To nie jest saga, bo nitka rwie się gdzieś w połowie ściegu i zamiast dumnego pochodu kolejnych pokoleń, spod igły wyskakują same pojedyncze egzemplarze. Widocznie jakiś złośliwy krawiec spruł solidne szwy i cała rodzinna materia trzyma się jedynie na fastrygach. Gizeli, Beli, Erice i Romie przyszło żyć w epoce, której rytm wybijały przemarsze wojsk. Na domiar złego nieomylny duch dziejów przeznaczył im rolę wojennej zdobyczy, najgorszą z możliwych. Anka jest wnuczką jednej z tych kobiet, a z pozostałymi łączą ją więzy, o których nie wie lub nie chce wiedzieć. Z sobie tylko znanych powodów lubi postać świętego Mikołaja, a jeszcze bardziej święty spokój. Mając w pamięci rodzinne piekło, z którego udało jej się wyrwać, próbuje odgrodzić się od świata kloszem w kolorze pruskiego błękitu. Ta barwa o bogatej symbolice przywodzi na myśl zimny Bałtyk, gdzie zatonął pewnej styczniowej nocy 1945 roku MS Wilhelm Gustloff. Wśród sześciu tysięcy ofiar była pierwsza właścicielka willi, w której po latach zamieszkała Anka z mężem. Willa położona przy ulicy Polanki lubi jednak zmieniać właścicielki. Dlatego też Anka będzie musiała się uporać ze stratą o wiele większą niż utrata domu i zaakceptować to, że jej szklanka jest do połowy pusta.
Ostatnio
coraz rzadziej daję się zwieść okładce, tytułowi, nawet blurbowi. Niestety
czasami mi się to zdarza. Nie ulegam jakiejś masowej histerii, tych którzy z
zasady nie czytają polskich autorów z zasady. Polscy autorzy nie są gorsi,
bywają lepsi, zdarzało mi się czytać książki polskie, tak doskonałe, że
powinniśmy być dumni z naszych piszących rodaków. Dlatego z radością adoptowałam do mojego
Ossolineum In spe, książkę Jedenaście tysięcy dziewic, zaintrygował
mnie tytuł i okładka, które w połączeniu obiecywały mi fantastyczną przygodę,
mocną książkę w której przeszłość przeplata się z teraźniejszością. Opowieść o
silnych kobietach, na targanych historią ziemiach. No i powiedzcie, czy mogło
być źle?
