
Dacie wiarę, że nie jadłam fig? Tak to jest, jak się mieszka na prowincji, mirabelka prosto z drzewa – tak, ale figa? Najwyżej figa z makiem. Okładka była tak apetyczna, że zachorowałam momentalnie. No i blurb. Jestem hiszpanofilką, rzecz się dzieje w Galicji, tej hiszpańskiej, a ja mieszkam w polskiej Galicji. Autorka zaś przyszła na świat w Santiago de Compostelli, co było dla mnie dodatkową zachętą. Nie ukrywam więc, że książkę brałam z powodów moich dodatkowych zainteresowań. No i te figi na okładce. Gdyby nie ryzyko, że Mężczyzna kupi mi zamiast fig np. czosnek (bo podobne), to wydałabym już dyspozycję. : P Okładką jednak się nie najem, w sensie duchowo-czytelniczym. Trochę się bałam, bo w komentarzach mi napisano o realizmie magicznym. A ja ogólnie uważam, że to określenie w elegancki sposób skrywa plątaninę w oparach absyntu i mówi się tak, gdy tak naprawdę niewiadomo o czym jest książka. Lub wiersz.