Początek roku przyniósł mi jakowyś czytelniczy kryzys, w nic nie mogę się wciągnąć, zajęłam się domem, życiem a książki wydawały się marną namiastką, a może po prostu wybierałam te złe. Czytałam jedną powieść, miała być wow i jednym wielkim zaczytaniem, a tu okazało się, że zmarnowałam pół dnia i nic nie przeczytania, uznałam, że koniec zmuszania się i sięgnę po coś, co powinno się sprawdzić. Uznałam, że świąteczny klimat będzie najlepszym remedium. Jako, że w grudniu dwie książki Natalii Sońskiej mnie nie zawiodły, stwierdziłam, że zmniejszę stos hańby i jeszcze poprawię sobie humor. Czego chcieć więcej.


