No w końcu pierwszy wrześniowy trup z półki za mną. A kumulacja owej trupowatości jest spora. Książka trafiła do mnie lata temu, bo oczywiście zafrapował mnie tytuł. Lubię te galicyjskie klimaty, ale oczywiście nie aż tak, żeby zabrać się za lekturę niezwłocznie. A rok temu na wycieczce w Wiedniu, nasza przewodnik bardzo negowała fakt, że Rudolf zastrzelił sam siebie(i kochankę) i przywołała nawet zapiski guwernantki małej Erzi. To przypomniało mi, że ja przecież mam tę książkę i wpisałam ją wówczas do trupiej listy. No i w końcu przyszła jej kolej. Szkoda, że ta kolej przypadła na okres mojego czytelniczego przestoju.



















