Po stosunkowo ciężkiej, bardzo merytorycznej książce Imperium bólu potrzebowałam jakiegoś mózgotrzepa. Nie jest to ordynarne porno, w stylu książkowego makdonalda(taki wjechał na słuchawki), a że chociaż dawno nie jechałam nigdzie pociągiem, to jednak pamiętałam, że najlepiej w pociągu poczytać i to coś co wciąga, a jednocześnie nie zajmuje dużo miejsca i nie waży dużo(dlatego odpadł Dostojewski). Autorka tej książki już napisała jedną która mnie ujęła, więc po zobaczeniu zapowiedzi tej, zamówiłam od razu. Chociaż dalej mam ale, do książek, których tytuł jest po angielsku. Nie rozumiem tej maniery. No może jestem za mało wysublimowana, jak przystało na starą babę ze wsi.
Priscilla nie ma dobrego dnia,
właśnie wylatuje z pracy, za coś co nie do końca było jej winą. Idzie do
przyjaciółki, która zwierza się jej, że chce się oświadczyć swojemu partnerowi,
dokładnie, jak jej matka oświadczyła się ojcu. Ponieważ Priscilla pracowała
przy organizacji imprez i nawet myślała o takiej działalności, to Tina
proponuje, że jej zapłaci, za zorganizowanie wymarzonych oświadczyn. Tina
proponuje, żeby Priscilla została, bo na kolacji ma być przyjaciel jej
narzeczonego, Oliver, w którym się kochała, ale ten zażartował z tego jak
Priscilla po pijaku wyznała Tinie, że ma na jego punkcie obsesję. On zachowuje
się jak buc, a ona jak kobieta w takiej sytuacji, zraniona miłość własna nie
bierze jeńców i od tamtej pory pluje jadem, więc wychodzi od Tiny, ale spotyka
Oliviera, który proponuje jej podwózkę. Chociaż nie chce się zgodzić, w końcu
ulega i dobrze, bo znajduje pudełko z pierścionkiem zaręczynowym. Otóż Ryan
chce się oświadczyć Tinie, co zepsułoby cały plan na oświadczyny. Priscilla wymusza
na Oliverze obietnicę, że będzie wstrzymywał oświadczyny Ryana. Tak zaczyna się
zmowa ludzi, którzy docinają sobie i irytują do bólu, aby pomóc przyjaciołom.
Klasyczna relacja hate-love, plus moty udawanego związku, który tak lubimy,
plus fabuła, która byłaby świetnym materiałem na komedię romantyczną. Potencjał
jest spoko, a jak z wykonaniem?
Poprzednia książka już przez sam
tytuł: Hate Mail rezonowała ze mną, jako pracownikiem korpo, w
nieprawdopodobny sposób, bawiłam się wtedy, podczas lektury setnie, a The proposal
project od samego początku mnie wciągnął. Jest to książka napisana w sposób
lekki i przyjemny. Czy jest pozbawiona elementu zaskoczenia? A i owszem, im
dalej w las, tym bardziej podejrzewamy, że oni będą razem, pytanie tylko, jak
do tego dojdzie. Tutaj mam lekki niedosyt, bo chemia między bohaterami narasta,
ale deeskalacja tego napięcia mogłaby być poprowadzona lepiej. Rozbicie
napięcia jest bardzo szybkie no i może być bardziej hejtowała, ale taki rozwój
wydarzeń jest po prostu uroczy, może nakręcanie dramy byłoby zbyt wymuszone.
Podoba mi się wprowadzenie wątku pewnego prezesa, dodał świeżości i dodał
fajnego(tak, wiem, że to słowo nic nie znaczy) klimatu. Lekka, doskonale
nadająca się do odstresowania i umysłowego resetu. Lekko, miło i przyjemnie, a
nadmienię, że kończyłam ją nad ranem, bo zostało mi dosłownie dziesięć stron i
chciałam schować książkę do walizki, zamiast targać ją w torebce. I wyciszyła
mnie przed snem idealnie.

Nie sięgnę raczej po nią, po prostu nie moje klimaty.
OdpowiedzUsuń