Najnowsza powieść jednej z najwybitniejszych polskich pisarek. Naznaczona emocjonalną intensywnością historia kobiety, próbującej przełamać towarzyszące jej od zawsze poczucie wyobcowania i poszukującej porozumienia z matką, z którą zawsze łączyły ją trudne relacje.
To najodważniejsza, najbardziej osobista książka Magdaleny Tulli. Autorka odkrywa w niej uniwersalną prawdę o kondycji ludzkiej, w którą wpisany jest pierwiastek obcości, niedostosowania, a także dojmująca potrzeba wzajemnego zrozumienia i wybaczenia.
Bywa, że kiedy przeczytam Książkę,
kiedy mam kontakt z Literaturą przez duże „eL”, żałuję, że nie jestem
literaturoznawcą. Na studiach nauczono mnie analizować suche akty prawne, a nie
teksty w których ktoś obnaża duszę. Nie nauczono mnie jaka książka jest dobra,
obiektywne, ale umiem dostrzec, gdy któraś dotyka rozżarzonym węglem mojej
duszy. Wiem, brzmi to tak patetycznie, jakbym pisała dialogi do taniej
peruwiańskiej telenoweli. Sorry, taka książka.
Książka Magdaleny Tulli to strumień
myśli. Myśli, jak to z ich natury wynika są chaotyczne, plączą się schodzą na
manowce dygresji, ale tworzą obraz kompleksowy, osobisty. Są kontekstem.
Przyszykowałam sobie do czytania tej książki zakładki indeksujące, ale prędko
zaniechałam próby ich użycia… równie dobrze mogłabym wziąć w cudzysłów całą
książkę, każde zdanie, każde spostrzeżenie… bo tylko tak uwolniłabym się od
poczucia, że wybrałam jedno zdanie kosztem innego, może jeszcze lepszego.
W tej książce śledzimy życie i
przeżycia dziewczynki… dziecka, które przechodzi przez traumę dzieciństwa.
Chyba dzięki tej książce uświadomiłam sobie, że te wszystkie lata tęsknoty za
dzieciństwem, za jego beztroską, są zasnute mgłą zapomnienia. Jak zwykle chcemy
pamiętać to co wspaniałe, sielskie, anielskie. Tymczasem dzieciństwo nie jest…
nie zawsze jest rajem. Nigdy nim nie było. Tulli pokazuje nam cholernie trudny
świat, świat kpiny, wyśmiewania. Sam fakt odebrania dziecku głosu, odebranie
prawa do obrony, jest już czynem nieludzkim.
Dziecko, które nie może znaleźć zrozumienia w świecie realnym tworzy
sobie swój własny świat, w gruncie rzeczy to smutne, ale może być inspirujące i
w tym smutku kreatywne.
Naprawdę, gdy chcę napisać o tej
książce, wszystkie moje słowa stają się szare i małe. Stają się eufemizmami,
lub napakowanymi patosem szczapami.
Ta książka jest intymna i prawdziwa,
poruszająca, jak „Dobre dziecko” Ligockiej.
