sobota, 30 listopada 2013

"Tajemnice Pigalonii" - J.J. Renert

Książka Tajemnice Pigalonii autorstwa J. J. Renerta to pełna absurdalnego humoru historia Stanleya McPiga, prezydenta krainy świń, funkcjonującej przez wieki za Wielką Zasłoną w całkowitej izolacji od świata ludzi. Wskutek intrygi swojej sekretarki Stanley traci stanowisko w sex-aferze, a rządy jego następcy - Wielkiego Kapłana Ni Czi doprowadzają do przypadkowej likwidacji pola siłowego Wielkiej Zasłony i wtargnięcia w obszar kraju amerykańskich wojsk. Zderzenie dwóch cywilizacji jest tragiczne w skutkach dla mieszkańców Pigalonii. Stanley McPig powraca do stolicy – Pig City wraz ze swym bratem, muzykiem Marvinem i z pomocą kosmicznych braci ratuje ojczyznę. Po brawurowym rajdzie latającym talerzem nad terytorium USA od uwolnionych z tajnego laboratorium świńskich naukowców, których wiedza jest wykorzystywana przez armię Stanów Zjednoczonych, dowiadują się o dramatycznym losie swoich słabiej rozwiniętych kuzynów. Wspólnie opracowują plan odwetu i uwolnienia spod ludzkiej dominacji całej trzody chlewnej… Tajemnice Pigalonii można określić jako animalistyczny thriller polityczny z elementami science-fiction, napisany w tonie pastiszu z wieloma cytatami popkulturowymi.


Trochę już znacie mój gust literacki. Na książkach zwykle płaczę, rzadko zdarza mi się śmiać. Bardzo rzadko. Śmieszy mnie Mikołajek, bawi Don Camillo, ale to są wyjątki. Zwykle książki, które, w zamyśle twórcy miały bawić, u mnie wywołują… politowanie.  Czasami niesmak. Rzadko, bardzo rzadko autor osiąga swój cel i mnie rozśmiesza. Szkoda, bo ja tak lubię się śmiać.
Kiedy dostałam mejla z prośbą o recenzję książki o  intrygującym tytule „Tajemnice Pigalonii”, długo się wahałam. Bo jednak nie lubię jeździć po książkach. Tym bardziej, że autor polski, własnym sumptem wydał książkę.  Zaryzykowałam i… kurczę strzał w dziesiątkę!! Jakie książki są promowane, skoro tak oryginalna, dobra, inteligentna książka, musi być na siłę wpychana na rynek.

Książka opowiada  o życiu w Pigalonii, kraju świń, kraju gdzie rządzi Prezydent Świnia, narodowym sportem jest taplanie się w błocie. Brzmi znajomo? Ależ moi Drodzy to tylko książkowa fikcja ; ) Mamy narodowego kapłana który pomaga kontaktować się prostym świniom z ich bóstwem. Wszystko jak w życiu, naszym, codziennym, tylko lepiej. Pigalonia ma tę przewagę, że jest fikcyjna. To  bardzo interesujące miejsce. Pełne absurdów, które czytelnik zna z ekranu telewizyjnego dziennika, wszystko takie ludzkie, chociaż pokazane w krzywym, świńskim zwierciadle.
Wiadomo, nawet świnie nie mają sielskiego życia, również Pigalonia nie jest wolna od trosk. Nie jest tym bardziej, wolny od trosk jej prezydent. Wszystko szło mu gładziutko, w miarę, do czasu skandalu podczas dekoracji tryumfatora w narodowym sporcie, czyli w  taplaniu. Skandal ów rzuca nieciekawy cień na życie małżeńskie pierwszej świńskiej pary. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Autor zabiera nas w zabawną podróż, podczas której na pewno nie będziecie się nudzić. Poznacie wiele świetnych, ciekawych świń i… nie będziecie chcieli wracać do świńskiej, tfu! Ludzkiej rzeczywistości.

Nie chcę bawić się w opisywanie fabuły, bo moim zdaniem, daleko mi do lekkiego pióra i świetnego stylu
... w książce urocze ilustracje ;)
Autora. Chcę zwrócić Waszą uwagę na tę książkę, bo obawiam się, że nie będzie się na Was rzucać z półek siciówek. A szkoda, aby pozostała w zapomnieniu. To kawał dobrej prozy, cechującej się nie tylko dobrym stylem. To, że ta książka mnie rozbawiła, nie znaczy, że automatycznie dostaje Nobla! Nie! Czytałam ją z ogromną przyjemnością, na mrozie i na słocie.

Kartki przelatują niepostrzeżenie, świetna i na poziomie satyra naszych czasów i naszego człowieczeństwa. Nie wiem, kto dokładnie kryje się za tym enigmatycznym pseudonimem, ale trzeba mu gratulować, bardzo dobra, zajmująca książka. Oby więcej było takich debiutów. Debiutów, które potrafią rozbawić, sprawić, że zapomnimy o rękawiczkach, bo będą przeszkadzały w czytaniu.

Polecam profil na FB Pigalonii 

poniedziałek, 25 listopada 2013

"Na wysokim niebie" - Danuta Awolusi

Pamiętacie, jak w dzieciństwie wasza matka chciała trzymać was blisko siebie, zachowując się przy tym, jak kwoka? Przypominacie sobie chwile, gdy wasz ojciec chciał wiedzieć o was wszystko, a wy tak bardzo pragnęliście swobody i prywatności? Poznajcie zatem Anię, dziewczynkę z "wolnego chowu", zmuszoną do uwicia własnego gniazda z książek, fantazji i trudów młodzieńczej codzienności. Czy życie wolne od nakazów i rodzicielskich uwag niesie ze sobą same przyjemności? Historia Ani stanowi wzruszającą odpowiedź na to pytanie, będącą jednocześnie opowiadaniem o zmaganiu się młodej osoby z wielką samotnością, problemami ludzi dorosłych, o odkrywaniu przyjaźni i znaczeniu autorytetów. Powieść "Na wysokim niebie", to nie tylko historia pełna pasji i emocji, to także propozycja dla tych, którzy chcieliby oderwać się od ziemi i poszybować w stronę słońca zwanego nadzieją.


O książce Danuty Awolusi słyszałam już wiele tygodni temu. Gdy Oleńka tak ją zachwalała, wiedziałam, że muszę przeczytać. Gdy Ona tak przeżywa książkę – biorę w ciemno. Chwilę jednak musiałam poczekać nim „Na wysokim niebie” trafi w moje ręce. Jest! Udało się, gdy wyjeżdżałam do Lublina książka czekała na mnie na biurku. Ale nie mogłam jej zabrać, nie miałam centymetra wolnego miejsca w torbie. Za to gdy tylko wróciłam w niedzielę do domu, do mojego ciepłego domku, miękkiego łóżka, znajomych kubków, od razu oddałam się książce. Całą sobą. Pewnie zarwałabym noc, gdyby nie fakt, że byłam potwornie zmęczona i kaprysy mojego organizmu, takie jak sen, po prostu wygrały. Doczytałam ją teraz – rano.
Piszę do Was jeszcze przełykając łzy wzruszenia, nieco porażona siłą emocji tej książki. Chociaż nie jestem ślepa na wady.

Ania to dziecko z którym  żadne z nas nie chciałoby siedzieć w szkolnej ławce. Na pewno pamiętacie takie osoby ze swoich lat szkolnych. Śmierdząca, gruba dziewczyna, stanowiąca idealny temat do żartów, kpin i okrutnych zabaw szkolnej codzienności.  Zawsze sama, zawsze winna. Wyalienowana. Dzieci w podstawówce nie patrzą na kogoś takiego jak na tajemnicę do rozwiązania. Nie zastanawiają się czy dziewczyna po prostu ma problem, może trzeba jej pomóc, ułatwić wyjście ze skorupy a wtedy okaże się że to człowiek kryształ. Nigdy w życiu, w podstawówce nie operuje się takimi pojęciami. Po prostu wyczuwa się słabszego osobnika i łoi ile wlezie.  Ania nie tylko jest fizycznie nieatrakcyjna, nie dba o higienę, nosi znoszone ubrania, po prostu jest inna. Czyta, pochłania książki, nie ma pieniędzy na dziecięce przyjemności. Odstaje jak tylko można.
Co się kryje za tą nieprzyjemną fasadą? Ano dziecko opuszczone przez rodziców. Matkę i ojca, którzy fizycznie z Anią mieszkają, ale córka nic ich nie obchodzi, jedynie ojciec podejmuje pewne „próby” wychowania córki, to jest, gdy dziewczynka zrobi coś co on uważa za naganne to ją bije.  Jedynym Azylem Ani jest biblioteka, wraz z Panią Sabiną, która jest dyrektorką tej instytucji. Pani Sabina jest pierwszą osobą, która przymyka nos, na nieprzyjemną woń dziewczynki. Patrzy sercem, widzi zagubioną samotną istotę i wyciąga do niej pomocną dłoń. Podsuwa książki, rozmawia, zmienia życie Ani. Jest pierwszym ogniwem w łańcuszku dobra, którego doświadczy Ania i który odmieni jej życie.

Ta książka jest tak intensywna, mocą. Nie ma chyba sposobu, aby uciec od skojarzeń z własną szkolną rzeczywistością. Przypomnieć sobie te nasze szkolne Anie, czy sytuacje gdy to my byliśmy Anią, opuszczoną, wyalienowaną, w klatce własnych myśli.  Ta książka na pewno nie ma abstrakcyjnej bohaterki, dla każdego z nas Ania będzie miała inną twarz, tak jak szkolne gwiazdy, zawsze na topie, skłonne do przemocy, aby ich wspaniałość mogła jaśniej błyszczeć na firmamencie szkoły.
To jest tak przejmująca książka, że dotyka aż do szpiku kości, poraża, sprawia, że czytelnik zamiera. Strony uciekają niepostrzeżenie, łzy płyną niezauważone. Taka piękna opowieść o samotności i zagubieniu, o tym że nie należy nikogo skreślać i najłatwiej walczyć ze światem, mając u boku kompana. O tym, że nikt nie jest skreślony na zawsze, póki będzie chciał walczyć, wierzyć, nawet gdy nie będzie śmiał marzyć.

Napisałam na początku, że książka nie jest bez wad. Bo nie jest. Największą wadą, oprócz tego, że zdecydowanie za szybko się kończy są pewne braki w charakterach bohaterów. Bohaterowie są jednowymiarowi, jeśli dobrzy, to wspaniali, jeśli źli, to okropni. Z doświadczenia wiem, że tak nie jest, nikt nie jest do końca zły, ani do końca dobry. Zawsze są jakieś rysy, które utrudniają nam szufladkowanie, Ania, Pani Sabina, Pan Maksymilian, oni wszyscy są jak złoto, można przypuszczać, że są aniołami, tymczasem nauczyciele w szkole Ani, koledzy to zło wcielone. Moim zdaniem dodanie kilku barw do obrazu tych postaci, ożywiłoby książkę, wzmocniło ją i nadało dodatkowej głębi.

Nie zmienia to faktu, że książka, jest niezwykła i warta polecenia, skojarzyła mi się z „Białą jak mleko, czerwoną jak krew”. Wyciskająca łzy z oczu i bardzo poruszająca, a także skłaniająca do refleksji. Chociaż może zakończenie mogłoby by być inne, bardziej niespieszne. Ale co tam! Naprawdę polecam Wam „Na wysokim niebie” do płaczu, na ciepłe bezpieczne wieczory.

Jak na debiut to naprawdę bardzo, bardzo udana książka!!!

niedziela, 17 listopada 2013

"Nowe przygody Mikołajka. Tom 1" - Jean-Jacques Sempé, René Goscinny

Pierwsza porcja przygód Mikołajka to 80 niepublikowanych dotąd w Polsce opowiadań zilustrowanych charakterystyczną kreską Sempégo. Mały urwis z paczką swoich kumpli – Alcestem, który bez przerwy je, Gotfrydem, który ciągle ma nowe zabawki i Euzebiuszem, który lubi dawać chłopakom w nos – nie wiedzieć czemu, zawsze wkurzą swojego opiekuna, Rosoła. A przecież za każdym razem chcą jak najlepiej. Arcydzieło duetu Goscinny-Sempé pokazuje, jak dorastać, żeby wciąż pozostać dzieckiem. Mikołajek to już klasyka, no bo co w końcu, kurczę blade! „Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce! No bo co w końcu, kurczę blade, ktoś musi być najgorszy, kiedy go nie ma!


Oczywiście, chyba każdy ma książki, które kojarzą się mu z dzieciństwem. Pierwsze przygody w świecie słów, pierwsze zamotanie w gąszczu zdań. Wiele sielskich wspomnień wiąże się u mnie z przygodami Mikołajka. Byłam małym dzieckiem, gdy Mama podsunęła mi małe, stare książeczki. To na nich się śmiałam do łez, potrafiłam godziny spędzić i niemalże wkuć na pamięć. A pamiętacie mikołajkowe słuchowiska? Piękne!!

Miałam osiemnaście lat gdy Znak wydał „Nowe przygody Mikołajka”, akurat zbliżały się klasowe mikołajki, więc dogadałam się z koleżanką, która miała mi sprawić „niespodziankę”, że brakującą sumę(klasowe prezenty miały cenowy limit) dopłacę. I miałam! Wymarzonego, ukochanego, przezabawnego Mikołajka. Tuż po osiągnięciu pełnoletniości dostałam książkę, która kiedyś zdominowała moje dzieciństwo.
Próbowałam miłością do Mikołajka zarazić Siostrzenicę, niestety, chyba nie powstała książka, która zachęciłaby ją do czytania. Będąc z wizytą zauważyłam na półce pierwszy tom przygód Mikołajka, który ongiś jej pożyczyłam. I to stało się pretekstem do wyszarpnięcia z półki białego tomiszcza, które stało, nieco zapomniane, zakurzone, z zakładką zatkniętą, gdzieś pomiędzy stronami. Utkwił pomiędzy stronami śmiech osiemnastolatki, zestresowanej maturzystki. A ja wykorzystałam każdą minutę, każdy posiłek, każdą chwilę, aby uciec do Francji i razem z rozkosznym łobuziakiem, jego przyjaciółmi i rodzicami przeżywać najróżniejsze perypetie i śmiać się do oporu.

Lektura zajęła mi niecały dzień, a przecież byłam w pracy i oczywiście na posiadówce wieczornej… Moim zdaniem Mikołajek to coś więcej nić książka dla dzieci, to cały mikrokosmos, zbiór uniwersalnych historii, które bawią, ale i napełniają nas ciepłem. Są historyjki, które docenimy dopiero będąc ludźmi dorosłymi (chociażby tą o Tacie Mikołaja na diecie), takie, które powalą nas ironią(Mikołajek, który robi porządek w domu), ale też ponadczasowe, rozbrajające opowieści o chłopcach, którzy przechwalają się, blagują, walczą o dominację w grupie a jednocześnie przyjaźnią się bez względu na wszystko(nawet z tym wrednym pupilkiem Ananiaszem).

„Nowe przygody Mikołajka” to z pozoru dość kosztowny prezent(okładkowa cena 44 zł) ale gdy porównany go do tych pojedynczych książeczek, które kosztowały sporo powyżej dwudziestu złotych a zawierały kilka opowiadań, wydaje się, ze 44 zł za ponad sześćset stron dobrej zabawy nie jest zawrotną kwotą.

Ta książka to portret czasów, które przeminęły, dzieci o niezwykle wybujałej, zabójczej dla nerwów rodziców fantazji. Z braku komputerów znajdują sobie najprzeróżniejsze zajęcia, od zabawy w ciuchcię, przez grę w piłkę, zabawę w lokomotywę, po niezwykle fantazyjne zabawy. Mamy Rodziny w których Mamusie siedzą w domu, zawsze w kuchni(od czasu do czasu z przyjaciółkami popijając kawkę) i przygotowują uczty godne Masterchefa, a tatusiowie zarabiają na dom, zawsze są zmęczeni, świecą dziecku przykładem, a ostatnie zdanie w kłótni z mamusią należy do tatusia, który ma żonę pocałować i przyznać jej rację, a także przeprosić za to, że sam tej racji nie miał.
Cała plejada genialnych, wyrazistych postaci, bezimiennych często, tak jak  Bunia, Pani Nauczycielka, Dyrektor, niby tylko gdzieś tam w  tle, ale tak charakterystyczni, dodający charakteru tej książce.

Dobrze, że mam jeszcze książki z serii o Mikołajku, na pewno nigdy się ich nie wyzbędę, będę do nich wracać. Bo są lekarstwem na gorycz świata, poprawiają humor i przenoszą mnie w cudowne czasy.
Świetny język i genialne rysunki czynią z tej książki ponadczasowe arcydzieło!

sobota, 16 listopada 2013

"Wszystko w porządku. Układamy sobie życie" - Szymon Hołownia, Marcin Prokop

Hołownia i Prokop są przyjaciółmi, ale żyją na dwóch różnych planetach. Tym razem postanowili nieco na nich posprzątać, posegregować odkurzone graty i podzielić się ze światem tym, co odkryli. W 76 pudełkach zamykają więc wszystko, co ich bawi, przeraża, zachwyca i wkurza. Kilogramy anegdot, tony bardzo osobistych wspomnień, dziesiątki ciekawostek. Hołownia, przeglądając pudła Prokopa, łapał się za głowę z przerażenia. Prokop nie mógł uwierzyć, że Hołownia naprawdę lubi to, do czego się tu przyznaje, że lubi. Tylko tutaj można znaleźć fragmenty nigdy niewydanej powieści Hołowni czy kultową dyskografię, bez której Prokop nie byłby Prokopem. Jeden z autorów ujawnia, na co wydał pierwsze ukradzione pieniądze, drugi zdradza, co lubi robić po godzinie 22. Oprócz tego autorzy książki rozstrzygają wiele innych frapujących kwestii, na przykład: • Jak zostać gwiazdą salonów oraz ekspertem od wszystkiego? • Czy artyści mogą podpalić albo zbawić świat? • Jak brzmi cała prawda na temat telewizji? • Różaniec czy smartfon? • Jak skutecznie modlić się o cud? • Bogowie popkultury czy święci Kościoła? • Wiedzieć czy wierzyć?


Uwielbiam Szymona Hołownie… pomyślmy od kilku lat, moja praca magisterska była na etapie mojej obecnej pracy, czyli „gdzieś lecz niewiadomo gdzie”. Było to kilka lat temu i przypadkiem natknęłam się i zapoznałam „Kościół dla średniozaawansowanych”. Bardzo mnie ta książka zachwyciła, chociaż w sprawach kościelnych jestem raczej bardziej oblatana, niż mniej, pokochałam styl Szymona Hołowni, żarty, te „mrugnięcia” w stronę czytelnika. Super sprawa. Każda kolejna książka Hołowni znajdowała drogę na moją półkę. Mam w swoich zbiorach egzemplarz z autografem. Przywykłam, że Szymon nie pisze już tylko poradników jak wejść do kościoła i nie zgubić się w labiryncie naw, nie pisze tylko książek lekkich i śmiesznych. „Ludzie na walizkach” to dzieło sztuki, rozmowy o niebie to sycąca duszę proza ubogacająca i niezwykle mądra. Tak – mam za sobą zawody, i tak przykładowo zawiodłam się na „Last minute”.

Pierwsza książka Prokopa i Hołowni bardzo  mi się podobała, bawiła i ciekawiła. Czytało się ją z żywym zainteresowaniem.  Dlatego też z ogromną ekscytacją oczekiwałam ich drugiej książki. Z założenia ta książka miała być lżejsza. Sama konwencja, podział na rozdziały miały zbliżać ją duchem do dwóch zabawnych prowadzących z Mam Talent, niż do dwóch moralizujących mnichów.

Panowie zabierają nas „na wycieczkę po zakamarkach domku swojej duszy” odwiedzając kolejno przedpokój, kuchnię, strych,  czy piwnicę poznajemy ludzi kojarzących się H&P z czymś godnym uwagi. Porządkują ludzi, książki, płyty, miejsca. Upychają w pudła i oklejają odpowiednią etykietką. Biorą przykład z Warhola, którego przykład jest na samym początku przytoczony, a ma wyjaśnić niezwykłą kompozycję książki. Otóż ten słynny artysta wkładał do pudła wszystko co w danym miesiąc go zachwyciło, zainteresowało, przykuło jego uwagę, jedno pudło-jeden miesiąc. Kiedyś było życie w słoiku, tutaj mamy życie w pigułce pudełka.
Mi okładka powieści i jej treść kojarzyła się z wyprzedażą garażową, taki Misz masz, pele-mele, groch z kapustą. Rozstrzał tematyczny jest ogromny. Tematy poważne sąsiadują z krotochwilami. Nie przeszkadza mi to.  Uwielbiam i Prokopa i Hołownię, lubię ich słuchać i lubię ich czytać. Chociaż bliższe są mi zainteresowania SH, to jednak nie nudziłam się na wypowiedziach Marcina Prokopa. Przeciwnie, śmiałam się w głos w domu i dławiłam ze śmiechu w miejscach publicznych.  Dzięki tej książce dowiedziałam się sporo ciekawostek, wiem o czym nie należy rozmawiać w towarzystwie, nieźle się ubawiłam.

Spotkałam się z opinią, że jest to raczej temat na bloga niż na książkę. Być może, chociaż w czasach gdy blogi coraz częściej są wydawane w formie książkowej, ten argument traci na sile i właściwie nie wnosi niczego do rozmowy. Faktycznie cena może odstraszać, chociaż książka jest naprawdę przepięknie wydana, a przecież wystarczy przycupnąć z książką, na chwilę w księgarni i po fragmentach sprawdzić czy to pozycja dla na.

Zdecydowanie była to książka dla mnie. Idealna na zimne wieczory i mroźne dni. Lekka i niewymagająca tytanicznego trudu myślenia. Taka, która zabawi, oderwie od codzienności, ale nie będzie pustym zapychaczem czasu. Książka która wnosi uśmiech i sporo ciekawostek.  Fanki Marcina Prokopa lub/i Szymona Hołowni będą zachwycone z prezentu. Podobno część wpływów trafia do biednych dzieci z Afryki(tak twierdził Marcin Prokop u Kuby Wojewódzkiego).

Ja polecam. Bawiłam się przednio. ;  )

czwartek, 14 listopada 2013

"Jesteś cudem" - Regina Brett

Nowa książka autorki bestsellera Bóg nigdy nie mruga, cieszącego się niesłabnącym zainteresowaniem czytelników na całym świecie. Tym razem Regina Brett dzieli się z nami opowieściami o tym, że szczęście zależy od nas samych – naszych wyborów i decyzji, które najczęściej nie są aż tak trudne, jak się z pozoru wydają. A każda próba zmiany świata wokół siebie na lepsze sprawia, że dokonujemy cudów. Cudów, które są osiągalne dla każdego z nas. Codziennie. Regina Brett nie stawia przed swoimi czytelnikami zadania ponad ich miarę. Niezależnie od tego, czy humorystycznie, czy refleksyjnie, zawsze pisze z niezachwianą wiarą w człowieka, w dobro, które w nim tkwi i które sprawia, że niemożliwe staje możliwe. Jesteś cudem to zbiór inspirujących lekcji o tym, jak niewiele trzeba, by zmienić coś na lepsze. To 50 felietonów, które obudzą w czytelniku natchnienie. Choć każdy z nich to zupełnie inna historia, zebrane razem tworzą przewodnik pomagający dostrzec i docenić siłę zmian na lepsze – małych cudów. Regina Brett pisze od 1986 roku. Za felietony drukowane na łamach największej gazety w Ohio, „The Plain Dealer”, otrzymała wiele krajowych i stanowych nagród. Była też dwukrotnie nominowana do nagrody Pulitzera w dziedzinie reportażu. Jej ostatnia książka, Bóg nigdy nie mruga, trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa”. Regina Brett prowadzi swój własny talk-show oraz stale wspomaga organizacje non profit.


Nie lubię felietonów. Nie lubię także książek, które mają sprawić, że moje życie będzie idealne, a ja nabiorę przekonanie, że jestem boska. Moim zdaniem nie ma uniwersalnej metody na szczęście, na miłość, na udane życie. Po prostu nie ma. Nasze życie polega na tym abyśmy pracowali nad stworzeniem własnej receptury. I jak Syzyf, gdy wydaje nam się, że już blisko, wszystko wymyka się z rąk. Dlaczego więc, od czasu, do czasu sięgam po książki, które sugerują, swym tytułem, że oto mają zmienić moje życie na lepsze? Nie wiem. Dziecięca naiwność? Ciekawość. Pragnienie usystematyzowania własnych metod.

Cieszę się, że się łamię, bo dzięki temu w moje ręce i do mojej duszy trafią książki jak „Bóg nigdy nie mruga” i omawiana właśnie „Jesteś cudem”. Pomijając piękną kolorystykę okładki, bo „jesteś cudem” ma tak piękny kolor, że od razu ogarnia mnie błogość.

Gdy zaczęłam czytać „Jesteś cudem” była pierwsza w nocy, miałam przeczytać tylko rozdział. Oczywiście, skończyłam dobrze po drugiej, tylko dlatego że następnego dnia, a właściwie już rano miałam iść do pracy. Po twarzy płynęły mi łzy, nie ze zmęczenia, a ze wzruszenia. Regina Brett znów udowodniła mi, że z pisania felietonów można uczynić misję. Zmieniać świat na lepsze i dotykać dusz.  Tak jak poprzednia książka, ta podzielona została na pięćdziesiąt „lekcji”, których tematy wyznaczają nam kierunek zmian. Treścią tych lekcji są przemyślenia autorki, obserwacje, bądź historie ludzi, którzy są najlepszym przykładem, że warto ciężko pracować, modlić się i stawać się lepszym. Że ten wysiłek popłaca.  Szczęście nie jest utożsamiane z pełnym kontem, najnowszym samochodem i markowymi ubraniami. Szczęście to stan umysłu, należy się pogodzić ze swoim życiem, przy czym to pogodzenie nie oznacza rezygnacji, smutku, autorka zachęca nas abyśmy powiedzieli życiu radosne tak.

Historie które opowiada Regina Brett dają  nam do myślenia, historie ludzi, które przytacza wzruszają. Ciężko mi sobie wyobrazić, że nie będziecie płakać. Bo książka jest naprawdę bardzo poruszająca. Nie jest to tandetny wyciskacz łez, ale zbiór pięknych i mądrych historii. Dotykających naprawdę ważnych spraw dotyczących zarówno sfery duchowej, jak i kontaktów z drugim człowiekiem.

„Jesteś cudem: to nie jest gotowa recepta na stanie się lepszym człowiekiem, szczęśliwszym o bogatszym wnętrzu. Wydaje mi się, że to bardzo wartościowa książka, która warto przeczytać i przemyśleć jej treść. Niechaj stanie się impulsem do rozmyśleń, może zmieni czyjeś życie, może stanie się tym kamyczkiem, który poruszy lawinę.

Znów obkleiłam tę książkę fiszkami, mam nadzieję, że będę sięgała po nią w trudnych chwilach, po to, aby przypominać sobie co jest ważne, w jaki sposób odzyskać równowagę.

Zachęcam Was do lektury, czeka na Was wiele trafnych obserwacji i świetnych historii, które pokażą Wam życie, inne niż to znane z telewizyjnego dziennika. Bo na świecie jest dobro, w nas jest dobro i nie ma co czekać na cud, na nagłą, masową odmianę ludzkich serc. Trzeba samemu stać się tym cudem, kostką domina, który zapoczątkuje reakcję łańcuchową!!

Kolejny świetny pomysł na prezent dla tych, na których nam zależy

poniedziałek, 11 listopada 2013

"Stowarzyszenie Umarłych Poetów" - Dead Poets Society 1989

Jesień roku 1959. Charyzmatyczny nauczyciel literatury, John Keating (Robin Williams) rozpoczyna pracę w ekskluzywnej i konserwatywnej szkole dla chłopców w Nowej Anglii. W placówce tej obowiązuje surowe wychowanie oparte na dewizie "Tradycja, honor, dyscyplina, doskonałość". Tym skostniałym poglądom Keating przeciwstawia własne, niekonwencjonalne metody wychowawcze. Swoim postępowaniem nowy wykładowca bulwersuje otoczenie, zdobywając jednocześnie sympatię siedmiu utalentowanych uczniów, którzy reaktywują "Stowarzyszenie Umarłych Poetów".




Miała dziś był recenzja „Korzeńca”(swoją drogą świetna książka), ale wzięłam się za oglądanie filmu. Ostatnio żyję serialem „Good wife” i wzdycham do Willa, lepiej coby Miłość Mojego Życia tego nie czytała. Tak, niestety żywię niezdrowe i całkowicie odrealnione uczucie do Willa Gardnera. Co za facet!! Mam głód jego aktorstwa, a z jakiej jeszcze roli jest znany Josh Charles? Ano z roli Knoxa w „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”. Film, będący już klasyką. Arcydzieło z roku 1989, film który się nie starzeje.
A dodatkowo można sobie popłakać. Chociaż mojemu Bratu się podobał, a on nie lubi ckliwych sentymentalnych badziewi, które tak ceni jego siostra. Powiem, tak to jeden z filmów, które TRZEBA znać.

Rozpoczyna się nowy rok szkolny. W murach wiekowej szkoły, szczycącej się spartańskimi warunkami, purytańskimi zasadami, pojawi się nowy nauczyciel angielskiego John Keating. Zamiast wtłaczać do głów młodych chłopców, szablonową wiedzę, śmie ich uczyć myśleć, stara się ich uwrażliwić, nie pokazuje im drogi, sprawia, że chcą szukać samych siebie, we własnym wnętrzu. Summa summarum profesor Keating wstrząsa konserwatywną szkołą. Co wielu osobom nie będzie się podobało. Ale czy nauczenie myślenia i rozbudzenie ciekawości świata, pragnienia realizowania własnego ja może być źle?

Niezwykle skromny, prosty film, w którym akcji jest niewiele, ale za to emocje kłębią się pod sufitem/ mamy oto gromadę przyjaciół. Łączy ich wspólna szkoła, ten sam wiek i etap dojrzewania i ambicje rodziców, które muszą spełniać. Jedni widzą się w tym lepiej, inni odkrywają, że ścieżka która wybrali im rodzice, jest im totalnie obca, jest antypodami ich własnych marzeń. Profesor od angielskiego zaszczepia im antyczne „carpe diem”, każe im chwytać dzień. Czyni to zresztą podczas niezwykle elektryzującej sceny. Ze ścian spoglądają na nas czarnobiałe twarze, a z tyłu słychać szept Keatinga „carpe diem”, używaj życia, uczyń swe życie niezwykłym.

Pojawienie się nowego nauczyciela, nie zmienia w magiczny sposób życia tych chłopców. Pod wpływem jego nauk oni zaczynają dorastać, są świadomi swoich pragnień i marzeń. To jest piękne. Chyba jeden z największych plusów nauczania: odkrycie przed uczniem  nowej drogi. Nie prowadzenie go za rączkę, ale obserwowanie jak z naszej inspiracji zgłębia nowe krainy. Jest to jednak wielka odpowiedzialność. Nikt nie jest Bogiem, nawet nauczyciel, nie jest wszechmocny, ani wszechwiedzący.  Film kończy się tragedią, ale to nie ona wyciska mi z oczu łzy… nie chcę za wiele zdradzać.

Moim zdaniem film jest uniwersalny, każdy znajdzie chociaż fragment z którym będzie mógł się identyfikować.
Piękny i poruszający!!!

Oglądnijcie ten film, to absolutna klasyka. Film w konwencji dziś strasznie niepopularnej. Dramat dojrzewania i młodzieńczy entuzjazm.
Spodoba się chyba każdemu!!

I proszę się przyznać kto łezki nie uronił…



"O Kapitanie, Mój Kapitanie" 

"Zamieszkałem w lesie, ponieważ chciałem żyć świadomie. Chciałem czerpać ze źródeł życia samą jego istotę. Odrzucić wszystko, co nie było nim, by w godzinę śmierci nie odkryć, że nie żyłem."



A czy książka jest lepsza? Sami oceńcie ;)


I wiersz od którego WSZYSTKO się zaczyna, w filmie przełożony jako:
"Rwijcie pąki swoich róż, póki jeszcze możecie."
"Bo czas uleci, choć stary swym wiekiem."
"Kwiat, co dziś uśmiechem się ukłoni, Umrze jutro w waszej dłoni."


oryginalnie:

Do panien, aby czasu próżno nie trwoniły
Robert Herrick




Rwijcie róż pąki, póki młode,

Czas pierzcha w bystrym pędzie:

Kwiat, co dziś stroi się w urodę,

Jutro umierać będzie.



Olśniewająca lampa słońca

Im wyżej w niebie stanie,

Tym bardziej zbliża się do końca

Jej spieszne wędrowanie.



Najlepsza pora to początek,

Gorące, młode lata:

Gdy czas ten minie, życia wątek

Coraz się gorzej splata.



Więc niechaj każda śmiało kocha,

Z weselem nie śmie zwlekać:

Gdy przemknie wiosna życia płocha,

Próżno będziecie czekać.

Przełożył
Stanisław Barańczak

niedziela, 10 listopada 2013

"Rozmyślania" - Marek Aureliusz

Często powtarza się alegoryczne powiedzenie, że w osobie Marka Aureliusza „filozofia zasiadła na tronie”: urzeczywistnił się Platoński ideał władcy- filozofa. W cesarskiej tytulaturze Marka Aureliusza obok tytułów związanych ze zdobyczami militarnymi pojawił się przydomek „filozof”. (...) Hypomnemata [Rozmyślania] Marka Aureliusza różnią się jednak znacznie od innych tego typu zapisków. Nie są tylko zbiorem własnych i cudzych myśli, nagromadzeniem aforyzmów i cytatów. Są dialogiem z samym sobą, solilokwium dyscyplinującym myśli i kształtującym piszącego moralnie. Są rekolekcjami. Ćwiczeniami duchowymi uprawianymi według ustalonej metody, zgodnie ze stoicką doktryną.


Przypadek rządzi światem. Od kilku miesięcy szukałam „Rozmyślań” Marka Aureliusza, kilka razy już prawie kliknęłam „kup” na allegro, ale zawsze coś mnie jednak powstrzymywało. Czytając fragmenty czułam, że to będzie ważna dla mnie lektura, że mogę się ubogacić. Nie spodziewałam się, że jestem tuż, tuż, zdobycia. Kiedy wczoraj w klimatycznej kawiarni „Między słowami” miało miejsce pierwsze spotkanie Lubelskiego Klubu z Kawą nad Książką.  W „Między Słowami” byłam już kiedyś i zapamiętałam to miejsce jako księgarnię z kawiarnią i ambitnymi książkami. Nie znajdziemy tu płytkich czytadełek. Za pierwszym razem wyniosłam „Czarnobylską modlitwę”, tym razem coś mnie natchnęło i kucnęłam przy półce z filozofią. I jest!! Marek Aureliusz czekał na mnie obok Cycerona(którego „Mowy” też wyniosłam, i teraz mam własne wydanie „Mów przeciwko Katylinie”)

Moi drodzy! Skończyły mi się zakładki indeksujące. Moje „Rozmyślania” są oklejone kolorowymi folijkami, abym mogła fatwo i szybko mogła znaleźć cytaty ważne dla mnie! A najchętniej zaznaczyłabym każde zdanie, każdy wyważony wyraz.

„Jest cechą charakteru doskonałego, że przeżywa dzień każdy jako ostatni i ani niczym się nie trwoży, ani w działaniu nie słabnie, ani nie jest obłudny.”[1]

Marek Aureliusz, cesarz i filozof, stoik wierny swojej filozofii. Wyznawca stoickiej ascezy, sprowadzającej się do prostego łoża okrytego skórą, wyrzeknięcia się zbytków. Faktycznie, czytając te rozmyślania, człowiek dostrzega sens takiego zachowania. Nie chodzi o poklask, zachwyt świata. Dla Marka Aureliusza, życie przemija tak prędko, liczy się tylko teraźniejszość, to co jest już przeszłością – utraciliśmy, to co przyniesie przyszłość – jeszcze do nas nie należy. Jednocześnie nasze życie jest krótkie, gdy zaś umrzemy,  prędko zostaniemy zapomniani. Przytacza przykłady ludzi, niegdyś sławnych, wybitnych i faktycznie wiele nazwisk nic nam nie mówi. Jednak nie do końca możemy się zgodzić z tym, że ludzkość prędko zapomina wybitnych ludzi. Wszak imię Marka Aureliusza jest pamiętane do dziś, tak samo jak chociażby Homera, Seneki, Hipokratesa. Z drugiej jednak strony Aureliusz stanowczo twierdzi, że uznanie nic nie znaczy. Ani bowiem poklask, ani krytyka, nie zmieniają natury rzeczy, nie wpływają na jej istotę.  Toteż nie warto pracować na wieczną sławę, nie warto zabiegać o pochwałę tłumu.
„Czymże zaś jest w ogóle wieczna pamięć? Całą marnością. O cóż więc należy się starać? O to jedno: sprawiedliwy umysł i działalność pożyteczną dla ogółu, i mowę niezdolną nigdy do kłamstwa, i umysł pogodnie przyjmujący to, co się dzieje, wszystko, jako rzecz konieczną, jako rzecz zrozumiałą, jako to, co płynie z tego samego, co i my, początku źródła.”

„Rozmyślania” to książka stoika o ideale stoickiego życia. Rzymski cesarz spisuje rady, wytyczne dla człowieka chcącego żyć… roztropnie, cnotliwie. Oczywiście, cnotliwie, według stoickiej nomenklatury. Ciężko mi opisywać książkę, tak filozoficzną, gdy sama jestem tak żenująco niekompetentna, ledwo po kursie z historii filozofii. Do tej pory śmiałam się uważać za stoika, dodatkowo jeden z wykładowców, ongiś tak mnie zdiagnozował. Teraz widzę, że stoicyzm jest moim ideałem, celem do którego chcę dążyć. W ujęciu Marka Aureliusza „dobre życie” jest tak rozbrajająco proste. Po pierwsze – nie dać się afektom, o tak apatheia oto ideał szczęścia, oto eudajmonia. Pracować dla dobra publicznego, dla pożytku społeczeństwa z którym jesteśmy połączeni w jeden organizm, oto początki utylitaryzmu. Zdobywanie wiedzy, która jest największą cnotą, docenianie chwili, nieprzejmowanie się tym co od nas nie należy, ale nie utożsamiane z łatwym poddawaniem się i obarczaniem odpowiedzialnością za własną nieudolność, nieoznaczonej „siły wyższej”.

Wiem, że  Marek Aureliusz nie dbałby o moje uznanie, ani szacunek jakim w duszy, teraz go obdarzam, ale
napisałam dla mnie tekst, który jest mistrzostwem świata, w swej prostocie i dosadności. Wszystko to takie proste, niby wtórne, niby oczywiste, a jednocześnie tak ciężko wcielić to w życie. Może lepiej byłoby pozostać na etapie smakowania tych zdań, tak piękny, antycznych, klasycznych. Ale ja jestem zachwycona tą książką i filozofią, do tego stopnia, że nie mogę przestać o niej myśleć. Upatruję w niej nadziei na zmianę mojego życia, które skradało się już wcześniej w stronę stoików, teraz zapragnęło oficjalnie i odważnie ogrzać się w ogniu ich mądrości.

Moim zdaniem nie da się dobrze opisać fenomenu „Rozmyślań”, każde zdanie jakie napiszę będzie jak chore niedomówienie, kalekie, ułomne i blade, w porównaniu z oryginałem. Zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę. Moim zdaniem ciężko mienić się wykształconym człowiekiem bez znajomości filozofii, która ukształtowała cywilizację, kulturę w której żyjemy. Wprawdzie wiem, że są głosy odmienne, bowiem wczoraj miałam ostrą dyskusję na ten temat, ale ja swoje myślę i uważam, że sama muszę odświeżyć znajomość historii filozofii.

A Marek Aureliusz i jego tekst…. Zobaczycie nie pożałujecie!!

„Skromnie przyjmować, spokojnie tracić.” 

"Nigdzie człowiek nie znajdzie spokojniejszego ani bardziej wolnego od zadań odosobnienia niż we własnej duszy, a przede wszystkim taki człowiek, który ma wewnątrz to, nad czym pochyliwszy się w skupieniu, zaraz odnajdzie pełny spokój."

"...wszystko co widzisz, wnet ulega zmianie i wnet zniknie. I zawsze miej w pamięci  ilu już zmian sam byleś świadkiemŚwiat - to zmiana, życie - to wyobrażenie."


[1] Wszystkie cytaty pochodzą z „Rozmyślania” – Marek Aureliusz, Kęty 2013.

wtorek, 5 listopada 2013

"Stateczna i postrzelona" - Monika Szwaja

Dwie kobiety o różnych temperamentach: stateczna i postrzelona. Jedna pracuje w muzeum i nie widzi szansy rozwoju zawodowego. Druga jest narzeczoną biznesmena, który ukrywa, że jest gangsterem, i w końcu ląduje za kratkami. Obie pragną rozpocząć nowe życie. Wyjeżdżają z rodzinnego miasta i wraz z przyjaciółmi zakładają gospodarstwo agroturystyczne. Nikt z nich nie ma pojęcia o gospodarzeniu. Ale od czego jest inteligencja... "Stateczna i postrzelona" to bardzo ciepła powieść Moniki Szwai pełna dowcipnie opisanych perypetii sercowych i rodzinnych.



Gdzieś mi mignęło w zapowiedziach, że Monika Szwaja napisała i wydała nową książkę. A moje przygody z autorką, to sinusoida, najpierw było super, później był dóóół i znowu wyszliśmy na plus. „Stateczna i postrzelona” była jedną z ostatnich książek przed owym dołem.  Ostatnim czasem wybrałam właśnie ją na „książkę do jedzenia”. Pozwólcie, że wyjaśnię kolejne dziwactwo. Otóż, wyłączywszy uroczyste okazje, gdy jadam z familią, muszę czytać przy jedzeniu. Rzadko zdarza się, że jemy wszyscy razem, więc normalnie jedząc sobie obiadek, kolacyjkę, bo śniadanie rzadko się udaje mi zjeść, podczytuję sobie książkę. Ale, to by było za proste, mam niezwykle silną wyobraźnię i natychmiast wizualizuję sobie to o czym przeczytam. Muszę wiedzieć, że podczas lektury nie grozi mi nic obrzydliwego, więc do jedzenia wybieram sprawdzone książki, które przy okazji sobie powtarzam :P I taką książką w początkach listopada była „Stateczna i postrzelona”, ostatnio była czytana gdzieś trzy lata temu(poznaję to po instrukcji wykonywania iniekcji, któreż to na mojej Mamie uprawiałam).


Książka kiedyś mnie uwiodła… teraz, nie wywołała silniejszych emocji. Nie wkurzyła mnie, nie zirytowała. To chyba In plus należy policzyć.

Mamy młodziutką, śliczną Emilkę, której konkubent okazuje się mafiosem. Spektakularna akcja szczecińskiej policji od której mogliby się uczyć żołnierze z SAS i zły mafijny człowiek zostaje zamknięty a biedna Emilka zostaje na bruku. Oczywiście będąc piękną jak marzenie nie pada na nią nawet cień podejrzenia. Prokurator, przesłuchuje ją chyba tylko dlatego, że mu się podoba, a nie chce jej proponować randki jednocześnie aresztując jej narzeczonego.  Zresztą prokurator nie jest bucem(jak Emilka myślała na początku – gdy aresztował jej mafijnego narzeczonego), okazuje się fajnym facetem, który oddaje jej wart potworne pieniądze samochód(ongiś sprezentowany przez  Lesława – czyli narzeczonego), nie dość tego, jeszcze załatwia jej miejsce na policyjnym parkingu, bo wiadomo – w Szczecinie hołota okropna, jak droższy samochód pojawi się na ulicy to złoczyńcy losy ciągną kto ma ukraść. Zostaje przeto Emilka na chodniku przed apartamentem i rozsypuje się totalnie, ale na szczęście, starcza jej rozsądku aby zawiadomić przyjaciółkę swą Ludwikę(zwaną Lulą) która to starsza od niej o dekadę(po rozumku nie widać). Lula przybywa z odsieczą, zabiera Emilię do siebie,  gdzie ją pociesza, karmi i wyciąga  z dołka, wysyłając do terapeuty(znanego z innych książek autorki, przystojnego, olśniewającego, cudownego etc. Grzegorza) ten to, odkrywa po pięciu sekundach, że Emilka jest nie tylko piękna, ale i genialna i każe jej pisać dziennik. CO jak wiadomo jest najlepszym sposobem terapeutycznym.
I zaczyna się powieść! Emilka zaczyna pisać dziennik, Lula, jako stara panna, jeszcze kustosz w muzeum(zapytacie gdzie ma kota, kot dopiero co zdechł), pisze od młodości dziennik tradycyjny. Zapewne gdy zaczynała pisać pierwszy dziennik ryła go na tabliczce, bo Lula jest stara jak Troja, wie wszystko, jest nudna, nieciekawa, ale bywa przydatna. Np. jako tło dla Emilki. No i przydaje się, autorce, bo dzięki niej akcja ruuuuuuuuuuusza. Otóż Lula wybiera się w Karkonosze(znający twórczość p. Moniki westchną, a gdzieżby indziej), do dworku w którym mieszka Rotmistrz z małżonką – Stanisławą, u których to Lula, w czasach młodości, z przyjaciółmi jeździła konno. I tu zastanawia mnie jakim cudem, mieszkająca w Szczecinie Lula, Wiktor z rodziną z Krakowa i Jaś z Wrocławia spiknęli się w okolicach Karpacza. Jeśli na tym etapie stawiacie takie pytania – PRZESTAŃCIE CZYTAĆ. Później realizm, będzie najwyżej magiczny ; ) W każdym razie przyjaciele, bodajże z liceum spotykają się co pięć lat i próbują cofnąć czas. Lula dodatkowo wciąż podkochuje się w Wiktorze i bodajże dla niego została historykiem sztuki, mało tego – zrobiła doktorat z tejże, ale praca w muzeum ją męczy(już wiem dlaczego mój doktorat  tak kuleje – po prostu brak mi właściwej motywacji). Na miejscu okazuje się, że Rotmistrz wziął i umarł o czym on sam mówi im z telewizora, bo przezornie, wcześniej przygotował taśmę. Poleca swoim ukochanym przyjaciołom, nie tak ukochanym, żeby ktoś uznał za stosowną ich obecność na pogrzebie, swoją małżonkę Stanisławę, która cienko przędzie i wybiera się powoli do domu spokojnej starości. Przewińmy taśmę, o kilka bardzo dowcipnych opisów etc. Staje na tym, że Emilka, która nie spędziła jeszcze w dworku 12 godzin, postanawia rzucić swoje żałosne życie w Szczecinie i zamieszkać z panią Stanisławą, zwaną już konsekwentnie babcią. Jest wzruszająco, zabawnie. Ach! Przesłodko.  Wszyscy mają pomyśleć o tym, żeby do babci się przeprowadzić, bo AKURAT wszyscy są na życiowym rozdrożu.

Oczywiście wszyscy się decydują, przyjeżdżają w Karkonosze, inwestują strasznie pieniądze we wspólny biznes(kto bogatemu zabroni), oczywiście, żadnych umów, spółek, wszyscy się kochamy i sobie ufamy. Zaroi się od wątków społecznych, umoralniających wywodów, były narzeczony Emilki wprowadzi wątek kryminalno-sensacyjni i będzie pretekstem do pojawienia się wielu nowych bohaterów, z których WSZYSCY z miejsca zakochają się w BOSKIEJ i GENIALNEJ Emilce.

Acha! Książka jest napisana w formie dziennika, przemiennie, raz opowiada Lula, raz Emilka. Spełnia to w pewien sposób swoja rolę bo daje pozory tego, że oglądamy dane wydarzenia z różnych punktów widzenia, ale po pierwsze, zwykle gdy opisuje coś Emilka, to Lula ewentualnie o tym nie wspomina. Bądź piszą o swoich wewnętrznych przeżyciach, no, ale kto szuka obiektywizmu i szerokiej perspektywy? Nie wyszedł ten zabieg autorce również dlatego, że nie potrafiła  nadać tym dwóm częścią, odrębnego stylu. I wpisy Emilki i Luli są na jedno kopyto, gdyby nie to że są podpisywane chyba nikt nie wpadłby na to, ze to pisały dwie osoby. A nie! Przepraszam, wpisy Emilki są okraszone nowomową(którą Lula błyskawicznie oswaja) dodatkowo dwudziestopięcioletnia Emilka z wyższym wykształceniem nie ma pojęcia o kulturze, zna się tylko na kwiatkach o WSZYSTKO musi pytać Lulę. Styl wypowiedzi Emilki, gdy autorka przypomina sobie, ze piszą dwie osoby, jest słitaśnie entuzjastyczny, przypomina raczej wypowiedzi infantylnej trzynastolatki. Lula dla odmiany jest nudna jak flaki z olejem i do bólu staropannowata. Wzdycha do Wiktora i jest zimna jak marmurowa statua.


Jak już pisałam próżno szukać realizmu, wszystko jest jak polityka ZSRR niby proste a skomplikowane i niby skomplikowane a proste. Przypomina to wszystko operę mydlaną. Wszyscy są piękni, bogaci, zyskują natychmiast przyjaźń wszystkich życzliwych, a budzą zawiść u prymitywów, którzy wiadomo – skończą źle. Będziemy mieli dzieło polsko-niemieckie pojednanie. I w ogóle będzie słitaśnie.
Wierni czytelnicy autorki w ciemno rozpoznają jej styl, jej charakterystyczne zwroty, nabite nowomową, które mają najprawdopodobniej dowodzić że Monika Szwaja jest za pan brat ze współczesnością. No bo co kurczę blade. Tak te wtrącenia początkowo bawiły, w pierwszych książkach, teraz są oklepane, jak kosa przed żniwami.

Reasumując ten długawy wywód(mam strasznie dużo pracy, więc jak widać odwlekam :P ). Cieszę się, że autorka porzuciła te leciutkie zabawne historyjki, na jedno kopyto i przeniosła się do ogródka książek nieco poważniejszych. Wprawdzie tam też widać zgrzyty, ale nie dają tak po oczach.

Nie zirytowała mnie ta książka, podtrzymuję w sumie zdanie z czasu, gdym czytała ją po raz pierwszy(chociaż teraz jestem zawiedziona, ze reportażu o tej cudownej agroturystyce nie robiła Lala, ani Wiktoria). Ma irytujące miejsca, chwilami jest nudna, ale widzę że mogło  być gorzej. Mogło być też lepiej, no ale – różnie bywa ; ) Tytuł miał nawiązywać do „Rozważnej i romantycznej” jak gdzieś kiedyś przeczytałam, podobieństwa? Szyte tak grubymi nićmi, że może lepiej nie drążyć tematu.

Ciekawa jestem strasznie nowej książki autorki. Ale nie wiem czy odważę się kupić.


Bo wyszło mi strasznie szyderczo, a do tej książki lubię wracać, raz na jakiś czas. Chyba naprawdę muszę się brać do pracy. Ale może wcześniej by coś upiekł?

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Zaskoczony radością" - Clive Staples Lewis

Chłopiec, który wspólnie z bratem wymyśla tajemnicze królestwo Boxen i przez kilka lat spisuje jego kroniki. Uczeń wiktoriańskiej szkoły z internatem prześladowany przez kolegów i emocjonujący się muzyką Wagnera. Młody żołnierz, ateista, który na froncie I wojny światowej, nie zwracając uwagi na ostrzał ze strony nieprzyjaciela, czyta książki. Przyjaciel J.R.R. Tolkiena, profesor Oksfordu, nawrócony chrześcijanin, twórca Narnii... C.S. Lewis często, posługując się sylwetkami swoich bohaterów, przeszukiwał odpowiedzi na najważniejsze dla siebie pytania ? o naturę rzeczywistości, piękno, cierpienie, wiarę. Swoją własną historię opowiada w niezwykłej, pasjonującej autobiografii z lekkością, która przywodzi na myśl jego najlepsze powieści. Zaskoczony radością to barwna opowieść o dzieciństwie i młodości pisarza. Portrety ojca, kolegów szkolnych i nauczycieli pozwalają wejść w świat Imperium Brytyjskiego przełomu wieków, w którym walczyły ze sobą pruderia z dekadencją, irlandzkość z angielskością, a także wiara z ogarniającym uniwersytety i salony ateizmem. Jednak głównym tematem Zaskoczonego radością jest utrata wiary przez pisarza i jego powrót do chrześcijaństwa. To opowieść o dylematach młodości, dojrzewaniu, wadzeniu się z Bogiem i odnajdywaniu na nowo Radości, jak Lewis nazwał swoją drogę poszukiwania wiary. Zaskoczony radością to wciągająca autobiografia duchowa oraz świadectwo wiary i nawrócenia, posiadające w sobie szczerość i siłę Wyznań św. Augustyna.


W Polsce C.S. Lewis znany jest przede wszystkim z serii o Narnii. Dzięki Wydawnictwu Esprit możemy lepiej poznać tego pisarza, mistrza pióra, wirtuoza słowa. Dzięki, stopniowo wydawanym, jego książkom poznajemy jego twórczość, nie adresowaną do dzieci, ale do czytelnika dorosłego. Porusza różne tematy, wiary, smutku, rozważa Tajemnice otaczającego go świata, wewnętrznego i zewnętrznego.  Z książek, które do tej pory czytałam wyłania się obraz człowieka mądrego i wrażliwego. Uważnego obserwatora, wnikliwego badacza. Ach!! Mam nadzieję, że jeszcze wiele książek Lewisa będę mogła przeczytać!

„Chwile nagłej radości znaczą we wspomnieniach o wiele więcej niż długie lata szczęścia.”

„Zaskoczony radością”, to autobiografia Lewisa, odpowiedź na wielokrotnie powtarzane pytania o jego życie, nawrócenie, o to jak z dziecka wychowanego w wierzącej rodzinie stał się ateistą i dlaczego później, znowu, zmienił zdanie.  Autor zaczyna wspomnienia od okresu dzieciństwa, pisze w sposób niezwykle zajmujący, ciekawy, zabawny. Sam bowiem, nie czyta biografii, które nie intrygują go, nie wciągają od samego początku.  Już samo słowo wstępne od autora zachęca do tego by rozsiąść się w fotelu i utonąć w tych rozważaniach. Ja jednak miarkowałam sobie te spotkania, dawkowałam sobie przyjemność jaką daje słowo. Żeby za szybko się nie skończyła.

Dzięki  świetnemu stylowi życie Lewisa, jakkolwiek mało spektakularne, staje się  świetnym materiałem na książkę. Lewis pisze bardzo mądrze, a jednocześnie lekko. Zwykle autobiografie pisarzy o takim zacięciu filozoficzny stają się nudne. Roi się w nich od górnolotnych zwrotów, zbędnych, zbyt wnikliwych rozważań, tymczasem u Lewisa wszystko jest tak doskonale wypośrodkowane, jakby opowiadał nam co ciekawsze momenty swojego życia, w kawiarni, nad filiżanką herbatki.  Chce się siedzieć, chce się słuchać. Chce się porównywać przemyślenia, refleksje, obserwacje!

To była przyjemność czytać tak mądrą, dobrze napisaną książkę.  Lewis, który stworzył Narnię, który przyjaźnił się z Tolkienem, Lewis, który pisze tak niezwykle zabiera nas w podróż po swoim życiu. Opowiada o Bogu, jako o Radości, sam tytuł, i po polsku i w oryginale, brzmi świetle, entuzjastycznie i jednocześnie intrygująco. Aż się prosi żeby poczytać. Dlatego zachęcam Was do lektury, wtedy zrozumiecie mój zachwyt!

niedziela, 3 listopada 2013

"Antysemityzm. Niezamknięta historia" - Bożena Keff

Książka Keff to ważny głos w walce o nową, otwartą i tolerancyjną Rzeczpospolitą Książka
dotyka jednego z najboleśniejszych problemów w polskim życiu publicznym - antysemityzmu. Bożena Keff przedstawia historię tego zjawiska w Polsce, źródeł szukając w tradycji i religii. Na konkretnych przykładach wskazuje stereotypy i uprzedzenia obecne w polskiej kulturze i języku. Stara się uwrażliwić czytelników na przejawy nienawiści wobec Żydów i innych dyskryminowanych grup, których członkowie niejako stają się „Żydami“ – odmieńcami, przedstawicielami pogardzanej mniejszości


Nie samą beletrystyką człowiek żyje. Od czasu do czasu MUSZĘ sięgnąć po książkę z której dowiem się nowych rzeczy, rozszerzę swój światopogląd, lub stoczę wewnętrzną, burzliwą dyskusję. Lubię książki dotykające trudnych tematów, uczące i stawiające rzeczy w nowym świetle. Nawet jeśli budzą przy tym liczne kontrowersje.  Niewątpliwie takim tematem jest antysemityzm.


O ile sam antysemityzm jest, dla mnie zagadnieniem prostym. Każdy przejaw nietolerancji, dyskryminacji, nienawiści do jakiejś grupy narodowej, społecznej, etnicznej, czy mającej określone przekonania, jest z gruntu zły.  Antysemityzm i reperkusje tegoż pojawiają się najczęściej w kontekście II wojny światowej i holocaustu, chociaż oczywiście holocaust nie był jedynym przejawem nienawiści do Żydów. Często słyszę zdanie, że Żydzi mieli „przegwizdane” od samego początku, najeżdżał ich kto chciał, brał w niewolę, podbijał, przesiedlał. Naród bez kraju, bez ziemi, wszędzie obcy, zawsze wyalienowany, bez względu na próby asymilacji, zawsze tajemniczy a przez to wrogi. Doskonały bufor, gdy władcy mieli problem z poddanymi, którym nie podobała się sytuacja w państwie mogli z Żydów uczynić kozłów ofiarnych, skierować na nich falę niezadowolenia, obwinić ich o wszystko.

Bożena Keff w swojej książce „Antysemityzm. Niezamknięta historia” prowadzi nas przez kolejne epoki historyczne i pokazuje jakich pomówień, ofiarami stawali się Żydzi. Od najczęściej powtarzanych zarzutów o „zabicie Boga”, zwróćmy uwagę, że echa tych słów wciąż brzmią, mimo zmian w tekście odprawianej Mszy Świętej, w Wielki Piątek, w wielkiej Modlitwie wiernych, obejmujących wszystkie stany Kościoła a także całą ludzkość, katolicy do dziś modlą się za „niewiernych Żydów”. Autorka wykazuje absurdalność tych zarzutów, które zaważyły na losach Żydów w chrześcijańskim świecie. Bożena Keff nie ogranicza się do pobieżnego problemu, powszechnego antysemityzmu, szczególnie dużo miejsca poświęca sytuacji Żydów w Polsce, zarówno w wiekach wczesnych, co może zaskakiwać, bo do tej pory chlubiliśmy się naszą tolerancją, tym, że Żydzi do Polski uciekali, gdyż tutaj nie groziły im prześladowania, jak i w późniejszych okresach gdy ich sytuacja nie była już tak komfortowa.

Autorka umieściła na końcu książki ryciny, przedruki karykatur o wydźwięku antysemickim, które u współczesnego czytelnika budzą, zamiast oburzenia, obrzydzenie, grozę.  Książka jest adresowana do uczniów szkół średnich, studentów i wykładowców, moim zdaniem bardzo słusznie. Moim zdaniem jest nie odpowiednia dla osób bardzo młodych, nie tylko dlatego, że dotyka trudnych tematów, chociaż nie epatuje przesadnie brutalnością(ale nie jest też bajeczką dla dzieci), to autorka na temat pewnych wydarzeń podaje swoje zdanie, ocenia, nie jest to uczynione wprost, więc młody, niedoświadczony czytelnik nie zawsze to wychwyci i niekoniecznie zada sobie trud dalszej kwerendy, aby sprawdzić jak to było naprawdę. Zwłaszcza, że bibliografia(podana na końcu książki) jest naprawdę skromna. Autorka nie dyskutuje, nie rozważa, tylko stara się po prostu przedstawić swój punkt widzenia, według mnie taka postawa w książce mającej pełnić rolę podręcznika jest niedopuszczalna i jeśli poleciłabym ją swoim uczniom, to z zastrzeżeniem, że mają się do niej nie ograniczać. Mają sami szukać innych źródeł. O ile nie zabraniam nikomu mieć tego samego zdania co autorka, w wielu miejscach sama się z nią zgadzam(chociaż nie do końca odpowiada mi styl w jakim wypowiada swoje zdanie), o tyle uważam, że to zdanie należy sobie samemu wyrobić, mając dostęp do różnych źródeł.

...raczej do powolnej lektury, połączonej z refleksją
Książka jest trudna, raczej do powolnej lektury, połączonej z refleksją. Nie wiem jak w innych krajach, w Polsce dyskusja o antysemityzmie jest trudna, budzi zawsze emocje. Albo ktoś mówi dobrze i jesteśmy Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata, albo należy rozpalać stos, bo ktoś przywołuje temat ze „Złotych żniw” czy zaczyna rozmowę o Jedwabny.  Wydaje mi się, że czeka nas sporo pracy, przede wszystkim sporo trudu nauki, aby mieć to WŁASNE zdanie, nie zasłyszane, nie przejęte, odziedziczone, lecz własne.

Reasumując, uważam że czas spędzony na lekturze „Antysemityzmu. Niezamkniętej historii” przyniósł mi same korzyści. Wielu rzeczy się dowiedziałam, na pewne wydarzenia, mogłam spojrzeć inaczej. Cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę, mimo że nie we wszystkim bym się z autorką zgadzała i wolałabym, żeby pewne rzeczy napisała inaczej.  W moim odczuciu takie książki są potrzebne, młode pokolenia powinny je czytać!
Mam nadzieję, że uda mi się mojej Siostrzenicy podsunąć i skłonić ją do dyskusji.

sobota, 2 listopada 2013

"Chłopiec w pasiastej piżamie" - The Boy in the Striped Pyjamas (2008)

Historia syna niemieckiego oficera SS- Bruna, który wraz z rodziną przenosi się do Po-świecia. Tam właśnie zaciekawiony i samotny chłopiec zaprzyjaźnia się z Szmulem - żydowskim chłopcem, który wraz z ojcem przebywa w obozie. Świat "za drutami" jest czymś niezwykle interesującym i tajemniczym dla niemieckiego chłopca, a rozmowy i potajemne spotkania dzieci, dają początek niezwykłej przyjaźni.
Jakieś cztery lata temu, cudem zdobyłam książkę „Chłopiec w pasiastej piżamie”, przeczytała Mama, przeczytałam ja, obie byłyśmy wstrząśnięte. Ja na tyle, że chociaż mniej więcej wtedy na ekrany kin wchodziła ekranizacja tej książki, nie byłam w stanie przemóc się i oglądnąć. Później dostałam ten film na płycie, przeleżał swoje wśród innych filmów. Nawet gdy ostatnio puszczali go w TV, zdezerterowałam. W końcu zabrałam go do Lublina, ale u koleżanki nie chciał się otworzyć. Pomyślałam – znak. Ale gdy we Wszystkich Świętych TVP znowu go puściła, nie wytrzymałam. Wprawdzie nie dokończyłam seansu bo poszłam na cmentarz, ale cały wieczór myślałam, że chyba już czas. Jestem w końcu dużą dziewczynką, mogę być nawet wójtem i posłem i nie ma co bać się filmu prawda?
Jack Scanlon jako Szmul


W roli Brona - Asa Butterfield
Zaczęłam oglądać.  Pozwólcie, że nakreślę Wam fabułę.  Ojciec małego Bruna, niemiecki żołnierz dostaje awans, z nową posadą wiąże się niestety przymus przeprowadzki. Matka, Ojciec i siostra Bruna – Gretel wyjeżdżają z Berlina i udają się do nowego miejsca. Po przybyciu do nowego domu, okazuje się, że w sąsiedztwie znajduje się farma, której nadzorowanie jest obowiązkiem ojca Bruna. Z okna w pokoju chłopca widać fragment tej „farmy” i jej mieszkańców, zdaniem chłopca bardzo dziwnych, bowiem cały dzień chodzących w pasiastych piżamach.  Ponieważ w nowym miejscu Bruno nie ma żadnych kolegów, a rodzice są zajęci, szybko zaczyna się nudzić. Łaknie kontaktu z rówieśnikami. Niespodziewanie spotyka chłopca w swoim wieku, tylko oddzielonego od niego kolczastym drutem, jednak dzieli ich więcej, właściwie drut powinien być symbolem przepaści nie do pokonania, Szmul jest Żydem, a jak uczy Bruna nowy nauczyciel, Żydzi to najwięksi wrogowie, nosiciele zła. Pomimo tego Bruno spędza z żydowskim chłopcem coraz więcej czasu…

David Thewlis - Ojciec Bruna
Tak jak przypuszczałam, film był mocny… chociaż nie emanuje
Matka Bruna - Vera Farmiga
przemocą, opiera się na niedomówieniach, na tym o czym widz wie. Siłą tego filmu jest uczynienie dzieci bohaterem. I z jednej strony drutu mamy Szmula, który jest więźniem obozu, widział dużo okrucieństwa, ale mimo wszystko jest dzieckiem, ośmioletnim chłopcem, którego rodzice starają się ochronić, chłopcem, którego umysł pewne rzeczy wypiera. Po drugiej stronie drutu mamy Bruna, syna komendanta obozu – świetna rola Lupina, to jest Davida Thewlisa, który każe nam kolejny raz zastanowić się na problemem zbrodniarzy nazistowskich. Mamy zwykłego człowieka, kochającego męża, syna, troskliwego ojca, oddanego patriotę, który gdy wychodzi do pracy staje się potworem, katem tysięcy ludzi. Do pewnego momentu może być reklama nazizmu z ludzką twarzą, ale gdy matka Bruna – bardzo śliczna – Vera Farmiga, dowiaduje się o tym co z ludźmi robi się w „farmie” jej męża, ojciec Bruna przestaje być ludzki. Jakbyśmy najpierw patrzyli na niego oczami rodziny, która nie wie jaka hekatomba ma miejsce za płotem, bo rodzina nie wie, gdy żona komendanta się dowiaduje, pogrąża się w katatonii. Bruna jest jednak wciąż nieświadomy, ciągle jest dzieckiem, który świat postrzega jako pole do eksperymentów i fascynujących odkryć, na którym zło jest pojęciem abstrakcyjnym.
Radość z awansu na komendanta obozu...


Film, nie tylko przez wzgląd na zakończenie, porusza. Dosłownie mrozi widza… skłania do refleksji, kolejny raz. Może dlatego, że nie jest przeładowany obrazem, nie jest przegadany, musimy uruchomić wyobraźnię, aby dopowiedzieć, to co dzieje się poza kadrem.  Dzięki temu ten film jest tak mocny. Poruszający. Po końcowym kadrze, nie sposób się otrząsnąć, pozbierać. Siedzi się po prostu i wpatruje w migające napisy.

Bardzo polecam! Aż żałuję, że tyle zwlekałam, a może, właśnie to dobrze? Może dojrzałam do tego filmu? Bo on jest wielowymiarowy, nie opowiada tylko o wojnie, holocauście, opowiada o relacji między ludźmi, ach!! To naprawdę wielowątkowy film, który jest naprawdę uniwersalnym!



Zdjęcia i  plakat pochodzą ze strony filmu 

piątek, 1 listopada 2013

"Trzy Wiedźmy" - Terry Pratchett

Jest to szósta część popularnego cyklu o Świecie Dysku. Król Verence, władca Lancre, został zamordowany i snuje się teraz jako duch po zamku. Czarownice ocaliły maleńkiego synka Verence'a i oddały go na wychowanie aktorom z wędrownej trupy. W Lancre objął władzę okrutny książę Felmet z jeszcze okrutniejszą małżonką. Poddani nie lubią nowego władcy. Duch Verence'a nieźle musi się nakombinować, aby zawrzeć wreszcie sojusz z wiedźmami. Wspólnie doprowadzą do powrotu prawowitej dynastii na tron






Nawet jak bardzo chcę być taka jak wszyscy, to mi nie wychodzi. Zupełnie tego nie rozumiem. Kasiek apostata, Kasiek odszczepieniec.  Pratchetta zna każdy. Jeśli nawet nie czytał, to słyszał o niy sim każdy, średnio nawet oblatany w świecie książkowym człowiek. Autor płodny jak królik, wydaje swe książki z prędkością, która zatrważa niejeden portfel. Ongiś czytałam kilka jego książek, nawet, nawet, ale mnie nie uwiodły. No, ale Wiktor truł mi o Terrym i truł, opowiadał o Świecie Dysku, śmiał nawet stwierdzić, że moim literackim odpowiednikiem jest Niania Ogg. Nie miałam wyjścia, powróciwszy do domu, przetrząsnęłam cały dom w poszukiwaniu „Trzech wiedźm”, nie było to łatwe(nowe półki, przenosiny itp.) i zaczęłam czytać.

Ślepy i głuchy zorientowałaby się, że zarówno tytuł jak i treść nawiązuje do twórczości Wiliama Wstrząśniętego. Tak, nawet autor, niewiadomo czy lękał się o kłopoty z prawami autorskimi, czy może nie docenia inteligencji czytelnika, a może uważa, że w XXI wieku znajomość angielskich klasyków jest de mode i lepiej wyłożyć kawę na ławę. Ale to Pratchett, więc mamy trzy dosyć specyficzne wiedźmy, specyficzną śmierć i wielce oryginalny dramat z tronem w tle. Przewinie się również ŚMIERĆ, jak zwykle w świetnej formie z dudniącym głosem i ciętym dowcipem. Same znane motywy, klasyka literatury, ale podane w nowy, wielce zabawny i oryginalny sposób. I jakkolwiek Kasiek uwielbia Shakespeare`a, uwielbia czarny humor, sarkazm i ironię, tak Świata Dysku – kolejny raz – nie kupił.

Nie jestem sztywniakiem i naturalnie humor, teksty Pratchetta bawiły mnie i to bardzo. Zdecydowanie uwielbiam jego styl, ale nie kupuję świata, który stworzył, nie umiem się w niego zaangażować. Nie potrafię do niego wejść. Jakby ktoś zatrzasnął przede mną drzwi, a ja mogę podglądać przez dziurkę od klucza, w wielce niewygodnej pozycji. Szybko się męczę, usypiam, uciekam. Nie mogę. Chyba ostatecznie zaprzestanę prób przekonania się do Świata Dysku, skoro książka, uznawana przez wiele osób, za tą od której warto zacząć podróż do Świata Dysku, bo jest tak świetna, dowcipna i wciągająca, że KAŻDEGO zachwyci, a mnie nie zachwyciła, to coś znaczy. Prawda?

Niezmiernie żałuję, że nie umiem się przekonać, że nie umiem wciągnąć się w Świat Dysku, bowiem Pratchett pisze stylem, który mnie rozwala. Zerknijcie na te cytaty!

„Kiedy łamiesz zasady, łam je mocno i na dobre.”

„Ale to, że coś jest oczywiste nie oznacza jeszcze, że jest prawdą.”

„Babcia pokiwała głową. Pochwalała takie zwyczaje, przynajmniej dopóki nikt nie sugerował, że sama powinna się do nich stosować.” 

„Babcia Weatherwax nigdy się nie gubiła. Zawsze doskonale wiedziała, gdzie się znajduje, czasem tylko nie była pewna, gdzie jest wszystko inne.”

„Hwel był przekonany, że droga musi przecież dokądś prowadzić. Ta geograficzna fikcja wielu wędrowców doprowadziła do zguby. Drogi wcale nie muszą dokądś prowadzić. Muszą tylko gdzieś się zaczynać.”

„- Moje imię brzmi: WxrtHltl-jwlpklz - oświadczył demon z wyższością. - Gdzie byłeś, kiedy rozdawali samogłoski? - wtrąciła Niania Ogg. - Stałeś za drzwiami?” 


Może, może jednak kiedyś na jakąś inną jego książkę się skuszę? Poprawiają humor. Męczą mnie, ale bawią ;)

podsumowanie października

I mamy Wszystkich Świętych, niepodważalny dowód na to, że październik odszedł w cień historii i zaczął się najpiękniejszy miesiąc - listopad. Ludzie nie lubią listopada. Nawet moja własna Matka, zawsze utyskuje na ten miesiąc, nazywając go najpaskudniejszym i najgorszym w całym roku. To nieładnie z Jej strony, biorąc pod uwagę, że miała kaprys wydać mnie na świat właśnie u schyłku listopada. Mogłaby chociaż udawać, że dla niej listopad jest najpiękniejszy ;). Listopad powinien dostać jakiejś depresji, wszyscy na niego narzekają i się go czepiają. A On się biedny nie daje i w tym roku pokazuje całe swoje piękno. Już się szykuję na wieczorny spacer na cmentarz, w taką pogodę grzechem byłoby zaniedbać takiej przechadzki.

Sama najchętniej popadłabym w depresję, gdyby nie to, że mam i miałam tyle roboty. Usypiałam na siedząco przy każdej okazji. I dlatego też październik był najsłabszym, w ostatnim czasie, miesiącem jeśli idzie o liczbę przeczytanych książek. Jedenaście (11). Kiepściutko, ale i tak nieźle, biorąc pod uwagę, ze tygodnia spokojnego i leniwego nawet nie miałam. I nie zapowiada się by coś się w najbliższym czasie poprawiło. Jak nie praca, to studia, jak nie studia, to... eh do kitu do wszystko.  Miałam jednak świetne zadośćuczynienie, nie czytałam w październiku książek złych. Gdy przeglądniecie moje recenzje, może Was zemdlić od zachwytów, ale naprawdę czytałam dobre książki, na złe nie miałam czasu. Po prostu.
Nie wiem czy wybrać "Łatwopalnych", czy "Niewidzialny most", czy "Kobiety Łazarza" na książkę października, a może "Wolną miłość" A może jednak Picoult. Nie wiem!!? Każda z tych książek mnie ubogaciła, zachwyciła, oderwała od trosk i codzienności. 

Dlatego jestem szczęśliwa, dziękuję Bogu za te moje książkowe zachwyty.  Dziękuję za to, że do łez może mnie zachwycić piękna książka, wschód, czy (częściej) zachód słońca, piękny utwór muzyczny. Jak długo odczuwam te moje zachwyty wiem, że mam serce, czuję że żyję, że nie zatracam swojego człowieczeństwa, duszy wiecznie ciekawego dziecka, w tym pędzie codzienności. 

Chciałabym, żeby listopad był również miesiącem świetnych książek, na co mogę mieć nadzieję, patrząc na stosy piętrzące się dookoła mnie. Czeka mnie dużo pracy, dużo czytania. To dobrze, myślenie mi szkodzi a za dużo wolnego czasu sprzyja właśnie myśleniu ;/


Założyłam sobie konto na instagramie i pokażę Wam październik w obrazkach :)

Widokowo :)


Kotowo, książkowo i hobbystycznie ;)


A Wam jak minął październik? Jaka książka zrobiła na Was największe wrażenie?



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Wg. Autorów ( w trakcie tworzenia)

Agata Christie (51) Agata Pruchniewska (1) Agatha Christie (16) Agnieszka Kaluga (1) Agnieszka Krakowiak-Kondracka (1) Agnieszka Lingas-Łoniewska (10) Agnieszka Wojdowicz (3) Aleksander Jażwiński (1) Aleksander Makowski (1) Aleksandra Szarłat (2) Alex Bellos (1) Alice Hoffman (1) Alina Białowąs (2) Aly Cha (1) Alyson Richman (1) Ałbena Grabowska (3) Ałbena Grabowska-Grzyb (4) Amy Hatvany (2) Andrzej Andrusiewicz (2) Andrzej Chwalba (1) Andrzej Grembowicz (1) Andrzej Kępiński (1) Andrzej Markowski (2) Angele Lieby (1) Angelika Kuźniak (1) Ann Brashares (1) Ann Wroe (1) Anna Bikont (1) Anna Fincer-Ogonowska (1) Anna Gavalda (1) Anna Herbich (3) Anna J. Szepielak (2) Anna Jean Mayhew (1) Anna Moczulska (1) Anna Nejman (1) Annabel Pitcher (1) Anne Brontë (2) Anne O'Brien (1) Anne Tyler (1) Antoni Słonimski (1) Antonina Kozłowska (2) Arael Zurli (1) Arthur Conan Doyle (1) Astrid Lindgren (4) Barbara Mutch (1) Barbara O`Neal (4) Barbara Sęk (1) Barbara Wachowicz (1) Becky Wade (1) Bill Bryson (1) Bolesław Prus (2) Bożena Keff (1) Brenda Reid (1) Brigitte Hamann (1) Brygida Grysiak (1) Carla Montero (1) Carlos Ruiz Zafón (3) Carrie Snyder (1) Cat Patrick (1) Cecelia Ahern (1) Cecilia Samartin (1) Cesarina Vighy (1) Chandra Hoffman (1) Charles Dickens (4) Charles Frazier (1) Charlotte Brontë (5) Cheryl Strayed (1) Chesley McLaren (1) Chris Columbus (1) Chris Fabry (1) Chris Grabenstein (1) Christian Jacq (1) Christina Baker-Kline (2) Chufo Llorens (1) Claire North (1) Clara Sanchez (1) Claude Quétel (1) Clive Staples Lewis (2) Colin Campbell (1) Colleen Hoover (2) Colleen McCullough (1) Conor Grennan (1) Consilia Maria Lakotta (2) Dan Brown (2) Daniel Silva (2) Danielle Steel (1) Danuta Awolusi (1) Danuta Pytlak (1) Dario Fo (1) Debbie Macomber (2) Denis Brian (1) Denis Diderot (1) Denise Hildreth Jones (1) Dennis Lehane (1) Diana Gabaldon (7) Diane Chamberlain (12) Doda Około-Kułak (1) Dodie Smith (1) Donald Spoto (2) Dorota Combrzyńska-Nogala (1) Dorota Gąsiorowska (2) Dorota Golińska (1) Dorota Ponińska (1) Dorota Terakowska (2) Dorothea Johnson (1) Dorothy Rowe (1) Dörthe Binkert (1) Douglas Smith (1) E. Lockhart (1) Edward Rutherfurd (2) Eileen Goudge (1) Eliza Orzeszkowa (2) Elizabeth Cooke (3) Elizabeth Gaskell (5) Elizabeth Haran (3) Elżbieta Cherezińska (4) Emilia Sokolik (1) Emily Jane Brontë (1) Emma Donoghue (1) Eowyn Ivey (1) Eric Lomax (1) Erin Morgenstern (1) Eugen Ruge (1) Eva Weaver (1) Ewa Bauer (2) Ewa Stachniak (2) Ewa Wróbel (1) Federico Moccia (4) Fern Britton (1) Fern Michaels (1) Florian Illies (1) Francine Rivers (3) Francis Hackett (1) Francis Scott Fitzgerald (1) Francoise Giroud (1) Gardner Raymond Dozois (1) Gavin Extence (2) George Orwell (1) George R.R. Martin (7) Georgia Bockoven (1) Gigi Buffon (1) Giovannino Guareschi (5) Glenys Carl (1) Grażyna Jeromin-Gałuszka (1) Greg King (1) Gregg Olsen (1) Grzegorz Sokołowski (1) Grzegorz Strzelczyk (1) Håkan Nesser (1) Hanna Cygler (3) Harper Lee (1) Helen Fielding (2) Helen Rappaport (1) Helena Mniszkówna (1) Helga Hoškova-Weissowá (1) Hellmut Andics (1) Henning Mankell (2) Henryk Sienkiewicz (1) Holly Peterson (1) Horacio Verbitsky (1) Ibn Warraq (1) Igor Sokołowski (3) Ismet Prcić (1) Iwona J. Walczak (3) Izabela Jung (1) Izabela Sowa (1) Izabella Frączyk (1) J.J. Renert (1) Jacek Dehnel (2) Jacek Hugo-Bader (1) Jacek Lusiński (1) Jadwiga Czajkowska (1) Jakub Puchalski (1) Jan Łoziński (1) Jan Miodek (2) Jan Paweł II (1) Jan Wróbel (1) Jane Austen (7) Janina Fedorowicz (1) Jaroslav Hašek (1) Jaume Cabré (2) Jaume Collel (1) Jean des Cars (2) Jean-Christophe Brisard (1) Jean-Jacques Sempé (1) Jean-Paul Roux (1) Jeannette Kalyta (1) Jennifer Kaufman (1) Jennifer Teege (1) Jennifer Worth (1) Jerzy Bralczyk (4) Jerzy Niemczuk (2) Jerzy Sosnowski (1) Jewgienij Wodołazkin (1) Jill Barnett (1) Jill Mansell (1) Joanna Konopińska (1) Joanna Marat (1) Joanna Szczęsna (1) Joanne Harris (1) Joanne Kathleen Rowling (13) Jodi Picoult (22) John Borrell (1) John Boyne (2) John Carlin (1) John Curran (1) John Green (1) John Grogan (1) John Ronald Reuel Tolkien (7) John Seeney (1) Jojo Moyes (6) Jolanta Król (1) Jolanta Kwiatkowska (1) Jon Ronson (1) Jonathan Littell (1) Jordi Pons Salas (1) Joyce Maynard (1) Józef Witko (2) Julia Alvarez (1) Julia Child (1) Julia P. Gelardi (1) Julian Tuwim (2) Julie Lawson Timmer (1) Julie Orringer (1) Jürgen Thorwald (6) Justin Go (1) Justin Peacock (1) Justyna Wydra (2) Ka Hancock (1) Kamil Janicki (2) Kard. Jorge Mario Bergolio (2) Karen Dionne (1) Karen Karbo (1) Karen Mack (1) Karolina Frankowska (1) Karolina Lanckorońska (1) Katarina Mazetti (2) Katarzyna Archimowicz (3) Katarzyna Bonda (6) Katarzyna Kołczewska (2) Katarzyna Kwiatkowska (5) Katarzyna Michalak (14) Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (5) Kate Lord Brown (1) Katherine Webb (3) Kathryn Taylor (1) Keith Lowe (1) Kerstin Ekman (1) Kiera Cass (5) Kristina Sabaliauskaitė (1) Krzysztof Sadło (1) Krzysztof Ziemiec (2) ks. Jan Twardowski (1) Laila El Omari (1) Laurens van der Post (1) Leah Fleming (1) Lena Najdecka (1) Leslie Carroll (1) Levi Henriksen (1) Lily Koppel (1) Linda Green (2) Lisa Genova (3) Lisa Kleypas (1) Lisa Scottoline (1) Liv Tyler (1) Louisa May Alcott (1) Louise Walters (1) Lucy Ferriss (1) Lucy Maud Montgomery (8) Lucyna Olejniczak (1) Ludwig Winder (1) Ludwik Stomma (1) Łukasz Maciejewski (1) Łukasz Orbitowski (1) M.L. Stedman (1) Maciej Karpiński (1) Maciej Stuhr (1) Magda Gessler (1) Magdalena Grzebałkowska (3) Mag­da­lena Knedler (1) Magdalena Kordel (4) Magdalena Kulus (1) Magdalena Tulli (1) Maja Łozińska (1) Małgorzata Gutowska - Adamczyk (4) Małgorzata Halber (1) Małgorzata Hayles (1) Małgorzata Łukowiak (1) Małgorzata Maj (1) Małgorzata Musierowicz (15) Małgorzata Szejnert (1) Małgorzata Tusk (1) Małgorzata Warda (2) Mandy Hale (1) Marc Llewellyn (1) Marcin Górka (1) Marcin Mastalerz (2) Marcin Prokop (2) Marcin Wilk (1) Marcin Zaremba (1) Marek Aureliusz (1) Marek Grechuta (1) Marek Ławrynowicz (1) Marek Rybarczyk (2) Margaret Dilloway (1) Margaret Mitchell (1) Maria Dąbrowska (2) Maria Kruger (2) Maria Krüger (1) Maria Sveland (1) Maria Ulatowska (3) Marilyn Brant (1) Marina Stepnova (1) Mariola Pryzwan (1) Marion Zimmer Bradley (1) Mariusz Szczygieł (4) Mariusz Urbanek (6) Mariusz Wilka (1) Mariusz Ziomecki (1) Marta Kisiel (2) Martha Grimes (1) Martin Sixsmith (1) Matthew Quick (1) Melchior Wańkowicz (1) Melissa Hill (1) Meredith Goldstein (1) Mhairi McFarlane (2) Michał Heller (1) Mieczysław Mokrzycki (1) Mike Carson (1) Mira Suchodolska (1) Miriam Karmel (1) Mitch Albom (3) Monika A. Oleksa (6) Monika Szwaja (10) Nadine Gordimer (1) Natasha Walker (1) Ned Vizzini (1) Olle Lönnaeus (1) Papież Franciszek (2) Patrick Ness (1) Patrick Pesnot (1) Paul Arden (1) Paullina Simons (3) Penny Jordan (1) Peter Heller (1) Peter Kreeft (1) Platon (1) Pola Kinski (1) Priscille Sibley (1) Rachel Hauck (2) Rebecca Johns (1) Regina Brett (5) René Goscinny (1) Richard Paul Evans (6) Richard Phillips Feynman (3) Robert Galbraith (3) Robert J. Woźniak (1) Roma Ligocka (3) Ryszard Legutko (1) Sally Bedell Smith (1) Sam Pivnik (1) Samantha Hayes (1) Samantha van Leer (1) Sarita Mandanna (1) Seré Prince Halverson (1) Shelley Emling (1) Stanisław Zakościelny (1) Stephanie Evanovich (1) Stephenie Meyer (2) Sue Eckstein (1) Sue Woolmans (1) Sylwia Chutnik (1) Szymon Hołownia (12) Szymon Sokolik (1) Terry Pratchett (2) Trygve Gulbranssen (4) Tullio Avoledo (1) Victoria Twead (2) Walter R. Brooks (2) Wiesław Myśliwski (2) Wilkie Collins (2) Yrsa Sigurdardóttir (5) Zośka Papużanka (1)

Pogoda w mojej okolicy