Co roku do słoika z
losowaniem trupów trafia książka Kristin Hannah, spowodowane jest to tym, że
uwielbiam jej książki i kupuję każdą, ale każda musi swoje odczekać. Magiczna
chwila uwiodła mnie swoją okładka, ale tradycyjnie coś odwróciło moja
uwagę. Na szczęście przyszła jej kolej i nieustannie hipnotyzowała mnie swoim wyglądem,
nawet żałowałam, że nie poczekałam i nie kupiłam tej z barwionymi brzegami.
Jednak treść jest najważniejsza, chociaż gdy zaczęłam czytać, miałam
wątpliwość, czy na pewno mnie wciągnie.
Jedną z najbardziej
wyczekiwanych premier wiosny była książka Codzienność i groza. Trzecia
Rzesza w 1943. Okładka, która wyglądała jak propagandowy plakat i tematyka,
bardzo mnie przyciągały. Chociaż w sumie, jak zwykle, nie wczytywałam się w
opis i nie widziałam, czy to powieść, czy też naukowy traktat. Zawsze mnie
intrygowała Trzecia Rzesza od strony zwykłego obywatela. Zwykle książki o
takiej tematyce dotyczą, albo opozycjonistów, albo już końca wojny, gdy
wszystko jest wiadome, Niemcy dowiadują się o skali okropieństw, a sami drżą o
własne życie. Ta książka miała być czymś zupełnie nowym.