Dzięki Bogu i partii, mamy już czerwiec, co oznacza nie tylko, że takie upierdliwe bachory, przypomną się z prezentami na Dzień Dziecka, ale również i zwłaszcza to, że pora najwyższa na podsumowanie maja. Miesiąca obwitego, głównie w deszcz i zimno, miesiąca w którym wciąż!! zdarzało się nam na naszej prowincji palić w piecu, a kot zapracowywał na swoją karmę grzejąc mnie, albo ciągnąc ode mnie ciepło, czego bardziej można się spodziewać po tym spasionym Judaszu. Napisałabym, że maj był intensywny... ale strasznie nie lubię tego określenia, które obecnie jest bardzo modne. Wszystko jest intensywne, życie, barwy, dźwięki, dzień, tydzień, książki, przeżycia... nie wiem jak brzmi antonim do tego słowa i jakie miałby znaczenie w kontekście chociażby tego maja. Nieintensywny maj, czyli jaki? Taki w którym nic nie robiłam a
intensywnie zbijałam bąki? O wiele bardziej wolę określenia, bardziej tradycyjne i wpędzam w konsternację sprzedawców pytając o jakiś
zacny produkt. Maj, zdecydowanie był zacny. Zresztą maje, to mają do siebie, że są zielone, pachnące bzem i konwaliami, smakujące czekoladą z Dnia Matki : P, nawet gdy moje Podkarpacie zmienia kontynent na Antarktydę, to i tak ma swoje plusy. Zady i walety, czy jakoś tak :p