Gdy słyszę Szymborska, w pierwszej chwili jestem pewna, że znowu jestem uczennicą liceum i zaraz ktoś wezwie mnie do tablicy, bym zanalizowała jakiś wiersz, koniecznie na cztery kartki papieru kancelaryjnego, a gdy źle zinterpretuję kolor, który w wierszu ma ściana, usłyszę półgodzinny monolog o tym, że nie zdam matury i moje życie się skończy. W gimnazjum lubiłam poezję, trzy lata liceum wyleczyły mnie z tego na tyle skutecznie, że chciałam w większych miastach palić na rynkach tomy poezji. Musiało minąć kilkanaście lat, żeby wyleczyć się z tej traumy i tak pomogły mi w tym biografie poetów, w które wplatane były wiersze, subtelnie, stawiałam krok, może nie do stania się koneserem wierszy, ale jestem kimś, kto od czasu do czasu bierze z półki jakiś tomik i czyta na chybił-trafił, aż znajdzie coś, co zaspokoi głód.