„Istota rzeczy polegała na prostym fakcie, że nas pisanie absurdów bawiło i dawało radość nie mniejszą od pisania wierszy, artykułów czy sztuk teatralnych" – tak tłumaczy Słonimski, dlaczego przez piętnaście lat wspólnie z Tuwimem z lubością udawali się do „krainy bzdury". Jak sam jednak przyznaje, ta działalność miała również pewien aspekt wychowawczy: „Uczyliśmy czytelnika, że te same czcionki jego codziennej gazety, odbite na tym samym papierze, czernione tą samą farbą drukarską, mogą pewnego dnia oszaleć i głosić oczywiste brednie".W rezultacie W oparach absurdu jest jednym z najwspanialszych dzieł humorystycznych, jakie powstały w naszym kraju. Wykorzystując znane prasowe formy (ogłoszenia, zagadki, porady, przepisy kulinarne) i dodając do nich szczyptę smakowitego purnonsensu, autorzy wywoływali w czytelnikach niepohamowane ataki śmiechu, ale także uczyli dostrzegania absurdu w codziennym życiu.
Mam
problem ze śmiesznymi książkami, mianowicie taki, że mnie nie śmieszą. O ile w
rzeczywistości łatwo mnie rozbawić, a rzadko płaczę, o tyle w odniesieniu
literatury jest dokładnie odwrotnie. Śmieję się na trzech książkach; Dzieciach z Bulerbyn, serii o Mikołajku, serii o Don Camillo, na tych książkach dosłownie parskam śmiechem. Zwykle
inne książki, takie ha ha śmieszne,
wzbudzają u mnie li i jedynie irytację. Tak było do czasu, gdy otworzyłam W oparach absurdu, cudowny zbiór
absurdalnych tekstów Słonimskiego i Tuwima… wprawdzie wstęp prof. Bralczyka,
nie powiem… mnie przeraził, to gdy przeszłam do właściwych absurdaliów trzęsłam
się ze śmiechu. Ubaw po pachy, a nawet po nos!!
