czwartek, 31 października 2013

"Rodzina Wenclów. Układ" - Lena Najdecka

To już nie wizja przyszłości. To rzeczywistość. Witajcie w świecie, w którym każdego można podsłuchać, każdego można skontrolować, każdego można nagrać. I na każdego można coś znaleźć... Warszawa, rok 2007. Życie osobiste i kancelaria mecenasa Wencla legły w gruzach, a najlepszy klient został wrobiony w zakup spółki obciążonej wielomilionowym długiem. Zdesperowany Wencel postanawia odkryć, kto za tym stoi. Jego podejrzenia wzbudza Mirosław Kwaśniak, antypatyczny karierowicz z prowincji. Mecenas Wencel i jego lojalna sekretarka rozpoczynają brawurowe śledztwo, nie mając nawet pojęcia, że działania ich otwierają istną puszkę Pandory. Kwaśniak, bowiem przypierany do muru, chwytając się przysłowiowej brzytwy, nawiązuje romans ze starszą od siebie, wpływową posłanką partii rządzącej, a wtedy sprawy przybierają prawdziwie niebezpieczny obrót. Rodzina Wenclów to prawdziwy do bólu obraz formującej się klasy średniej. Bez sztucznych zabiegów upiększających. Losy rodziny tytułowych Wenclów przeplatają się ze współczesnymi światem polityki i wielkich, nie zawsze czystych, interesów - przedstawiając czytelnikowi jakże realną i barwną panoramę współczesnej, polskiej rzeczywistości.


Nieco ponad dwa lata temu trafił w moje ręce pierwszy tom „Wenclów”. Czytałam różne opinie na jej temat, niektóre były druzgocząco krytyczne, inne po prostu negatywne, nie spotkałam – bo i nie szukałam, to inna sprawa – recenzji pełnych zachwytu. DO książki podeszłam więc sceptycznie, saga o prawnikach? W Polsce? Nie do końca wydawał mi się to pomysł dobry, bo nasz system prawny nie daje za bardzo pola do tworzenia sensacyjnych opowieści, gdzie mu do common law . Z drugiej strony, my Polacy umiemy tak namieszać, że wychodzi z tego kryminał sensacyjny i jeszcze okraszony czarnym humorem. Postanowiłam książce dać szansę. I zachwyciła mnie. Owszem jakieś tam wady widziałam, ale  generalnie książka mnie podbiła. Tak rozpoczął się długi okres wyczekiwania na tom kolejny. Pani Lena Najdecka nie okazała litości. Kazała czekać dwa długie lata, zanim trochę zaspokoiła naszą ciekawość, po to by kazać nam czekać na kolejny tom. A ja jestem bardzo ciekawa.

Autorka zaczyna tam gdzie zakończyła tom pierwszy. W skutek przemyślanych ruchów wspólników Paweł Wencel zostaje wrobiony w paskudną sprawę, na dodatek odchodzi od niego żona. Dumny Wencel sprawia wrażenie pokonanego, traci klientów, żonę, prestiż. Zrobiono z niego durnia. Żebraka, który musi się tułać po jakichś norach, zamiast wciąż błyszczeć w kancelarii na wysoki połysk. Na szczęście, ktoś przy nim zostaje. Co mnie od początku ucieszyło, chociaż i wzbudziło pewne podejrzenia. Lubię Pawła Wencla, już w I tomie był moją ulubioną postacią i obdarzyłam go ogromną sympatią. Zresztą nad całą rodziną Wenclów zbierają się chmury i troski. Starszyzna będzie miała o czym dyskutować i co przeżywać. Co dostarczy czytelnikowi sporej dawki autentycznego humoru.  A gdy jeden z bohaterów wpląta się w romans z posłanką Wszechwładnej Partii, będziecie się mogli zabawić w grę „zgadnij o czym mowa”.  Uważam, że pomysł na fabułę był bardzo fajny. A wykonanie?

Wykonanie też, nie jestem odosobniona w pozytywnych wrażeniach odnośnie pierwszego tomu, bo gdy byłam w Lublinie, Mamie brakło muliny do haftu, akurat przy fotelu leżał I tom Wenclów. Mama wzięła się do czytania. Gdy następnego dnia przyjechała po mnie na PKP zwierzała mi się, załamanym głosem opowiada, jaka to tragedia(brak nitek) się stała i jak wzięła „Wenclów” "Ty wiesz jak mnie wciągnęło??! Siedzę sobie, czytam a Ty dzwonisz, że wracasz i z pociągu mógłby Cię ktoś odebrał. No i się zebrać musiałam ;/". Tak więc moja Matkosia czyta sobie Wenclów – podoba Jej się. Jej człowiekowi  który nie jest prawnikiem, który nie ma sentymentu do środowiska, do specyficznego języka. Da się! Inny jest tom drugi. Moim zdaniem osoby, które odrzucił tom pierwszy właśnie językiem, prawniczym światkiem i żargonem, nie będą miały powodów by teraz narzekać. „Układ” to książka sensacyjna, trochę kryminalna. O ludziach, ich zachowaniach. To nie jest portret polskiej, czy warszawskiej palestry. To po prostu książka o naszym społeczeństwie, o tak zwanych elitach.

Spędziłam naprawdę dobre chwilę na lekturze „Układu”, to książka prawdziwa, taka która nie nuży, a intryguje. Książka realistyczna, a opisanie rzeczywistości, tak by czytelnik tą prawdziwość czuł, a jednocześnie nie był znudzony, czy zdegustowany to przecież sztuka.

Chciałabym Was zachęcić do sięgnięcia po książkę Leny Najdeckiej. Chociaż „Układ” jest kontynuacją „Wspólnika” to jednak wydaje mi się, że gdy ktoś się uprze nie musi znać tomu pierwszego. Jasne czytając po kolei będzie się wszystko układało w logiczną całość, w pewien obraz, ale brak znajomości tomu pierwszego nie uniemożliwi zrozumienia i docenienia tomu drugiego.

Polecam!!
Początek formularza
 

środa, 30 października 2013

"Ania z Avonlea" - Lucy Maud Montgomery

Ania powraca do Avonlea, by uczyć w tamtejszej szkole. Szybko okazuje się jednak, że praca nauczyciela to prawdziwe wyzwanie. Świeże upieczona nauczycielka będzie musiała zaskarbić sobie sympatii podopiecznych - a są wśród nich urwisy, złośliwcy i fajtłapy... Na szczęście zdarzają się i bratnie dusze. Ania nawiązuje nowe przyjaźnie, popada w nowe tarapaty i zaczyna zdawać sobie sprawę, że coraz bardziej zależy jej na pewnym chłopaku...

Jesień sprzyja powtórkom literackim.  Chętniej odwiedzamy starych znajomych. Zamiast wędrować nowymi ścieżkami, wolimy usiąść z kimś kogo dobrze znamy, napić się herbaty powspominać stare dzieje.  Wczoraj przeżywałam dzisiejszego dentystę, dziś wróciwszy od złego pana który zrobił mi straszne „ziazi”, próbując zapomnieć o ziejącej pustką dziurze w żuchwie, wybrałam się do Avonlea, do pewnej rudowłosej Ani.

Ania nie poszła na studia, została w Avonlea, aby pomagać w gospodarstwie Maryli, której pogarszający się nieustannie wzrok groził całkowitą ślepotą. Ania – dzięki uprzejmości Gilberta, obejmuje szkołę, którą sama tak niedawno ukończyła. Przed temperamentną dziewczyną nowe przygody. Nowy sąsiad, a także praca w szkole – tak więc nowe wyzwania, nowe cele! Założy z przyjaciółki Koło Miłośników Avonlea i będzie próbowała zmieniać swoją małą ojczyznę. Jedno jest pewne, nudno nie będzie, tym bardziej, że Maryla przygarnie bliźnięta!! Oj mówię Wam – będzie się działo. Ania dorasta nie jest tak trzpiotowata, ale nie uniknie swoich słynnych pomyłek i wpadek. Dajcie znów uwieść się ciepłu Wyspy Księcia Edwarda.

Z niezmienną przyjemnością wracam do przygód Ani! Wprawdzie dziś, z powodu wyrwanego zęba nie mogłam raczyć się pyszną, gorącą herbatką, ale wczoraj spędziłam miły wieczór z ludźmi, których znam i kocham od wielu lat. Poznałam także nowych przyjaciół Tola i rozbrajający Tadzio, urocza panna Lawenda, Karolina Czwarta, Jaś. W Avonlea przybyło nowych twarzy. I dzięki temu możemy niemalże na nowo odkrywać tą uroczą miejscowość, znowu poznajemy nowych przyjaciół. Razem z Anią przeżywamy jej sukcesy i porażki, płaczemy i śmiejemy się. Nie ukrywam, że dzięki Tadziowi okazji do uśmiania się będzie
mój egzemplarz, już nie jest pierwszej mlodości
sporo!

Uwielbiam Anię! Cieszę się, że zdecydowałam się sięgnąć po ten II tom, znacznie poprawiło to mój humor. Ten tom jest weselszy niż pierwszy tom, życie jakie wiedzie Ania jest beztroskie, nie choruje, spokojnie pracuje,  jej problemy są zwykłymi problemami dnia codziennego. Nie ma dramatów, jakich doświadczymy w „Wymarzonym domu”, czy tej traumy i smutku tomu pierwszego. Wprawdzie mamy również smutek, śmierć, rozstanie, ale nie dotykają one bezpośrednio Ani Jest radość dziewczątka o czystej duszy, które jest szczęśliwe bo żyje, bo wciąż ma marzenia, a każdy zakręt na drodze daje szansę na coś wspaniałego co przyniesie świat.

Dorosłość, miłość, zakochanie powoli wkradają się jednak do świata Diany i Ani, jednak  to będzie lekko zasygnalizowane, ledwo dostrzegalne sygnały o tym co wydarzy się w przyszłości. Na razie Ania, jest stateczną nauczycielką, która po godzinach biega po lasach i łąkach i przyjaźni się z nimfami, marząc o tym by kiedyś pójść na Uniwersytet.

zaczytany
Mi spotkanie z Anią, kolejne wiele dało. Przywróciło równowagę, przypomniało o sile marzeń. Jakoś nie mam weny na nowe książki, siedziałabym i powtarzała, ale powoli wkręcam się w Wenclów, więc może dziś w nocy poczytam. W nocy bo nie chcę faszerować się lekami, a od jednej zarwanej nocki nie umrę. A jutro już będę musiała brać tabletki, o ile będzie bolało. Tak się cieszyłam, że skończył się etap antybiotykowania,  a najpierw oskrzela, a teraz dostałam antybiotyk, bo dentysta twierdzi, że chirurgicznie usuwał. Czort wie, ja mało kontaktowałam. Wolałam nie wiedzieć.

Czytajcie Anie!! Pierwszy tom moją Siostrzenice znudził, po drugi już nie sięgnęła. Uważam, to za własną porażkę wychowawczą. A przecież tak warto!!

poniedziałek, 28 października 2013

"Wspomnienia wojenne" - Karolina Lanckorońska

Profesor Karolina Lanckorońska jest ostatnią przedstawicielką znakomitego rodu Lanckorońskich z Brzezia. Urodzona w roku , przeżyła cały XX wiek, będąc świadkiem i uczestnikiem wielu historycznych wydarzeń. Jako jedyna dziedziczka gromadzonej w XIX i XX wieku kolekcji rodu Lanckorońskich w roku przekazała rodakom niezwykły dar dzieła sztuki, których wartość artystyczna i historyczna nie ma sobie równej w Polsce. Swoje dramatyczne i heroiczne losy z okresu II wojny światowej utrwaliła w napisanych już po wojnie Wspomnieniach wojennych. Zaczynają się one z chwilą zajęcia Lwowa przez wojska radzieckie w roku, a kończą na zwolnieniu z obozu koncentracyjnego w Ravensbr ck w kwietniu . Pokazują niezwykłą osobowość autorki, jej wulkaniczny temperament, zaradność, lwią odwagę, przekonanie do swoich racji i umiejętność działania w niejednokrotnie ekstremalnych sytuacjach. To doskonały portret kobiety silnej i imponującej swą bezkompromisową postawą wobec zła.


Książkę „Wspomnienia wojenne” Karoliny Lanckorońskiej kupiłam za pierwszą wypłatę, ponad dwa lata temu. Tyle musiała przeleżeć na mojej półce, abym poczuła wolę bożą i wzięła się za czytanie. Nie jest mi obcy ród Lanckorońskich, pamiętam jeszcze śp. Karolinę Lanckorońska, pamiętam jak wdzięczna jej była Polska, za przekazanie bogatych zbiorów dzieł sztuki, niegdyś należących  do rodziny Lanckorońskich.  Poruszające zapiski z lat spędzonych w okupowanym kraju, pod władzą to sowietów, to Niemców, później areszt, więzienie, wreszcie obóz. Materia do opisania była bogata.

Wybuch wojny zastaje Karolinę Lanckorońską we Lwowie, gdzie ta córka magnackiego rodu, córka mecenasa sztuki, działacza politycznego i społecznego – Karola Lanckorońskiego, wykłada lwowskim uniwersytecie historię sztuki. Jej etat na uniwersytecie przez pewien czas zapewnia jej spokój, związane z nim są nawet pewne przywileje. Jednak wraz z upływem czasu i angażowaniem się w podziemną walkę sytuacja Karoliny Lanckorońskiej staje się coraz bardziej nieprzyjemna. Jest przedstawicielką inteligencji i co gorsza, jest obszarniczką, potomkinią hrabiów. Jej egzystencja pod jarzmem sowietów jest niemożliwa. Karolinie Lanckorońskiej udaje się przedostać na niemiecką stronę. Wprawdzie w Generalnej Guberni Niemcy sieją postrach, ale wydają się być narodem bardziej cywilizowanym i europejskim niż Rosjanie. Karolina Lanckorońska trafia do Krakowa, gdzie odnawia swoje kontakty i natychmiast angażuje się w działalność patriotyczną. Ta działalność, mimo że czyniąca zadość umiłowanej przez Niemców biurokracji w końcu zaprowadzi Lanckorońską do więzienia, a ostatecznie do obozu w Ravensbruck.

Niezwykła historia, niezwykłej, odważnej, silnej kobiety, która nie wahała się odrzucić bezpiecznego życia, nie skorzystała z możliwości ukrycia się u wpływowych przyjaciół, zrobiła to co uważała za normalne, niezbędne – pomaganie Polakom, oddanie wszystkich sił Ojczyźnie, która popadła w biedę, której dobro, wolność jest zagrożone. Walczyła o piękno, o ideały w których wzrastała. Tak jak niegdyś jej przodkowie w chwilach próby chwytali za szablę i na polach bitew przelewali swoją krew, tak Karolina Lanckorońska gdy „runęli żelaznym wojskiem” oddała się cichej walce, wcale nie mniej heroicznej, wymagającej nieustannej uwagi i ogromnych pokładów męstwa.  Dziennik który spisuje jest świadectwem czynów ludzi, którzy pomagali jej w tym zadaniu, hołdem dla tych, którzy polegli za Sprawę. To dzięki niej światło dzienne ujrzała prawda o losach lwowskich profesorach, zamordowanych przez Niemców.

Niewątpliwie książka ważna, ciekawa, pozwalająca wyobrazić sobie życie pod okupacją. Moim zdaniem warto przeczytać. Dodam jeszcze, że książka jest napisana niezwykłą polszczyzną, piękną, staranną, widać w niej autorkę, arystokratkę, dobrze wykształconą, znającą dobre maniery nie tylko w zachowaniu, ale i w piśmie. Dla samej czystej jak złoto polszczyzny warto zapoznać się z tą książką!!!

niedziela, 27 października 2013

"Kobiety Łazarza" - Marina Stepnova

Tęsknota za miłością, pragnienie domowego ciepła i rodzinnego szczęścia to najbardziej poruszające wątki tej rodzinnej sagi, której tło stanowi historia XX-wiecznej Rosji – od głodu i terroru wojen po przemiany kapitalistyczne.
Marusia, Galina i Lidoczka, trzy kobiety, których losy skupione są wokół jednego mężczyzny – Łazarza Lindta. Genialny fizyk i twórca sowieckiej bomby atomowej został naznaczony przez nieodwzajemnioną miłość, przez co sam staje się przyczyną cierpienia, bólu i nienawiści. To twórca i niszczyciel.
„Kobiety Łazarza” to hipnotyzująca historia miłości, straty i ludzkiego geniuszu.


Dlaczego czytamy smutne książki? Czy po to, aby nie zagłodzić się własnym szczęściem? Czy sięgamy po nie w chwilach naszych prywatnych dramatów, aby odnaleźć echo naszego cierpienia, uświadomić sobie, że w tym nieszczęściu nie jesteśmy sami. Że nie tylko nasze życie jest smutne i puste? Nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Uwielbiam, jednak czytać smutne książki, pozostawiają uczucie pustki, namacalnie oddziałują na czytelnika. CZUŁAM, że „Kobiety Łazarza” będą dobrym wyborem. Należą do Szmaragdowej serii, do tej w której ukazał się „Niewidzialny most”, o czymś to świadczy. No i jestem fanką zielonego koloru. : ) wszystko przemawiało ZA tą książką, ale wszystko przecież mogło się zepsuć. Książka mogła okazać się tombakiem, a nie szczerym złotem. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana, jak się dowiedziałam od kolegi.

Tytułowy Łazarz to przybłęda, człowiek znikąd. Pewnego dnia staje przed naukowcem Czałdanowem, który pod wrażeniem umiejętności wyglądającego jak kloszard, człowieka bez wykształcenia, pod wpływem jakiegoś nienazwanego impulsu roztacza nad osiemnastoletnim Łazarzem opiekę. Zabiera go do domu, gdzie jego małżonka, bezdzietna Marusia z ogromnym instynktem macierzyńskim przygarnia zawszonego, zabiedzonego Żyda. Jest rok 1918, Rosja odpoczywa po rewolucji, która przeszła przez jej ziemię.  My właśnie wyruszamy w podróż przez burzliwe lata w Kraju Rad, a później Rosji, po pieriestrojce. Książka pełna dygresji i retrospekcji, z chronologią tylko z grubsza utrzymaną, pełną wątków pobocznych, z pozoru niemających wpływu na głównych bohaterów, a naprawdę niezwykle sprawnie zazębiających się i tworzących całość. Całość, niezwykle zajmującą i poruszającą. Łazarz osiągnie szczyty ziemskiej, rosyjskiej drabiny społecznej, z samouka-geniusza wyrośnie współtwórca radzieckiej bomby atomowej. Człowiek o ponadprzeciętnym umyśle, sowiecki Einstein. Pozostanie jednak człowiekiem, pragnącym ciepła i miłości. Za wszelką cenę. To jego nieszczęśliwa, niemożliwa do zrealizowania miłość zdeterminuje losy tytułowych kobiet Łazarza.
„Kobiety Łazarza” to opowieść o poszukiwaniu miłości i szczęścia, poszukiwaniu skazanym na niepowodzenie, kończące się tragedią, jak rodem z Sofoklesa. Niesprzyjające okoliczności, wiatry historii, z pozoru nic nieznaczące spotkania okazują się mieć ogromny wpływ na ludzkie losu. Człowiek okazuje się marionetką, nie ma wpływu na swoje życie. Kowal swojego losu? Dobry żart! Ale czy na pewno? Do końca zachowujemy rozum, zdolność podejmowania decyzji, mamy obowiązek strzec godności, człowieczeństwa, używać serca, rozumu i sumienia.  A zdarzenia, będące niby przypadkowymi okazują się konsekwencją wyborów, które zostały podjęte, karma, dobro i zło wracają.

Czas spędzony na lekturze „Kobiet Łazarza” uważam, za wykorzystany bardzo dobrze. Książka przyciąga nie tylko ciekawą fabułą, interesującym tematem, ale stylem. Marina Stepnowa ma bardzo ciekawy styl, lekkie pióro, tworzy dźwięczne zdania, zazębiające się, płynne. Sprawiają wrażenie luźnego strumienia świadomości a jednocześnie są przemyślane. Bardzo dobrze napisana książka. Przyjemnie się czytało, lekko.

Nie uważam, że „Kobiety Łazarza” to książka lekka, czytadło. Tematyka jaka została w niej poruszona pozostawia w czytelniku pustkę, często odrywałam wzrok od tekstu, musiałam odpocząć, bo coś we mnie buzowało, poczucie niesprawiedliwości, niemy sprzeciw. Nie wspomnę o tym, że oczywiście w pociągu musiały mi popłynąć łzy. Więc lico w stronę okna, żeby sensacji nie robić. Przy takich książkach grunt to wodoodporny makijaż ; )
Będziecie zachwyceni tą wielowątkową sagą. Autorka zabierając nas w podróż w czasie pokazuje nam Rosję kilku epok, z różnymi grupami narodowościowymi i  społecznymi. Walka o byt i o własne miejsce, a przede wszystkim przesłanie, że nasze czyny determinuje, jak igła kompasu wyznacza nam azymut pragnienie miłości. Byle tego nie zepsuć i nie wypaczyć.


a tak pięknie było dziś przed południem w Lublinie :)

piątek, 25 października 2013

"Podróż do miasta świateł" - Małgorzata Gutowska - Adamczyk

Rose i Nina, mimo że żyją w zupełnie innych czasach, mają bardzo podobne doświadczenia. Obie wyruszają w podróż do miasta świateł ze złamanym sercem. Obie, wbrew faktom, żywią nadzieję, że pobyt w Paryżu przyniesie ukojenie. Czy te oczekiwania się spełnią?
Podążająca śladem Róży Nina pragnie wyjaśnić zagadkę serii kradzieży obrazów słynnej malarki. Na jej drodze pojawi się fascynujący i tajemniczy kolekcjoner sztuki z Argentyny. Razem spróbują się dowiedzieć, kto i dlaczego kradnie dzieła Rose de Vallenord.
Tylko czy na pewno Nina może mu zaufać?
Małgorzata Gutowska-Adamczyk znów zabiera czytelników w fascynującą podróż do dziewiętnastowiecznej i współczesnej Francji, snując opowieść o dwóch wyjątkowych kobietach. Równie ważnym bohaterem książki czyni Paryż – niezwykłe miasto, w którym zarówno cierpienie, jak i szczęście odczuwa się ze zdwojoną intensywnością.
Po bestsellerowej "Cukierni Pod Amorem" zapraszamy na kolejną wyśmienitą ucztę literacką, która urzeka opowieścią o czasach minionych, pełnych nostalgicznego piękna.


Co jest najlepszego na zawód sercowy? Można zapić, ale to na dłuższą metę odbija się czkawką. Najlepiej kupić sobie książkę. Dlatego, kiedy kolejny raz, gdy komuś głupio zaufałam i ten ktoś mnie zawiódł, w celu wyleczenia się z podłego nastroju pobiegłam do księgarni. Złapałam drugi tom „Podróży do miasta świateł”. Po roku czekania!! Walcząc ze zmęczeniem czytać zaczęłam już w pociągu, jednak i tak usnęłam. Zrozumcie, kilka nocy z rzędu niespania. Pociąg mnie ululał. Niedługo jednak odwlekła się lektura jak widzicie. Dziś zamiast rzetelnie pracować – czytałam.  Teraz znowu muszę czekać kolejny rok, żeby się dowiedzieć jak to się skończy.

Róża z Wolskich wraca do Paryża z Polski, gdzie pochowała matkę. Niemalże prosto z pociągu musi udać się w dalszą podróż, jej ukochany – Roger książę de Vallenord zmarł a kobieta chce ostatni raz na niego spojrzeć. Róża zostaje sama, ma przy boku Serge`a, wiernego przyjaciela, który kocha ją, ale nie ma nadziei na wzajemność. Po tym jak jej marzenia i plany legły w gruzy, a serce przyoblekło się w żałobę, kobieta próbuje sobie ułożyć życie. Z pomocą przyjaciela – udaje jej się to, tworzą zgrany duet oparty na przyjaźni, zaufaniu, lojalności. Serge liczy na więcej, ale na drodze staje tajemniczy nieznajomy, który zdaje się podbił serce Róży. Kobieta ładuje się w kolejny szemrany związek a Serge może tylko bezradnie się temu przyglądać, aż w końcu wraca do Rosji wzywany tam przez rodzinę. Róża zaś od nowa układa sobie życie. Czy w końcu znajdzie szczęście?

Nina przylatuje do Paryża i rusza śladami malarki polskiego pochodzenia – Róży z Wolskich, spaceruje ulicami Paryża odwiedza miejsca z duszą, popija kawę w urokliwych kawiarenkach, nie traci przy tym z oczu swego głównego celu, zawodowego, czyli Róży księżnej de Vallenord, próbuje dociec kto stoi za kradzieżami obrazów. Jednocześnie stara się dojść dlaczego Miłosz ją porzucił.  Problemy osobiste i perturbacje w poszukiwaniach, oto treść jej wyjazdu do Francji. Na horyzoncie pojawia się jednak tajemniczy Argentyńczyk, również zafascynowany polską malarką.   Czy Nina kolejny raz się sparzy? Czy jej relacje z matką się wyklarują?

Małgorzata Gutowska-Adamczyk podbiła moje serce „Cukiernią pod Amorem” z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnej sagi jej autorstwa, cieszyłam się jak dziecko, że nie odrywa mnie od Zajezierzyc, że wciąż będę mogła tam zaglądać. Autorka kolejny raz udowadnia, że potrafi z wirtuozerią pisać o tym co kocha. Tak jak wcześniej, smakowite opisy ciast i ciasteczek sprawiały, że biegłam do kuchni sprawdzić co mogę upiec z tego co mam, tak w tej książce przy opisach atrakcji Paryża, pomimo braku mojego ześwirowania na tym punkcie miałam ochotę rzucić wszystko i wybrać się na wycieczkę do miasta świateł. Chyba ciężko  nie pokochać Paryża po tym jak autorka go opisuje. Z dbałością o detale, czuć wietrzyk na twarzy, zapach espresso. Ach!! Ja chcę do Paryża, pierwszy raz!!

Nie żałuję ani złotówek wydanych na książkę, ani godzin które poświęciłam na czytanie -  kosztem snu. Małgorzata Gutowska-Adamczyk kolejny raz uwodzi nas historią, pokazuje nam piękne miejsca, a także cały wachlarz emocji. Bohaterowie jej książek dają się lubić, angażujemy się w ich życie, przeżywamy ich wzloty i upadki. Czasami zakręci się łza, czasami wstrząśnie nami żywa irytacja. Lubię kiedy obchodzą mnie losy tych o których czytam. Gdy wszystkie przygody bohaterów, przechodzą u mnie bez echa, mam wrażenie, że czytam książkę bezpłciową, miałką, słabą. Tymczasem drugi tom „Podróży do miasta świateł” wywoływał u mnie różne emocje. Moim zdaniem książka ma słabsze momenty, gdy nie przykuwa uwagi tak mocno, ale gdyby nie miała owych momentów, byłaby doskonała, a doskonałości próżno się doszukiwać w naszym ułomnym świecie. Nieprawdaż? ; )

Cieszę się, że mogłam zanurzyć się w tej powieści, nie mogę darować sobie, że tak szybko ją przeczytałam i kolejny rok spędzę na wypatrywaniu daty premiery trzeciego tomu.

O ile pierwszy tom dotykał w głównej mierze problemu relacji z matką, w drugim tomie mamy problem niewłaściwych związków, złego lokowania uczuć. Jak ja to rozumiem, kobiety, które obdarzają uczuciem mężczyzn, którzy jakby byli stworzeni by skrzywdzić, złamać serce i zdeptać, zetrzeć na pył. Problem uniwersalny, stary jak świat i niezależny od epok i krajów. Wszędzie i zawsze było tak samo. Detale są zmienne, osnowa tej historii – zawsze taka sama.

Polecam „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord”, według mnie książka warta jest przeczytania, piękny język, zachwycające opisy i zajmujący wątek. Małgorzata Gutowska Adamczyk, kolejny rok z rzędu sprawia, że jesienne, długie wieczory nie będą się dłużyć, gwarantuje przyjemny czas spędzony na lekturze. Bardzo polecam : )

Ps. Jest szansa, że w niedzielę wrócę do normalnego blogowego świata. Jutro wycieczka do Lublina i będę miała wreszcie KILKA dni spokoju. KILKA to jawi się jak ziemia obiecana.

niedziela, 20 października 2013

"Ścieżka słońca" - Lisa Kleypas

Pierwsza część trylogii znad Zatoki Friday – opowieść o miłości, rozstaniu oraz sile, z jaką magia może wywierać wpływ na rzeczywistość – zabierze cię w najbardziej romantyczną podróż twojego życia.
Lucy Marinn zajmuje się szkłem artystycznym i mieszka nad przepiękną, malowniczą Zatoką Friday wraz z chłopakiem, Kevinem, którego uważa za swoją pokrewną duszę. Już od dziecka Lucy posiada szczególny dar – magiczne zdolności, dzięki którym tworzy niezwykłe formy ze szkła – i bardzo zależy jej na tym, by go nie utracić. Gdy jednak spotyka ją przykra niespodzianka, czyli najbardziej bolesna zdrada, jaką można sobie wyobrazić, zaczyna kwestionować swoje życiowe decyzje. Chłopak zostawia ją dla jej własnej siostry. Rozpacz Lucy dodatkowo potęguje fakt, że nad całym jej dotychczasowym życiem uczuciowym ciąży piętno niewłaściwych wyborów. Ponieważ rodzina Lucy nie kryje swej dezaprobaty wobec zaistniałej sytuacji, Kevin prosi swojego przyjaciela, Sama Nolana, właściciela lokalnej winnicy na wyspie San Juan, by „zawrócił Lucy w głowie” i w ten sposób pomógł jej szybciej dojść do siebie. Między Samem a Lucy zaczyna rodzić się prawdziwe uczucie. Dziewczyna musi jednak zadać sobie pytanie, czy warto po raz kolejny podejmować ryzyko i angażować się w nowy związek.Lucy podaje w wątpliwość swoje dotychczasowe wyobrażenia o miłości i lojalności, zaczyna inaczej postrzegać życiowe błędy, stare przyzwyczajenia i nowe początki, a jednocześnie przekonuje się, że z pewnych rzeczy – nawet gdy ulegną zniszczeniu – można po raz kolejny stworzyć coś pięknego. Pojmuje również, że jedynie poprzez odkrycie naszego prawdziwego „ja” możemy odnaleźć osobę, która rzeczywiście na nas zasługuje.


Tęsknicie troszkę za mną? Ja tęsknię za normalnym, spokojnym życiem w którym nie spałam po trzy-cztery godziny i nie pędziłam: na zajęcia, do pracy, do szkoły, byle dalej. I wszystko jeszcze byłoby znośnie, gdybym do tych zajęć się nie musiała przygotowywać. Czasu na czytanie mam tyle co w pociągu, busie. A wieczorami uciekam na kilka kilometrów kijkowania z muzyką i zimnem i księżycem. Wtedy łapię oddech i myśli własne. A głowy za ciasne na myśli własne, jak usłyszałam w piosence.

Bez książek jednak nie umiem żyć, bez snu też nie bardzo, ale chociaż kilka stron poczytać muszę, chociażby kosztem kilkudziesięciu minut snu. A co tam, wyśpię się w końcu, ostatecznie po śmierci prawda? I tak podczytywałam sobie „Ścieżkę słońca”, książka jest lekka, miła i przyjemna. Akurat na podróż pociągiem – nocą, lub wieczorne polegiwania z kubkiem naparu z imbiru.

pociągowe czytanie
Lucy i Alice są siostrami. W dzieciństwie Alice bardzo ciężko zachorowała na zapalenie opon mózgowych, z tego powodu miała ogromną taryfę ulgową. Matka dziewczynek uważała, że dziewczynce należy we wszystkim ustępować i spełniać jej zachcianki. Również Lucy musiała wiele znosić z jej strony. Jednak kiedy, już w dorosłym życiu od Lucy odchodzi  jej mężczyzna. Odchodzi właśnie do Alice z która, jak się okazuje, sypiał od pewnego czasu. Dziewczyna wpada w dołek, ucieka do przyjaciół i oddaje się pracy – szkłu i witrażom.  Od dziecka pasjonowała ją barwa światła, kolory, proces wytwarzania szkła. Jak to bywa w bajkach, gdy ucieka przed siebie spotyka JEGO, mężczyznę, który normalnie zwaliłby ją z nóg, ale przecież ONA jest tuż po rozstaniu, po tym jak facet z którym wiązała plany na przyszłość złamał jej serce. Sam, musi  się pogodzić, że Lucy nie jest dla niego, przynajmniej nie na tym etapie. Traf chce, że Alice związawszy się z byłym Lucy ściągnęła, w końcu gniew swoich rodziców, bojąc się odcięcia od funduszy, nalega na swojego nowego narzeczonego, aby nakłonił jakiegoś kolegę do randek z Lucy, gdy ta będzie szczęśliwa, rodzice przestaną się złościć na biedną Alice. Wybór pada właśnie, na Sama.

Jako Wam już rzekłam, czytałam tę książkę z doskoku, ot miałam chwilę, wyjmowałam i czytałam.  Nie spodziewałam się po niej lektury filozoficznej, ambitnego dzieła, które rozszerzy mój światopogląd. Chciałam lekkiego, ładnego romansu, który sprawi, że zapomnę o deszczu i opóźnionym pociągu. Takim co wywali mi z głowy zawód miłosny o to, że mam o piątej wstawać do pracy. „Ścieżka słońca”, jest książkę, którą polubią miłośnicy gatunku.

Czytałam sporo romansów,  a ten znajduje się na liście książek, które poleciłabym na jesienne długie wieczory. Jest napisany lekko, przyjemnie, autorka fajnie pisze o uczuciach. Ja zżyłam się z bohaterami, przeżywałam ich wątpliwości, bolały mnie rozczarowania,. Wydaje mi się, że o to chodziło. Ta książka spełniła moje oczekiwania. Jest jednak tylko, lub aż romansem, ciężko mi się rozpisać. Książka o miłości z ociupiną erotyki. Rozświetlona witrażami, kolorowym światłem sączącym się przez szybki, pachnąca ciastem i uczuciowa!

a tak pięknie było na parkingu mojej pracy
z tyłu, LO do którego chodziłam :))

środa, 16 października 2013

"To, co zostało" - Jodi Picoult

Czy można wybaczyć niewybaczalne? Najbardziej poruszająca powieść Jodi Picoult!
Ludzie doznają różnych strat, wielkich i małych. Można stracić kolejkę, cnotę, pracę. Głowę, serce albo rozum. Można stracić dom na rzecz banku, patrzeć, jak dziecko wyjeżdża na stałe na drugi kontynent, a mąż popada w demencję. Strata to nie tylko śmierć, a żal ma wiele postaci.
Osamotniona Sage Singer, zrozpaczona po śmierci matki, zaprzyjaźnia się ze starszym panem, ulubieńcem lokalnej społeczności, emerytowanym nauczycielem. Pewnego dnia Josef prosi ją o nietypową przysługę: chciałby, aby pomogła mu umrzeć. Wyznaje, że nie jest tym, za kogo przez wiele lat się podawał. Mężczyzna skrywa straszną tajemnicę z przeszłości, sięgającą czasów II wojny światowej i masowych mordów na ludności żydowskiej. Czy Sage zgodzi się mu pomóc? Czym będzie wówczas jej czyn: aktem miłosierdzia wobec drugiego człowieka czy wymierzeniem sprawiedliwości bezwzględnemu naziście? Czy ma do tego prawo?


Jodi Picoult to współczesna autorka, której każda nowa książka natychmiast pojawia się na mojej liście „muszę przeczytać jak najszybciej”. Tak było oczywiście z najnowszą książką „To co zostało”. Nie czytałam blurba, chciałam mieć niespodziankę. I chociaż docierały do mnie informacje o treści, tak naprawdę przystępując do lektury, nie wiedziałam czego się spodziewać.  A książki wyczekiwałam jak jutrzenki swobody… już znajomi się śmiali, że każdy mój telefon do domu zaczynał się od „był listonosz”? Gdy wreszcie książka trafiła w moje ręce nie mogłam się powstrzymać przed lekturą. Czas przeznaczony na pracę spożytkowałam na czytanie rekreacyjne. Warczałam i krzyczałam jak ktoś mi przerywał.  Wieczorem skończyłam, ale od pracy uciekać nie mogłam i recenzja dopiero dziś. Po nocy przemyśleń…  Jestem pusta… Dużo emocji…

Sage po śmierci swojej matki nie umie sobie dać rady z życiem. Obwinia się, nie może uporać się z żałobą. Chodzi na spotkania grupy wsparcia a nocami pracuje w piekarni, aby uciec od ludzi. Na tym spotkaniu zbliża się do starszego pana po dziewięćdziesiątce. Po jednym z tych spotkań ten emerytowany nauczyciel i społecznik ma do niej dosyć nietypową prośbę. Chce aby Sage pomogła mu umrzeć.  Dlaczego? Josef przyznaje jej się, że faktycznie nazywa się zupełnie inaczej i w młodości był w Hitlerjugend a następnie w SS. Wyznaje dziewczynie, że zamordował wiele osób, których twarze nie pozwalają mu umrzeć. Nie może z tym żyć. Prosi o śmierć i przebaczenie. Sage nie wie co z tym począć, zwraca się do odpowiedniego urzędu, który zajmuje się ściganiem zbrodniarzy wojennych. Rozpoczyna podróż w mroczną przeszłość.

Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie ta książka. Niby jestem oczytana z holocaustem, przeczytałam już dziesiątki książek o tej tematyce. Czytałam zarówno powieści, jak i literaturę faktu. Teoretycznie, nie sztuka, żeby opowiadanie od nowa, czegoś o czym, zwłaszcza my Polacy, wiemy wiele, w najbliższej rodzinie, tak często mamy ofiary nazizmu, wzbudziło w nas silne emocje. Tematyka jest charakterystyczna, książki o holocauście wstrząsają i zapadają w pamięć. I chociaż czytałam dużo, to ta książka sprawiała, że siedziałam jak sparaliżowana, porażona, odechciewało mi się jeść.  Mamy dwie retrospekcje. Pierwsza – z perspektywy Josefa. Przy takich okazjach, przy dyskusjach o katach, o nazistach, o tych seryjnych bezlitosnych mordercach, zawsze pojawia się pytanie, w którym momencie z normalnego człowieka, dziecka, zatraciło się człowieczeństwo. Kiedy przestał być człowiekiem, a  stał się potworem.  Czy nigdy nie pojawiło się wahanie, czy nie miał ludzkich odruchów zabijając starców, wyszarpując z ramion matek dzieci? Co się stało z jego sumieniem? Tych pytań jest wiele. Każde sprowadza się do kwestii sumienia, człowieczeństwa i chyba brak jest odpowiedzi, która wszystkich by satysfakcjonowała.
Druga z retrospekcji to punkt widzenia ofiary. Tutaj miałabym kilka zastrzeżeń, wydaję mi się, że Jodi nie poradziła sobie z oddaniem klimatu wojny w Polsce, nie wiem czy zawiodła kwerenda. Nie  jest zgodne to z tym co wiemy z historii, o gettach i sytuacji Żydów podczas II wojny światowej. Gdy przymknie się oko na pewne nieścisłości to wtedy jest ok.  Później z prawdą mija się nieco mniej, i chociaż te pomyłki, mylne wyobrażenia, wciąż są, to jednak rzeczywistość obozu każe zapomnieć o czepialstwie i po prostu przeżywać. A jak domyślacie się, tych przeżyć jest wiele. Cała historia zaś jest przetykana historią, bajką rodem z Grimmów, która jest świetną alegorią wojny i zachowań ludzi.

Jestem przyzwyczajona do silnych uczuć, podczas lektury książek Jodi, ale „To, co zostało” mnie i tak zaskoczyło siłą odczuć i wrażeń. Nie spodziewałam się tak silnej lektury. Chociaż zawiodło mnie zakończenie, dla każdego nawet niezbyt uważnego czytelnika, zakończenie jest przewidywalne. I ja też spodziewałam się takiego obrotu sprawy. A przecież Jodi zawsze zaskakiwała i to zakończenie tak często wbijało w fotel.

Książka jak zwykle u Jodi nie dotyczy tylko tej konkretnej historii, ale skłania nad do przemyślenia swojej postawy, filozofii życiowej. Porusza wiele, aktualnych dla wszystkich problemów. Radzenia sobie ze stratą, z traumami. Radzenia sobie z życiem, tak po prostu i aż!

Tak książka ma minusy, tak nie jest doskonała, ale pomimo wpadek, tych niedoskonałości jest intensywna. Ze względu na tematykę, na pytania jakie stawia i na wątpliwości jakie budzi jest książką od której nie można się oderwać i która nie pozwala łatwo o sobie zapomnieć. Jest również bardzo aktualna, chociażby ze względu na zmarłego zbrodniarza wojennego o którym jest głośno, ponieważ kilka miejsc odnowiło mu pochówku a na pogrzebie doszło do zamieszek.

Jak to z Jodi bywa zwykle, tak i tą polecam. Nie pożałujecie. Ja żałuję, że już przeczytałam i na kolejną muszę czekać ;/

„Ludzie doznają różnych strat, wielkich i małych. Można stracić cnotę lub pracę. Głowę, serce albo rozum. Można stracić dom na rzecz banku, patrzeć, jak dziecko wyjeżdża na stałe na drugi kontynent, a mąż popada w demencję. Strata to nie tylko śmierć, a żałoba ma wiele postaci.”

„Ot paradoks straty: jak coś, czego już nie ma, tak bardzo może nam ciążyć?”

"Można trzymać ludzi na dystans pod pretekstem swej brzydoty, choć w istocie paraliżuje nas myśl, że moglibyśmy się sparzyć, nawiązując bliższą relację. Można sobie wmówić, że bezpieczniej kochać osobę, która tak naprawdę nigdy nie odwzajemni miłości, bo nie sposób stracić kogoś, kogo nigdy nie miało się na wyłączność." 

sobota, 12 października 2013

ble ble

Ubiegły tydzień był... ciężki. Z Lublina wróciłam z zapaleniem oskrzeli. Nie wiem jakim cudem przeżyłam ten wyjazd. Gdyby nie kolega, który w sobotę służył mi podwózką, to chyba wyplułabym płuca, gdzieś pomiędzy Al. Racławickimi a ul. Chopina. A raczej na Chopina bym nie dotarła.

Gdy wsiadłam do pociągu, wiedziałam, że nie dotrę o własnych siłach do domu - bo jakim cudem, skoro z dworca musiałabym biec na busa, a dla mnie trzy kroki spacerkiem były niczym wędrówka na koniec świata? Na szczęście Tatuś po mnie przyjechał. Szczęście szybko się skończyło, bo w niedzielę musiałam iść do pracy... A w poniedziałek prosto do lekarza. Moja lekarz rodzinna obiecała, że po antybiotyku, który mi zaordynowała do środy mi przejdzie. I powiem Wam - faktycznie, już we wtorek mogłam normalnie funkcjonować.
jak nie docenia się prozaicznych czynności. Oddychania i snu.  Tydzień temu o tej porze nie mogłam normalnie zaczerpnąć powietrza, a ze snu budziłam się i próbowałam odkaszlnąć. Szalenie frustrujące.
Dziś gdy normalnie sobie oddycham, odkaszlując od czasu do czasu, wspominam koszmar niedzieli i poniedziałku i dostaję dreszczy.

Cały tydzień spędziłam jako wracająca do zdrowia. I chociaż dziś chętnie wyrwałabym się na kijki, wolę sobie powoli dochodzić do zdrowia i nie szarżować.
Chociaż mamy akurat w okolicy Balonowe Babie Lato, a ja z racji na bliskość lotniska od mojej rodzinnej posiadłości, kolejny dzień podziwiam niebo upstrzone wielobarwnymi plamkami. I wspominam czasy gdy tych balonów było naprawdę mrowie i często startowały z lotniska u mnie we wsi.


Ech ta moja wieczna melancholia. Jestem typową dekadentką :P





Ten w czwartek prawie mi dach zdarł....

tak miałam dziś... dosłownie chwilę temu ;)


Siedzę sobie na łóżku, nie czytałam dziś nic for fun. Zaś jak pomyślę ile mam roboty to głowa mnie boli... globusa dostaję normalnie...


Ale póki nie zrobię nie idę spać. Chyba aż kawę sobie zrobię, akurat spać nie pójdę i uderzę do kościoła na 7.30 co dawno mi się nie zdarzyło.


Lubię jesień, lubię muzykę, lubię herbaty i zapach palonych liści...
Lubię żyć tak BTW :D


piątek, 11 października 2013

"Wolna miłość" - Roma Ligocka

Nadzieja na miłość i lepsze jutro…
Romans na przekór metryce, zapomniane uroki codzienności oraz sposoby na oswajanie i pokochanie siebie dzień po dniu to w skrócie najnowsza książka Romy Ligockiej. Autorka z dużą dozą sympatii podpatruje rzeczywistość wskazując najlepsze strony życia.
Miłość z natury swojej i istoty musi być wolna. Ale jak dać komuś miłość nie odbierając mu jednocześnie wolności? Jak kochać dojrzale? Tym, którzy sądzą, że z pierwszą zmarszczką maleje nasze prawo do erotyki, bo może natura tak chce, powiem tylko, że skoro w wielu dziedzinach kpimy sobie z natury – zmieniamy ją i poprawiamy – to dlaczego nie w tej? Miłość. Starość – przyjaciółki czy rywalki? A może obie są w nas jednocześnie? 
Ja dzisiejsza, nie jestem już tą wczorajszą i nawet jej sobie nie przypominam. Wokół nas przecież nieustannie zmienia się świat i my się w nim zmieniamy.
Dlatego proszę Państwa: dziś w nocy przestawiamy zegary: niech biją już tylko w naszym własnym rytmie – w rytmie naszych serc.


 Felietony, tak jak krótkie opowiadania, nowelki – nie lubię. Od czwartej klasy szkoły podstawowej – nie lubiłam. Nie pozwalają mi wgryźć się w fabułę, poczuć akcji, przywiązać się do bohaterów. Dodatkowo felietony publikowane są w czasopismach. Gdybym chciała kupować każdą gazetę dla jednego felietonu – poszłabym z torbami.  Zaintrygowana byłam twórczością Romy Ligockiej. Już wiele razy trzymałam w rękach jakąś jej książkę, po to by ostatecznie odłożyć na półkę. Myślałam, że „Wolna miłość” będzie powieścią, która powie mi czy będę w przyszłości czytać Ligocką. Czy zrodzi się we mnie chęć poznania jej twórczości. Dostałam zbiór felietonów.  Gdybym miała do czynienia częściej do czynienia z tak dobrymi tekstami, pewnie bym się przełamała i zaczęła częściej periodyki kupować.

Roma Ligocka, jak wyczytałam, publikuje w „Pani” dodatkowo jest autorką popularnych książek. Dla mnie jawi się jako odkrycie miesiąca. Może nawet polskie odkrycie roku. Gdy czytałam „Wolną miłość” książkę żywą, aktualną i bardzo mądrą. Myślałam o tym jak ją zaklasyfikować, bo ta książka jest tak uniwersalna, a jednocześnie chciałabym o wiele bardziej, żeby przeczytała ją moja Mama i jej koleżanki, niż żeby przeczytała ją moja Przyjaciółka. Pomyślałam sobie, że to smutne, że babeczkom po pięćdziesiątce wciska się rozlewiska, ucieczki i wmawia im się, że jeśli tylko będą MOCNO chciały cofną się fizycznie i psychicznie o czterdzieści lat. Po choinkę. Dajcie matkom, babkom i ciotkom „Wolną miłość”, książkę pisaną przez dojrzałą kobietę, która wiele przeszła i ten bagaż doświadczeń czuć.  Roma Ligocka nie robi z siebie Babci, ani wszechwiedzącej mentorki, ja czułam się jakbym usiadła z nią, ot w parku z termosem gorącej kawy(koniecznie z serduszkiem na wierzchu), dookoła lecą liście, czerwone i żółte, szeleszczą, po chodniku spacerują gołębie a ja słucham… i wyciągam wnioski, czerpię otuchę.

Dlaczego „Wolna miłość”? Taki tytuł nosi felieton otwierający książkę. A tam czytamy o wolnej miłości, ale
w nieco innym, niż zwykle znaczeniu. Wolna miłość kojarzy nam się raczej z hipisami, brakiem więzów i nową kochanką w nowym porcie. Tymczasem Roma Ligocka pisze:
„Najtrudniejsze, choć i najpiękniejsze w miłości jest jej współistnienie z wolnością. Dać komuś miłość – wszystko jedno: partnerowi, dziecku, czy przyjaciołom – nie odbierając mu jednocześnie jego powietrza, jego obszaru wolności.” Proste i oczywiste, a jednocześnie trudne, i czasami niemalże awykonalne.  Trafne zdania, celne opisy tym Ligocka zachwyci w całej tej książce.

Wybiera tematy aktualne i z życia wzięte, powiecie „to chyba normalne u felietonisty”, niekoniecznie – odpowiem. Roma Ligocka pisząc o swoich podróżach, stylu życia nie czyni tego w sposób który zmusza czytelnika, żeby zawstydził się swego prowincjonalizmu. To, że nie pijam kawy w niedzielę na plaży we Włoszech, że nie latam do Nowego Jorku na weekendowe zakupy nie dyskwalifikuje mnie z grona czytelników dla których Autorka pisze. Bo rozważania które snuła w malowniczych miejscach świata są moje, są odpowiedziami na moje dylematy, są moimi myślami, które ktoś spisał. Pokrewieństwo dusz?  Ta kobieta pisze tak, że dotyka serca i duszy. Mnie załatwiło ostatecznie to zdanie: „Niebo, na które patrzysz, jest czyste, nieskończenie błękitne, puste i samotne jak Ty.” To zdanie niesie dla mnie niezwykły ładunek emocjonalny. Cała książka taka jest. Zdanie, obraz, skojarzenie, wszystko to działa i porusza.

Nie wiem jak opisać co zrobiła ze mną ta książka, określenie „zauroczyła” jest takie trywialne, „wstrząsnęła” może nie do końca dobrze się kojarzyć. Może napiszę, że po prostu do mnie dotarła. Zostałam wpuszczona do świata Romy Ligockiej, do świata jej przeżyć i myśli, dzięki temu mogłam lepiej poznać siebie, obcując jednocześnie z literaturą na poziomie!

wtorek, 8 października 2013

"Ania z Zielonego Wzgórza" - Lucy Maud Montgomery

Gdy Maryla i Mateusz Cuthbertowie decydują się przygarnąć chłopca z sierocińca, nie maja pojęcia, że od tej pory ich życie wypełnią niespodzianki. Zaczyna się od tego, że na Zielone Wzgórze w Avonlea przybywa nie chłopiec, lecz jedenastoletnia rudowłosa dziewczynka. Ania to osóbka o nieprzeciętnym temperamencie i wybujałej fantazji. Jej obecność wywróci życie mieszkańców Avonlea do góry nogami, a Zielone Wzgórze nigdy nie będzie takie jak dawniej. Przygody Ani Shirley - najsłynniejszej rudowłosej bohaterki w literaturze światowej, która od lat podbija serca kolejnych pokoleń czytelników!


Jesień. Nostalgia, melancholia i podróże sentymentalne, ale nie banalne… chociaż może ; ] Zamarzył mi się powrót do lektury mojego, czy to jeszcze dzieciństwa, a może już młodości. Teraz jedenastolatka jest prawie dorosła.  Ponad dekadę temu chyba wciąż byłam jeszcze dzieckiem. Nie wiedziałam w jaki świat wkraczam, gdy Mamusia podsunęła mi książkę. Początek mnie nie zachwycił. Jakaś wścibska Małgorzata, jakaś Maryla i jakiś Mateusz. O co tu chodzi? Sprawdziła się reguła, że gdy na początku idzie z książką kiepsko później nie wyobrażam sobie bez niej życia. Od tego pierwszego czytania, ponad dziesięć… Jezu – mija właśnie piętnaście lat od kiedy przeczytałam pierwszy raz tą ponadczasową książkę… wielokrotnie zanurzałam się w przygody rudowłosej Ani. Znam na pamięć cały cykl. Nie mogę wyjść ze zdumienia, iż mojej siostrzenicy nie ruszyła ta książka wcale :|  Czytając odnajduję spokój, czuję zapach tamtych lat, na ścianach ukazują się cienie marzeń z tamtych lat.
Piętnaście lat znajomości…  3/5 mojego życia. Warto żyć idąc przez świat z takimi przyjaciółmi.  Moja dusza nie zestarzała się, skoro wciąż płaczę na tych samych scenach. Nie stłamsił mnie świat skoro wciąż wybucham śmiechem na odpowiednich scenach. Dusza moja wciąż jest młoda… chociaż tak często uparcie twierdzę, że jestem Entem : D

Mamy ten stary egzemplarz, którego okładka jest przy opisie
ale ten niebieściutki był MÓJ
MÓJ WŁASNY ;]
Fabułę zna chyba każdy.  Samotne rodzeństwo, Maryla i Mateusz podejmują decyzję o adopcji jedenastoletniego chłopca z domu sierot. Chłopiec ma pomagać starzejącemu się Mateuszowi w zajmowaniu się gospodarką. Niestety, w skutek pomyłki, zostaje im przysłana jedenastoletnia dziewczynka, rudowłosa, piegowata i nieustannie mieląca językiem.  O Ile Maryla chce dziewczynkę odesłać, o tyle Mateusz jest Anią zauroczony. Koniec, końców Ania zostaje na Zielonym Wzgórzu. Kończy się jałowy, pusty, zimny i pozbawiony miłości okres jej życia. Pod skrzydłami surowej Maryli i pobłażliwego Mateusza, Ania rozkwita, przeżywa niezwykłe, przygody które bawią, ale i przejmują dreszczem. Dziewczynka jest wyposażona w niezwykłą wyobraźnię, która sprawia, że nuda ucieka. Ania, kochająca przyrodę i piękno otwiera nam oczy na otaczające nas cuda. Udowadnia, że nie trzeba być bogatą w sensie materialnym, by cieszyć się życiem i dostrzegać jego piękno. Przeciwnie, niedostatki materialne pomagają wyostrzyć wzrok i zobaczyć, jak wiele w istocie posiadamy.

Poznajemy Avonlea, uroczą wieś na Wyspie Księcia Edwarda w Kanadzie, zaprzyjaźniamy się z jej mieszkańcami, którym nieobce są wady, które znamy z codziennego życia. A jednocześnie autorka opisuje ich w tak ciepły i przyjazny sposób, że chcielibyśmy poznać ich osobiście, wypić herbatę nawet z Józią.

Nie wiem jak Wy, ja pokochałam Avonlea, zżyłam się z tymi bohaterami. Wszyscy nabrali dla mnie niezwykle realnych barw. Moja Siostrzenica jest jedyną, znaną mi osobą, która zaprzestała lektury serii po pierwszym tomie. Nie odczuła potrzeby podtrzymywania znajomości i rozwijania jej. Ach! Ile straciła :  

Kocham „Anię z Zielonego Wzgórza”, uwielbiam całą serię. Te książki ugruntowały we mnie radość czytania, pokazały jak czytanie może upiększyć życie. I chociaż wiem, że Gilbert Blythe jest jednym z tych bohaterów, którzy sprawili, że każdy z moich mężczyzn miał niezwykle wysoko podniesioną poprzeczkę i każdy wydawał się jakiś taki „niedoskonały” to nie żałuję ani chwili poświęconej na czytanie tych książek. Wciąż do nich wracam, wciąż odkrywam jakieś skarby. Tak! Wciąż płaczę przy ostatniej rozmowie Mateusza i Ani, bo później po prostu dostaję spazmów.

Seria książek o Ani to książki mojego życia. Wciąż aktualne. Intensywne. Sprawiają, że czuję to co
bohaterowie. W zimie, na twarzy tańczą mi płatki śniegu, czuję smak jabłek i ciasta z walerianą. Czuję zapach ogrodu pani Małgorzaty, a nawet zdaje mi się, że widzę Białą Damę.

Dawajcie swoim dzieciom do czytania „Anię z Zielonego Wzgórza” i sami sięgajcie po książki swego dzieciństwa i wieku młodzieńczego. Za pomocą książek tworzy się szczególna więź, ciągłość pomiędzy poszczególnymi etapami naszego życia.  Tym bardziej, że „Ania” jest książką ponadczasową, idealną na dobry wieczór z herbatą w każdym wieku.

„Ania z Zielonego Wzgórza” to ponadczasowa opowieść o przyjaźni, miłości, sile marzeń i wierze w lepsze jutro. Dowód na to, że „jutro jest wolne od błędów” i nawet gdy wieczorem zapadniemy w otchłań rozpaczy, nie znaczy, że kolejnego dnia, nie rozpłyniemy się w morzu szczęścia. Wystarczy mieć nadzieję i nie tracić pogody ducha!
Ach! Gdyby nie to, że mam tyle pracy, już wzięłabym się za „Anię z Avonlea”.

poniedziałek, 7 października 2013

"Niewidzialny most" - Julie Orringer

Szmaragdowa Seria to dzieje rodzin w trudnych czasach. Perypetie miłosne i dramaty historii splatają się, tworząc fascynujące wielowątkowe opowieści.
Poruszająca historia rodziny rozbitej i ponownie zjednoczonej w najmroczniejszej godzinie wojny.Jest rok 1937. Młody Węgier Andras Lévi przyjeżdża na stypendium do Paryża. Zabiera ze sobą tylko walizkę i tajemniczy list, który obiecał dostarczyć młodej wdowie, nauczycielce baletu Klarze. Szaleńczo się w niej zakochuje. Ich namiętny związek jest jednak pełen komplikacji. Kochanka skrywa mroczny sekret.Gdy w Europie wybucha wojna, Andras trafia do obozu koncentracyjnego. Wspomnienia o Klarze dają mu siłę konieczną, by przetrwać w tej strasznej rzeczywistości. Nadzieja na ponowne spotkanie Klary trzyma go przy życiu.
Niewidzialny most to powieść o miłości wystawionej na ciężką próbę, o żydowskiej rodzinie, walczącej o przetrwanie, i trzech braciach, których łączy szczególnie silna więź.


 Nie wiem dlaczego zakodowałam sobie, że „Niewidzialny most” będzie kiepską książką. Ta autosugestia była na tyle silna, że książka wcale mnie nie kusiła. Mijałam ją bez namiętnych spojrzeń, bez pożądliwych gestów, jeśli coś przykuwało mój wzrok to ten charakterystyczny zielony kolor na grzbiecie i okładce.  Jakieś pojedyncze opinie, zdania wyrwane z kontekstu, to wszystko sprawiło, że nie było między nami chemii, zapewne „Niewidzialny most” nigdy nie znalazłby drogi do mojego portfela, torebki i serca, gdyby nie dyskusja na FB. Tak Czytacze, był czas gdy nie byłam blogerem kupowałam coś pod wpływem chwili, przy łóżku nie miałam stosów czekających na przeczytanie. A w portfelu miałam więcej pieniędzy. Zaufane blogerki, osoby których gustom ufam i jestem przekonana o kompatybilności powiedziały „Spodoba Ci się”, powiedziały, że to niezwykła książka. Uwierzyłam!
I tydzień temu na podróż do Lublina zabrałam właśnie tę książkę. Ostrzegam!! Książkę która porywa od pierwszej strony.  I chociaż rozkład jazdy PKP jest bezlitosny a czas płynął i płynął ja czytałam. Później porwało mnie Lubelskie życie na dwa dni, później – rzeczywistość, później znowu Lublin, następnie przyszła choroba i praca. Ale walcząc z napadami kaszlu czytałam… Zagłębiałam się w powieść, której nie nazwałabym prawdopodobnie najlepszą na świecie, ale moim zdaniem zasługuje na określenie powieści wybitnej, niezwykłej i rewelacyjnej. Tak… już słyszę to chóralne „a nie mówiłam”, ano mówiłyście, ale nie przygotowałyście mnie na te emocje, na łzy, wzruszenie i zaciskanie kciuków.  

Andras Levi wyjeżdża na wymarzone, wyśnione stypendium do Paryża. Jest Żydem, rygorystyczne przepisy uniemożliwiają mu studiowanie architektury w Budapeszcie, swoim talentem intryguje profesorów z Francji i tym sposobem stoi przed ogromną szansą. Dostanie pieniądze i szansę na naukę w prestiżowej szkole.  Emigracja do Paryża jest jednocześnie spełnieniem marzeń, jak i źródłem wielu obaw. Andras stoi dopiero u progu życia, lęka się czy podoła, czy nie pokona go bariera językowa, czy jego talent i chęci okażą się wystarczające. Trapi go rozstanie z ukochanymi rodzicami i braćmi.
Pierwsze dni w Paryżu nie są łatwe, tęsknota, obcy język, obce i wielkie miasto działają przygnębiająco, ale możliwość spełnienia marzeń działa uskrzydlająco. Nawet gdy pojawiają się pierwsze problemy, nie będące spełnieniem obaw Andrasa, a narastającego antysemityzmu, chłopak się nie poddaje! Walczy, zawiązują się pierwsze przyjaźnie i pojawia się miłość… perła w koronie Paryża.

„Niewidzialny  most” to niezwykła kronika najtrudniejszych lat dla Europy i dla świata, przełom lat trzydziestych i czterdziestych dwudziestego wieku. Niby oklepane, opisane miliony razy, a jednak autorka „Niewidzialnego mostu” pisze w sposób poruszający dusze, wyciskający łzy… 
Czytałam o Żydach niemieckich, francuskich i polskich, nie miałam okazji czytać o tym co działo się z tymi którzy są naszymi bratankami. Nie zdawałam sobie sprawy co działo się nad Dunajem gdy Hitler doszedł do władzy. Moja znajomość historii okazała się niezwykle uboga i powierzchowna. A przecież los tych ludzi jest tak samo ważny, tak samo należy wspominać tysiące bezimiennych ofiar, które dla kogoś były najdroższą osobą na świecie.

Ta książka jest niespieszna, może nawet leniwa. Zaczyna się w roku 1937 i płynie sobie powoli do przodu, jak Dunaj, jak Sekwana, czasami zatrzymuje się, po to by za chwilę nabrać prędkości, zakręca, meandruje, myli nas, że niekiedy mamy problemy z ustaleniem dokładnej chronologii, ale czas i akcja gnają do przodu poznajemy to bezbłędnie po dzieciach, które rosną… może się walić i palić, ale dzieci zawsze rosną pokazując wyraźnie jak nieubłaganie biegnie czas.

Gdy Andras przyjeżdża do Paryża nad Europą wciąż wisi echo minionej Wielkiej Wojny, która dotknęła każdego Europejczyka, kraje, które dopiero podniosły się po zawierusze wojennej, padły znów na kolana z powodu Kryzysu. W Niemczech swoje idee i pomysły w czyn wprowadza Adolf Hitler, pokłosie tych czynów jak morowe powietrze rozprzestrzenia się na sąsiednie kraje znajdując podatny grunt, wszak na Żyda tak łatwo zwalić winę… za wszystko.  Andras i jego przyjaciele, również Żydzi na własnej skórze przekonają się, że Francja, ojczyzna wolności, równości i braterstwa nie do końca przestrzega tych szczytnych postulatów.  Już we Francji, przed wojną będziemy świadkami bezdusznych przejawów niesprawiedliwości, antysemityzmu. Czytając było mi po prostu niedobrze z bezsilności i niemego sprzeciwu. To takie niewyobrażalne, a jednocześnie – realne.  Miłość, przyjaźń sąsiadują  z najniższymi ludzkimi odruchami tworząc intrygujący kolaż, przepięknie opisany przez Autorkę.
A później wybucha wojna… najbrutalniejszy konflikt nowożytnej Europy, wojna totalna, brutalna, nieludzka. Wojna którą znamy z setek książek, z wielu lekcji historii,  z filmowych obrazów, muzeów. A jednak za każdym razem opisywana rzeczywistość wstrząsa. Nam Polakom nie jest obca ta najmroczniejsza karta II wojny światowej, ludobójstwo, genocidum a jednak nie miałam pojęcia o rzeczywistości wojennej na Węgrzech, chociaż przyznaję, że gdy czytałam początki to mając w pamięci obraz hitlerowskiej maszyny śmierci wymierzonej przeciwko Żydom, wydawało mi się śmieszne mówienie o represjach w kontekście węgierskich Żydów. Wystarczyło jednak tylko się wczuć w sytuację ludzi, których oddzielano od rodzin i wywożono w nieznane, w nieludzkie warunki i niepewność jutra. Wystarczy uruchomić minimalne pokłady empatii, aby po prostu zapaść się w tę książkę i umierać po trochę, z każdym rozdziałem coraz bardziej…

Nie wiedziałam co miały na myśli osoby, które polecały mi tę książkę mówiąc, że jest niezwykła i poruszająca, wolałam sama się przekonać. Teraz już wiem. Teraz nie wiem co ze sobą zrobić, bo… ciągle jestem w Paryżu, w Budapeszcie, na bezkresnych stepach Ukrainy, kocham, boję się i tęsknie. Wciąż tkwi we mnie treść tej książki, która w normalnych, leniwych okolicznościach towarzyszyłaby mi góra trzy dni. Miałam ją pod ręka tydzień, zżyłam się z jej bohaterami, myślę o nich jako o przyjaciołach… współodczuwam w ich dramacie… i rozmyślam o zakończeniu powieści. I nie mogę sobie znaleźć miejsca.

Pozostaje mi westchnąć ach!! Co to za książka!!

czwartek, 3 października 2013

Podsumowanie września 2013

Wrzesień roku pańskiego 2013 mamy już za sobą. Od kilku dni ; ) króluje październik. Ale ja wyjechawszy na wschód w ostatni dzień września, dałam się porwać przygodzie, przywiozłam paskudne przeziębienie i ogólne rozbicie. Przespałam porę podsumowań. A nie powinnam.

We wrześniu przeczytałam osiemnaście książek. Cieszę się, że nie czytałam tylko nowych książek, ale zdjęłam z półki chociażby Sherlocka, "Wigilia Wszystkich Świętych" też nie była najnowszym nabytkiem.

Kiepsko było z audiobookami. Ale ebooki się pojawiły. Kolejna książka z Herkulesem też za mną : )

Najsłabszą książką był "Młyn nad czarnym potokiem". Zaś z najlepszymi mam problem, bo czytałam naprawdę świetne książki. I "Pan jest z Tobą dzielny wojowniku" i "Mali książęta" to chyba książki, które wywarły na mnie największe wrażenie, więc o nich wspominam. 

Cóż... w październiku definitywnie przestaję być panią swojego czasu. W poniedziałek i we wtorek byłam w Lublinie, w środę w mieście, dziś staram się podkurować, bo jutro jadę znowu do Lublina, chyba na dwa dni. Albo nie pojadę wcale bo zachorzałam, a w niedzielę na cały dzień do pracy... Potrzebny mi dzień, żeby się wyspać... Dziś zamiast się kurować siedzę w książkach i przygotowuję się do pracy... buu

środa, 2 października 2013

"Łatwopalni" - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Dolny Śląsk, poniemiecka przeszłość, spalona słońcem ziemia, intensywna, mieniąca się kolorami jesień i małe miasteczkou stóp gór. Tam przyjeżdża on, mężczyzna, który wciąż ucieka. Kiedyś wydarzyło się coś, przez co już nigdy nie będzie mógł normalnie żyć, nie zazna spokoju. Ale spotyka ją, śliczną nauczycielkę, której brakuje wiary w siebie i którą dusi małomiasteczkowy konwenans. Ich spotkanie jest jak cud,jesień wybucha, słońce pali, rodzi się miłość.Ale los zadrwi znowu, z obojga. 


Wracam do domu po dwudniowej absencji. Jestem niewyspana, zmęczona i chyba łapie mnie grypa. Przy łóżku kolumnada książek, które powinnam zgłębiać do świtu, pracowych, uczelnianych. Zero beletrystyki. Ale jeszcze koło południa mówiłam „Jak wrócę do domu, to nie będę wiedziała w co ręce włożyć, więc na pewno albo pójdę spać, albo będę czytać”. Już w pociągu wiedziałam, że będę czytała. Wszak Mama doniosła „Łatwopalni” czekają. Oczywiście, przyszłam do domu, szybka kąpiel, kubek herbaty i jazda.
Dziś czytania ciąg dalszy. Sklęłam Kota bo chciała wyjść. Rodzice chyba są źli, że warczałam, ale co mnie obchodzi obiad jak ja CZYTAM. Dla dobra Waszych nerwów i Rodzin, czytajcie tę książkę sami, w odosobnieniu. A gdy widzicie, że czyta ktoś inny, nie zawracajcie mu głowy. On jest w świecie wielkich uczuć, pięknych przeżyć. Teraz zaś, ja postaram się opowiedzieć o książce przez którą miałam huśtawkę nastrojów. Były motylki, wściekłość i bezbrzeżny żal. Albo to hormony, albo to naprawdę świetna, poruszająca książka.

Rzecz dzieje się gdzieś na Dolnym Śląsku. Małe miasteczko, takie jakich w Polsce tysiące. Wszyscy się od lat znają, znają Twoje wady, zalet nie uznają. W tym świecie alkoholizm jest czymś normalnym, wybaczalnym, ale bycie innym już nie. Nikt kto odstaje od tej małej społeczności nie zazna spokoju. Zaszczuty, zaplotkowany zamknie się w swoim świecie. Tak czyni Monika, polonistka, nie interesują jej miejscowe plotki. Woli po raz setny przeczytać „Błękitny zamek”. Przed laty jej serce złamał miejscowy biznesmen. Bogacz w skali lokalnej. Wtedy wygrała jego rodzina, interesy, znajomości. Monikę upokorzył i porzucił, później, owszem oprzytomniał, ale dziewczyna się zamknęła w sobie, nie tylko przed nim. Przed miłością w ogóle. Tymczasem w miasteczku przypadkiem, w skutek zbiegu okoliczności pojawia się tajemniczy motocyklista. Wynajmuje pokój w domu matki Moniki. Jarek jest uosobieniem mrocznej tajemnicy, a na dodatek ma w oczach coś takiego, że intryguje, sprawia, że chce się go poznać, odgadnąć powód tego bólu i smutku. Monikę przyciąga ten jego smutek, a w nocy budzi go, albo sen o Nim, albo jego krzyk zza ściany. Jak ćma do ognia, tak ona powoli wychodzi na spotkanie swojego przeznaczenia.

Gdy tylko zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach poczułam przemożną chęć zapoznania się z nią. Wprawdzie ta poniemiecka rzeczywistość, nasuwała mi skojarzenia raczej z okresem tuż po wojnie, z Ziemiami Odzyskanymi, może jakąś zakazaną przez historię i politykę miłością.  Do momentu gdy zaczęłam czytać, byłam przekonana, że przeniosę się w tamte czasu. No, ale jest współczesność. Zasmuciłam się, ale nie załamałam. Gdy zaczęłam czytać – po prostu przepadłam. Książka jest MEGA! Niesamowita, niezwykła, chociaż temat  nie jest raczej nowatorski, ale sposób w jaki Agnieszka Lingas-Łoniewska snuje swoją opowieść, hipnotyzuje… Mam wrażenie, że rzucono na mnie jakiś czar.

Siłą tej książki jest to, że tak łatwo odnaleźć siebie w bohaterach opisywanych przez autorkę. Wiele z nas jest zakute w jakieś kajdany. Czy to niespełniona miłość, granicząca z obłędem tęsknota, czy małżeństwo, które do końca nie jest, takie jakbyśmy chciały. Czy to ma odebrać nam bezwzględnie prawo do szczęścia? Czy mamy zawsze snuć się zakute w worek pokutny, w smudze sypiącego się nam z głowy popiołu? Autorka pokazuje nam, że największym powodem naszych smutków, są rany jakie zadajemy sobie sami. Czyż Monika nie samoudręcza się? Wyrzuca sobie wciąż mniej, lub bardziej wyimaginowane wady. A Jarek? Ten jest mistrzem samobiczowania. Co sprawia, że jednocześnie ma się ochotę go przytulić, ale i telepiąc. Dlatego ja jestem we frakcji, semper Fidelis czyli zawsze wierny –  we frakcji Grześka. Nie umiem dokładnie wyjaśnić dlaczego uważam, że Monika powinna być z Grzegorzem, jedna z moich teorii jest taka(a wypływa z mojej duszy staruszki), że Jarek, owszem jest romantyczny, także w taki mroczny sposób, ma w sobie sporo z tajemniczego, mrocznego bohatera – których uwielbiamy(vide Severus), ale jednocześnie jest jak tornado, nie ma w nim nic stałego. Czy na miejscu Moniki zaufałabym mu? A Grzesiek… tak jest wkurzający na początku, ale później można dostrzec w nim nie bogatego cwaniaka, ale człowieka, który w młodości popełnił błąd i starał się go naprawić.

Mogłabym Wam jeszcze pisać i pisać o tej książce. Jestem nią zachwycona, oczarowana. Wzbudziła we mnie masę uczuć. Płakałam, uśmiechałam się, razem z bohaterami zwiedzałam Dolny Śląsk. Siła tej książki to silne uczucia, które na pewno poczujecie, gdy zaczniecie czytać… Tajemnice, demony i wielka miłość!
I dla mnie piosenką tej książki nie są „Łatwopalni”, a jedna z moich ulubionych piosenek, ze świetnego wątku w „To właśnie miłość”.



A Agnieszce Lingas-Łoniewskiej dziękuję za książkę, za te uczucia, za to co dane mi było przeżyć. Za to, że kolejny raz mogłam uwierzyć. Kolejny raz czuć! Dziękuję!!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Wg. Autorów ( w trakcie tworzenia)

Agata Christie (50) Agata Pruchniewska (1) Agatha Christie (15) Agnieszka Kaluga (1) Agnieszka Krakowiak-Kondracka (1) Agnieszka Lingas-Łoniewska (10) Agnieszka Wojdowicz (3) Aleksander Jażwiński (1) Aleksander Makowski (1) Aleksandra Szarłat (2) Alex Bellos (1) Alice Hoffman (1) Alina Białowąs (2) Aly Cha (1) Alyson Richman (1) Ałbena Grabowska (3) Ałbena Grabowska-Grzyb (4) Amy Hatvany (2) Andrzej Andrusiewicz (2) Andrzej Chwalba (1) Andrzej Grembowicz (1) Andrzej Kępiński (1) Andrzej Markowski (2) Angele Lieby (1) Angelika Kuźniak (1) Ann Brashares (1) Ann Wroe (1) Anna Bikont (1) Anna Fincer-Ogonowska (1) Anna Gavalda (1) Anna Herbich (3) Anna J. Szepielak (1) Anna Jean Mayhew (1) Anna Moczulska (1) Anna Nejman (1) Annabel Pitcher (1) Anne Brontë (2) Anne O'Brien (1) Anne Tyler (1) Antoni Słonimski (1) Antonina Kozłowska (2) Arael Zurli (1) Arthur Conan Doyle (1) Astrid Lindgren (4) Barbara Mutch (1) Barbara O`Neal (4) Barbara Sęk (1) Barbara Wachowicz (1) Becky Wade (1) Bill Bryson (1) Bolesław Prus (2) Bożena Keff (1) Brenda Reid (1) Brigitte Hamann (1) Brygida Grysiak (1) Carla Montero (1) Carlos Ruiz Zafón (1) Carrie Snyder (1) Cat Patrick (1) Cecelia Ahern (1) Cecilia Samartin (1) Cesarina Vighy (1) Chandra Hoffman (1) Charles Dickens (4) Charles Frazier (1) Charlotte Brontë (5) Cheryl Strayed (1) Chesley McLaren (1) Chris Columbus (1) Chris Fabry (1) Chris Grabenstein (1) Christian Jacq (1) Christina Baker-Kline (2) Chufo Llorens (1) Claire North (1) Clara Sanchez (1) Claude Quétel (1) Clive Staples Lewis (2) Colin Campbell (1) Colleen Hoover (2) Colleen McCullough (1) Conor Grennan (1) Consilia Maria Lakotta (2) Dan Brown (1) Daniel Silva (2) Danielle Steel (1) Danuta Awolusi (1) Danuta Pytlak (1) Dario Fo (1) Debbie Macomber (2) Denis Brian (1) Denis Diderot (1) Denise Hildreth Jones (1) Dennis Lehane (1) Diana Gabaldon (6) Diane Chamberlain (12) Doda Około-Kułak (1) Dodie Smith (1) Donald Spoto (2) Dorota Combrzyńska-Nogala (1) Dorota Gąsiorowska (2) Dorota Golińska (1) Dorota Ponińska (1) Dorota Terakowska (2) Dorothea Johnson (1) Dorothy Rowe (1) Dörthe Binkert (1) Douglas Smith (1) E. Lockhart (1) Edward Rutherfurd (2) Eileen Goudge (1) Eliza Orzeszkowa (2) Elizabeth Cooke (3) Elizabeth Gaskell (5) Elizabeth Haran (3) Elżbieta Cherezińska (4) Emilia Sokolik (1) Emily Jane Brontë (1) Emma Donoghue (1) Eowyn Ivey (1) Eric Lomax (1) Erin Morgenstern (1) Eugen Ruge (1) Eva Weaver (1) Ewa Bauer (2) Ewa Stachniak (2) Ewa Wróbel (1) Federico Moccia (4) Fern Britton (1) Fern Michaels (1) Florian Illies (1) Francine Rivers (3) Francis Hackett (1) Francis Scott Fitzgerald (1) Francoise Giroud (1) Gardner Raymond Dozois (1) Gavin Extence (2) George Orwell (1) George R.R. Martin (7) Georgia Bockoven (1) Gigi Buffon (1) Giovannino Guareschi (5) Glenys Carl (1) Grażyna Jeromin-Gałuszka (1) Greg King (1) Gregg Olsen (1) Grzegorz Sokołowski (1) Grzegorz Strzelczyk (1) Håkan Nesser (1) Hanna Cygler (3) Harper Lee (1) Helen Fielding (2) Helen Rappaport (1) Helena Mniszkówna (1) Helga Hoškova-Weissowá (1) Hellmut Andics (1) Henning Mankell (2) Henryk Sienkiewicz (1) Holly Peterson (1) Horacio Verbitsky (1) Ibn Warraq (1) Igor Sokołowski (3) Ismet Prcić (1) Iwona J. Walczak (3) Izabela Jung (1) Izabela Sowa (1) Izabella Frączyk (1) J.J. Renert (1) Jacek Dehnel (2) Jacek Hugo-Bader (1) Jacek Lusiński (1) Jadwiga Czajkowska (1) Jakub Puchalski (1) Jan Łoziński (1) Jan Miodek (2) Jan Paweł II (1) Jan Wróbel (1) Jane Austen (7) Janina Fedorowicz (1) Jaroslav Hašek (1) Jaume Cabré (2) Jaume Collel (1) Jean des Cars (2) Jean-Christophe Brisard (1) Jean-Jacques Sempé (1) Jean-Paul Roux (1) Jeannette Kalyta (1) Jennifer Kaufman (1) Jennifer Teege (1) Jennifer Worth (1) Jerzy Bralczyk (3) Jerzy Niemczuk (2) Jerzy Sosnowski (1) Jewgienij Wodołazkin (1) Jill Barnett (1) Jill Mansell (1) Joanna Konopińska (1) Joanna Marat (1) Joanna Szczęsna (1) Joanne Harris (1) Joanne Kathleen Rowling (12) Jodi Picoult (22) John Borrell (1) John Boyne (1) John Carlin (1) John Curran (1) John Green (1) John Grogan (1) John Ronald Reuel Tolkien (7) John Seeney (1) Jojo Moyes (5) Jolanta Król (1) Jolanta Kwiatkowska (1) Jon Ronson (1) Jonathan Littell (1) Jordi Pons Salas (1) Joyce Maynard (1) Józef Witko (2) Julia Alvarez (1) Julia Child (1) Julia P. Gelardi (1) Julian Tuwim (2) Julie Lawson Timmer (1) Julie Orringer (1) Jürgen Thorwald (6) Justin Go (1) Justin Peacock (1) Justyna Wydra (2) Ka Hancock (1) Kamil Janicki (2) Kard. Jorge Mario Bergolio (2) Karen Dionne (1) Karen Karbo (1) Karen Mack (1) Karolina Frankowska (1) Karolina Lanckorońska (1) Katarina Mazetti (2) Katarzyna Archimowicz (2) Katarzyna Bonda (6) Katarzyna Kołczewska (1) Katarzyna Kwiatkowska (5) Katarzyna Michalak (14) Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (5) Kate Lord Brown (1) Katherine Webb (2) Kathryn Taylor (1) Keith Lowe (1) Kerstin Ekman (1) Kiera Cass (5) Kristina Sabaliauskaitė (1) Krzysztof Sadło (1) Krzysztof Ziemiec (2) ks. Jan Twardowski (1) Laila El Omari (1) Laurens van der Post (1) Leah Fleming (1) Lena Najdecka (1) Leslie Carroll (1) Levi Henriksen (1) Lily Koppel (1) Linda Green (2) Lisa Genova (3) Lisa Kleypas (1) Lisa Scottoline (1) Liv Tyler (1) Louisa May Alcott (1) Louise Walters (1) Lucy Ferriss (1) Lucy Maud Montgomery (8) Lucyna Olejniczak (1) Ludwig Winder (1) Ludwik Stomma (1) Łukasz Maciejewski (1) Łukasz Orbitowski (1) M.L. Stedman (1) Maciej Karpiński (1) Maciej Stuhr (1) Magda Gessler (1) Magdalena Grzebałkowska (3) Mag­da­lena Knedler (1) Magdalena Kordel (4) Magdalena Kulus (1) Magdalena Tulli (1) Maja Łozińska (1) Małgorzata Gutowska - Adamczyk (3) Małgorzata Halber (1) Małgorzata Hayles (1) Małgorzata Łukowiak (1) Małgorzata Maj (1) Małgorzata Musierowicz (15) Małgorzata Szejnert (1) Małgorzata Tusk (1) Małgorzata Warda (2) Mandy Hale (1) Marc Llewellyn (1) Marcin Górka (1) Marcin Mastalerz (2) Marcin Prokop (2) Marcin Wilk (1) Marcin Zaremba (1) Marek Aureliusz (1) Marek Grechuta (1) Marek Ławrynowicz (1) Marek Rybarczyk (2) Margaret Dilloway (1) Margaret Mitchell (1) Maria Dąbrowska (2) Maria Kruger (2) Maria Krüger (1) Maria Sveland (1) Maria Ulatowska (3) Marilyn Brant (1) Marina Stepnova (1) Mariola Pryzwan (1) Marion Zimmer Bradley (1) Mariusz Szczygieł (4) Mariusz Urbanek (6) Mariusz Wilka (1) Mariusz Ziomecki (1) Marta Kisiel (2) Martha Grimes (1) Martin Sixsmith (1) Matthew Quick (1) Melchior Wańkowicz (1) Melissa Hill (1) Meredith Goldstein (1) Mhairi McFarlane (2) Michał Heller (1) Mieczysław Mokrzycki (1) Mike Carson (1) Mira Suchodolska (1) Miriam Karmel (1) Mitch Albom (3) Monika A. Oleksa (6) Monika Szwaja (10) Nadine Gordimer (1) Natasha Walker (1) Ned Vizzini (1) Olle Lönnaeus (1) Papież Franciszek (2) Patrick Ness (1) Patrick Pesnot (1) Paul Arden (1) Paullina Simons (3) Penny Jordan (1) Peter Heller (1) Peter Kreeft (1) Platon (1) Pola Kinski (1) Priscille Sibley (1) Rachel Hauck (2) Rebecca Johns (1) Regina Brett (4) René Goscinny (1) Richard Paul Evans (6) Richard Phillips Feynman (3) Robert Galbraith (3) Robert J. Woźniak (1) Roma Ligocka (3) Ryszard Legutko (1) Sally Bedell Smith (1) Sam Pivnik (1) Samantha Hayes (1) Samantha van Leer (1) Sarita Mandanna (1) Seré Prince Halverson (1) Shelley Emling (1) Stanisław Zakościelny (1) Stephanie Evanovich (1) Stephenie Meyer (2) Sue Eckstein (1) Sue Woolmans (1) Sylwia Chutnik (1) Szymon Hołownia (11) Szymon Sokolik (1) Terry Pratchett (2) Trygve Gulbranssen (4) Tullio Avoledo (1) Victoria Twead (2) Walter R. Brooks (2) Wiesław Myśliwski (2) Wilkie Collins (2) Yrsa Sigurdardóttir (5) Zośka Papużanka (1)

Pogoda w mojej okolicy