Mam
wielką awersję do książek, które obiecują mi, że zapłaczę się ze śmiechu. Z
zasady ich nie tykam. Rzadko się na nich śmieję, zwykle jestem sfrustrowana.
Gdyby nie przypadek, ta książka nie trafiłaby pod moją strzechę, nie wiem czy
byłabym z tego powodu szczęśliwa – raczej nie. Bo książka jest ciekawa,
zwłaszcza dla osób, które nie parają się historią, ale chcieliby tego bakcyla
złapać, może akurat w tej książce znajdą coś, co będą chcieli zgłębić i tak po
nitce – do kłębka.
Niepokojące
jest jednak to, że humor, który miała mi ta książka poprawić, zważył się, gdy
na początku przeczytałam o jednym z bohaterów, który na przełomie XIX i XX wieku wyjeżdża do
stolicy Rosji – Moskwy… Już momentalnie książka staje się pozycją tylko dla
mnie i nie pożyczę jej nikomu z tego względu, że nie zwykłam pożyczać książek z
błędami. No przykro… A jeden z autorów uczy historii.
