Swoją opowieść-dziennik „Dom włóczęgi” Mariusz Wilk pisze tak, jak się bierze kolejny oddech. Albo tak, jak się po czasie wraca na wytyczoną niegdyś ścieżkę. To, co zdawało się odruchowe, odkryte, rozpoznane, nieoczekiwanie nabiera nowych znaczeń.
W domu nad Oniego nastąpiły zmiany. Pojawił się ktoś, kto sprawił, że Wilk na nowo czyta alfabet natury, a własną biografię tłumaczy na nieznane mu wcześniej emocje. Zmiana perspektywy spojrzenia na przyrodę, literaturę, ludzkie losy daje fascynujący efekt odkrywania tego, co bliskie, a dotąd niedostrzeżone. Książka mieni się, jak i poprzednie zmiennością planów narracyjnych i mikroopowieści. Tym razem Wilcza włóczęga wiedzie tropą wyznaczaną przez zdziwienie dostrzeżone w oczach Martuszy.
Staram
się nie opisywać książek, których nie skończyłam, nie lubię… jednak raz na
jakiś czas zdarza się taka sytuacja. Tym razem porażka jest tym dotkliwsza, że
książka jest na najbliższe spotkanie DKK i doprawdy nie wiem czy iść, czy sobie
spotkanie darować. No nie wiem. Powiem Wam szczerze, że byłam sceptycznie
nastawiona do tej książki, wyczytałam, że jest to któraś tam z kolei, a ja nie
lubię wchodzić butami w sam środek cyklu, bez znajomości poprzednich. „Dom
włóczęgi” jest piątą – z tego z pamiętam. A ja nie miałam ani czasu, ani
pieniędzy, żeby poznać wcześniejsze części. Może wtedy… Pardon – to czwarta
część cyklu
