Opowieść o pragnieniu miłości i szczęścia inspirowana starą rosyjską baśnią.
Jack i Mabel zawsze marzyli o dziecku. Szukając ukojenia, przeprowadzają się na Alaskę. Chcą rozpocząć życie od nowa, z dala od ludzi. W jednej niesamowitej chwili beztroski lepią ze śniegu postać dziewczynki. Kiedy budzą się następnego ranka, figurki już nie ma. Dostrzegają jedynie ślady niewielkich stóp oraz postać dziecka znikającą między drzewami.
Gdy dziewczynka pojawia się w ich domu, oboje pragną poznać jej tajemnicę i obdarzają ją gorącym uczuciem. To spotkanie odmienia ich życie na zawsze.
Subtelna i niepokojąca książka, w której rzeczywistość przeplata się z baśnią, a niepewność z wiarą w cuda.
To ten rodzaj powieści, która natychmiast w ciebie wrasta, i chcesz, by twój najlepszy przyjaciel ją przeczytał, byście mogli o niej porozmawiać.
Styczeń
pełną gębą, zimna w pełnym rozkwicie(czy w pełnej zadymie?) No właśnie nie do końca.
Styczeń, powoli już tradycyjnie, jest wietrzny, ale bezśnieżny, a ja tęskniąc
za białą ciszą, sięgnęłam po książkę kupioną prawie rok temu i która pojawiła
się już na stosiku świąteczno-zimowym. Naczytałam się tyle o cudowności tej
książki, że bałam się zawodu, tego że książka nie spełni moich – nie ukrywam –
wysokich oczekiwań. Czekałam, aż emocje
opadną, ale gdy tylko na Instagramie pojawiła się relacja z czytania, znowu
P.T. Czytelnicy przypomnieli, jak według nich była to doskonała książka. I
znowu pojawiły się oczekiwania.
