniała. Wierzcie mi – fabuła pomimo, braku
sensacji – sensu stricte jest porywająca. Powieść rzeka, która wciąga
nas w swój nurt i nie pozwala wyrwać się z kipieli.
Tak, spodziewałam się wyraźniej
akcji, wyraźnie zarysowanej fabuły. A dostałam „Wytwórnię wód gazowanych”.
Każdy musi mieć swoją wytwórnię… bo to jest książka… o mamo jak to tandetnie
zabrzmi, o życiu. O byciu sobą. Eleonora całe życie była sobą i walczyła przede
wszystkim o siebie. Przekonania polityczne, miewała, zwłaszcza gdy pomagało jej
to dogadać się z ustrojem. Rzadko mówi się o kobietach z tego pokolenia w ten
sposób. Zwykle to szare myszy, zniszczone kolejnymi ciążami, zniszczone
chorobami, wpatrzone tylko w, najpierw dzieci, później wnuki Kobiety, bez
własnego ja. Eleonora jest inna, dynamiczna. Zmieniała się jak kameleon przez
całe życie, czego symbolem była forma imienia…
Ta książka po prostu porusza… dla
mnie jednym z takich dramatyczniejszych fragmentów, który wyjątkowo zagrał mi
na wyobraźni była scena ze stogiem siana… Widziałam to, jakbym stała na tym
polu. Porażające… taka jest całą ta książka. Plastyczna, żywa i autentyczna.
Naprawdę polecam. Czy do niej wrócę? Oczywiście, że tak, tyle jeszcze w niej
czeka na odkrycie!
Z lewej strony na samej górze, jest ankieta :) Proszę w niej Was, abyście pomogli mi wybrać następną lekturę. Pomóżcie, powiedzcie, recenzję, której książki chcielibyście przeczytać.
Ankieta trwa do Walentynek :)

